Godziwe płace

W ciągu ostatnich kilku wieków pracownik najemny w Polsce – w porównaniu do innych państw z kręgu cywilizacji europejskiej oraz w relacji do kosztów utrzymania – zawsze miał małe płace, cierpiąc niedostatek i głód. W okresie rozbiorów emigranci zarobkowi pisali do rodzin w kraju, że na Zachodzie pracuje się mniej i łatwiej, a zarobki wystarczają na godziwe życie i jeszcze można trochę odłożyć.

Podobnie było w okresie międzywojennym – wówczas polskie płace należały do najniższych w Europie. Jednocześnie elity feudalne, a później kapitalistyczne przyćmiewały swych odpowiedników europejskich bogactwem, pałacami i wystawnym trybem życia. Okres PRL-u zlikwidował dysproporcje płacowe i wszyscy zarabiali relatywnie mało, ale to był czas olbrzymich powojennych zniszczeń, niepełnej suwerenności i narzuconego ustroju, w ramach obozu państw socjalistycznych odgrodzonych od świata „żelazną kurtyną”, więc trudno o obiektywne porównania.

W 1989r. Polska odzyskała suwerenność, dokonała zmian ustrojowych na wzór zachodni, wstąpiła ponad osiem lat temu do Unii Europejskiej i otrzymała olbrzymie pieniądze na rozwój gospodarczy (niczym plan Marschala po II wojnie dla Europy Zachodniej). Minione 24 lata niepodległości i wolności gospodarczej pozwalają na obiektywne porównania. Przypomnijmy sobie, jak Europa wyglądała 24 lata po wojnie, czyli w roku 1969: całkowita odbudowa zniszczeń wojennych (w Polsce również), olbrzymi postęp naukowo-techniczny, automatyzacja umożliwiająca zwielokrotnienie produkcji, wzrost dobrobytu społeczeństw budzący zazdrość reszty Świata, silna pozycja związków zawodowych pilnujących godziwej dystrybucji wypracowanego bogactwa (w latach 50-tych amerykański prezes zarabiał kilka-kilkanaście razy więcej od przeciętnego pracownika), zapewnione mieszka na dla wszystkich, pomoc socjalna dla potrzebujących. Pomimo żelaznej kurtyny widzieliśmy to i tego pragnęliśmy. Niestety, ten system społeczno-gospodarczy został zniszczony przez egoizm i żądzę maksymalizacji bogactwa światowej finansjery doprowadzając do ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego akurat w czasie polskiej transformacji ustrojowej (faktyczne początki tego kryzysu to lata  90-te ub.w. a rok 2008 to jego apogeum). Miało to niemały wpływ na naszą sytuację społeczno-ekonomiczną. Jak ona wygląda u nas dzisiaj po 24 latach nowego ustroju?

Oficjalne dane publikowane w mediach ukazują olbrzymie i ciągle rosnące rozwarstwienie dochodów. Polska gospodarka nastawiona głównie na eksport (prawie połowa polskiego PKB), konkuruje na rynkach światowych przede wszystkim ceną, a to wymusza obniżkę płac pracowników (ale nie pracodawców – ich dochody rosną skokowo). Niedawno głośno było o ogłoszeniu o pracy za 2,40zł. netto. Zwiększa się ilość „śmieciowych” umów o pracę omijających ustawową najniższą płacę 1600 zł. brutto. Rośnie ilość pracowników żyjących poniżej progu ubóstwa, a z powodu biedy 25 % dzieci jest niedożywionych. Polskie płace znowu należą do najniższych w Europie. Niskie zarobki zmniejszają popyt a zatem produkcję na rynek wewnętrzny. Luka popytowa (różnica między PKB a przychodami ludności) w roku 2012 wyniosła ponad 600mld zł. Nie dziwi zatem 13% bezrobocie oraz ponad 2mln emigracji zarobkowej. W kraju bezrobocie wśród młodych wynosi 25%, a zarobki pracujących nie pozwalają na założenie rodziny, nie mówiąc o kupnie mieszkania. Wśród tych, którzy kupili mieszkanie na kredyt, kilka tysięcy rocznie traci je z braku możliwości spłaty kredytu. Wskaźnik dzietności wynosi 1,3, a powinien wynosić co najmniej 2,1. Dzietność polskich emigrantów zbliża się do 3, ale tam mają zarobki umożliwiające normalne życie. Problemy demograficzne wynikające głównie z biedy powodują, że Polska się wyludnia. Podstawową przyczyna tych problemów są zaniżone zarobki pracowników.

Według OECD polski pracownik w ciągu godziny wytwarza 21 euro wartości dodanej, Niemiec 44 euro, a Francuz 46 euro. Różnica w wypłacie jest znacznie większa: Polacy zarabiają średnio cztery-pięć razy mniej niż Niemcy. Nawet od Portugalczyków zarabiamy ponad dwukrotnie mniej, choć wydajność pracy mają bardzo zbliżoną (26 euro na godzinę) – pisze Adam Leszczyński w G.W.

Nie jest prawdą, że wyższe zarobki doprowadzą firmy do bankructwa. Największe