OFE

Co najmniej od dwóch lat trwa ostry spór pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami otwartych funduszy emerytalnych (OFE). Tym pierwszym przewodzi Leszek Balcerowicz, były minister finansów w rządzie Jerzego Buzka, kiedy OFE wprowadzono, a tym drugim Jacek Rostowski, obecny minister finansów.

Dzisiejszy spór, ważny z punktu widzenia bieżącej działalności rządu, jest dość istotny, ale oderwany od całego kontekstu ekonomiczno-gospodarczego Europy i nie tylko Europy. Może to skutkować podjęciem takich decyzji, które – w nieprzewidywalnym dzisiaj rozwoju wypadków – mogą pogorszyć sytuację. Aby ten kontekst przybliżyć czytelnikowi, trzeba nieco cofnąć się w czasie.

W latach siedemdziesiątych ub. w. w większym zakresie pozwolono Polakom wyjeżdżać na Zachód. Konfrontacja naszej siermiężnej rzeczywistości z tamtejszym poziomem życia i swobodami obywatelskimi umocniła w Polakach przekonanie, że tylko likwidacja „komuny” i zbudowanie zachodniego modelu polityczno-gospodarczego pozwoli na stworzenie lepszej przyszłości. Powstanie Solidarności u nas i pierestrojki Gorbaczowa w ówczesnym ZSRR doprowadziło do Okrągłego Stołu stwarzającego możliwość budowy kapitalizmu na wzór zachodni. Tylko że w euforii sukcesu przeoczono, że kapitalizm drugiej połowy lat osiemdziesiątych i późniejszych to był zupełnie inny kapitalizm, niż ten upragniony z lat siedemdziesiątych. Dotychczasowa socjaldemokratyczna polityka państwa opiekuńczego została zastąpiona przez twardą ekonomię neoliberalną z dominującym monetaryzmem, radykalnym ograniczeniem roli związków zawodowych (dość bezwzględnie w USA i brutalnie w Wielkiej Brytanii) a dominującą pozycję zajęła światowa finansjera, która stworzyła taki system ekonomiczny, który – poprzez system kredytów nie do spłacenia -pozwala jej bogacić się w tempie dotychczas niespotykanym („kapitał bez pracy, praca bez kapitału”), głównie kosztem ludzi pracy najemnej. Dzisiejszy kryzys świata zachodniego – w tym Polski – jest skutkiem takiej polityki. W taki system ekonomiczny wkroczyliśmy w roku 1989 pod kierownictwem wielkiego fana neoliberalizmu Leszka Balcerowicza i pod dyktando przedstawicieli tejże finansjery.

Pokolenie Polaków wieku średniego i starszych pamięta wyprzedaż za bezcen zachodniemu kapitałowi najlepszych polskich przedsiębiorstw i banków, doprowadzanie – poprzez złodziejską prywatyzację – do upadku państwowego przemysłu, PGR-ów, dwudziestoprocentowego bezrobocia i prawie 600% inflację, która zabrała ludziom oszczędności całego życia, wszechobecną korupcję, a równocześnie z rosnącą biedą powstawały fortuny dorównujące zachodnim, które tam powstawały przez kilka pokoleń. Wprawdzie ówczesny prezydent Lech Wałęsa odgrażał się, że z siekierą będzie jeździł po kraju i złodziei puszczał w skarpetkach, ale faktycznie to Solidarność rozpięła parasol ochronny nad taką polityką gospodarczą i wraz z rządem nie dopuszczała do mediów głosów krytycznych. Dominował pogląd, że to co „komuna” stworzyła, trzeba zniszczyć i Polskę budować od nowa, bo to jest najlepszy i najszybszy sposób dochodzenia do dobrobytu.

W wyborach w 1993r. społeczeństwo odsunęło od władzy ekipę Balcerowicza, powierzając rządy postkomunistycznej lewicy, lecz okazało się, że ci ludzie doskonale wpasowali się w system dający ludziom władzy możliwość „skoku na kasę”. Ludziom pracy nic się nie poprawiło.  Kolejne wybory wygrała koalicja ugrupowań postsolidarnościowych (AWS), a z nimi do rządu powrócił Leszek Balcerowicz. Wraz z nim powróciła polityka zabierania biednym a dokładania bogatym (bo oni muszą mieć pieniądze na tworzenie miejsc pracy). Do dziś pamiętam jego publiczne stwierdzenie: „Im więcej zaoszczędzi się na płacach, tym więcej będzie na rozwój.”  (co się okazało ekonomiczną bzdurą).

W takich okolicznościach politycznych, gospodarczych i ekonomicznych została wprowadzona w Polsce, wcześniej przetestowana przez finansjerę w Chile w czasach junty Pinocheta (z fatalnym skutkiem), reforma emerytalna. Zostały utworzone prywatne Otwarte Fundusze Emerytalne, do których przymusowo zapisywano wszystkich, którzy mieli więcej niż dziesięć kat do emerytury, niezależnie od obowiązkowej przynależności do ZUS, w związku z czym każdy pracownik miał płacić składki na finansowanie obecnych emerytów, a jednocześnie odkładać pieniądze na swoją, przyszłą emeryturę. Brakujące pieniądze miał dołożyć budżet. Na jakiej podstawie rząd zakładał, że biednych Polaków będzie stać na podwójne składki emerytalne? Jeden Balcerowicz wie. Doprowadziło to do lawinowo narastającego długu publicznego. Kilka lat później zmniejszono składkę emerytalną (PiS),  ograniczając wpływy do ZUS. Jeszcze później zmniejszono obowiązkową składkę do OFE, co złagodziło bieżącą sytuację budżetu, ale problemy są tylko odkładane w czasie. Zakładanie, że w tym przyszłym czasie będzie stać nas na udźwignięcie tego problemu, jest wróżeniem z fusów. Nic dziwnego, że rząd próbuje ten problem jakoś rozwiązać, tym bardziej że kryzys dodatkowo ograniczył wpłaty tak do ZUS jak i do OFE, a emerytury przecież trzeba wypłacać. Niedawno wypłacono pierwsze emerytury z OFE w wysokości od dwadzieścia parę zł. do sto dwadzieścia zł/m-c! Zyski właścicieli funduszy idą  w dziesiątki tys. zł/m-c. plus różne bonusy.

Leszek Balcerowicz na łamach Gazety Wyborczej (i nie tylko) usiłuje przekonać Polaków do OFE i oskarża rząd o „skok na oszczędności” zupełnie pomijając istniejące negatywne skutki gospodarcze spowodowane prowadzeniem – skompromitowanej już w oczach zachodnich ekonomistów – t.zw. neoliberalnej polityki, wprowadzonej właśnie przez niego, stawiającej w uprzywilejowanej pozycji wąską grupę właścicieli kosztem reszty społeczeństwa, co zawsze prowadzi do recesji.

Żeby nie być gołosłownym, zacytuję fragmenty rozmowy Jacka Żakowskiego z byłym niemieckim wiceministrem finansów Heinerem Flassbeckiem, zamieszczone w Polityce p.t. „Rozbić skarbonki!”:

Rozmówca zarzuca Reaganowi, Thatcher i  Schröderowi,  że narzucili związkom zawodowym  zamrożenie a potem obniżenie płac, a w końcu uelastycznienie rynku pracy, co w efekcie dało obniżenie popytu, obniżenie produkcji, wzrost bezrobocia i recesję. Potępia neoliberalizm gospodarczy i polityków, którzy go forsują, a także ich recepty oszczędnościowe dla państw południowej Europy: „Nie przechodzą żadnego dostosowania. Wykrwawiają się bez większego sensu. Nie da się spłacać długów mając 25% bezrobocia. Żeby to zauważyć, nie trzeba być wielkim ekonomistą. Wystarczy zdrowy rozsądek.

 Politycy i ekonomiści, którzy w Europie mają najwięcej do powiedzenia, zapowiadają, że po bolesnym procesie dostosowawczym gospodarka dłużników ruszy.

A dlaczego ma ruszyć? Co ma ją uruchomić? Malejący wciąż popyt?

(…)Co złego jest w elastycznym rynku pracy?

Nic poza tym, że nie działa. Im bardziej elastyczny jest rynek pracy, tym niższe są płace. Im niższe są płace, tym niższy jest popyt wewnętrzny. Im niższy jest popyt, tym mniejsza jest produkcja i zatrudnienie, słabszy wzrost i inwestycje, skromniejsze wpływy z podatków, większy dług publiczny i bezrobocie. To jest pułapka, w którą wpadli Anglicy i Amerykanie, kiedy zniszczyli związki zawodowe.”

Krytykuje oparcie wzrostu gospodarczego głównie na eksporcie, bo dla „pracowników jest to złe, bo oznacza, że owoce ich  pracy zamiast dawać im lepsze życie, są zapisywane na bankowych kontach pracodawców  (Patrz artykuł pt. „Ratunek w eksporcie?” w Biuletynie sprzed roku) (…)Niemieckie firmy mają ogromne nadwyżki. To również wynika z polityki hamowania płac. (…). Cięcie płac zmniejsza popyt, powoduje recesję, pogłębia deficyty, zwiększa dług publiczny i napędza kryzys.

Pierwszy raz słyszę, żeby komuś szkodziła oszczędność i pracowitość.

To świadczy tylko o tym, jak słabo rozumiemy działanie gospodarki. Bo oszczędności zawsze są problemem. Chyba że gospodarka rośnie i to co jedni zaoszczędzą, inni zainwestują. W przeciwnym razie pieniądze znikną z rynku, gospodarka hamuje i wszyscy tracą. (…) Nikt nie inwestuje, kiedy popyt nie rośnie i nie ma komu sprzedać. (…) Im większe oszczędności, tym mniejsze inwestycje i większe bezrobocie. (…) Kto doprowadza partnerów do bankructwa, ten sam ryzykuje bankructwo.(…)

Trzeba zaoszczędzać, żeby inwestować.

Tak to działa w rodzinie. W państwie jest inaczej. Neoliberałowie wierzą, że im większe oszczędności, tym większe inwestycje. To jest głupia, mechaniczna ekonomia. Nikt nie inwestuje, kiedy popyt nie rośnie i nie ma komu sprzedać. Inwestycje wynikają z oczekiwanego wzrostu popytu, a nie z oszczędności, czyli z ograniczenia popytu. (…)W ten sposób logika neoklasycznej ekonomii niszczy gospodarkę krajów, które w nią wierzą. Im większe oszczędności, tym mniejsze inwestycje i większe bezrobocie.(…)

 Na koniec zacytuję Leszka Balcerowicza (G.W. z 20 kwietnia): Skok na oszczędności emerytalne (…)przyczyniłby się do tego, że wejdziemy na ścieżkę trwałego spowolnienia gospodarki. Dlatego, że mamy trzy negatywne tendencje: spadek zatrudnienia związany z demografią (???), bardzo małe inwestycje prywatne i słabnący wzrost efektywności pracy.” Spowolnienie gospodarcze już mamy od dwóch lat, a gdyby nie dotacje unijne, byłoby od dawna na skutek pańskich reform neoliberalnych. Efektywność pracy w 90 proc. zależy od przedsiębiorcy (przy niskich płacach nie opłaca się mu inwestować w wydajniejsze technologie). A spadek zatrudnienia związany z demografią? Mamy za mało rąk do pracy? Mamy 14% bezrobocie związane z brakiem miejsc  pracy! Też z powodu tychże reform!

Myślę, Profesorze, że czas na emeryturę. Pańska będzie dużo wyższa niż większości emerytów – i to z ZUS a nie z OFE.

Jerzy Chybiński


Źródłem obrazków w poście jest Wikimedia Commons

One thought on “OFE

  • 20 listopada 2013 o 14:01
    Permalink

    Pełna zgoda.
    Jeszcze jeden bardzo dobry tekst tego autora.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.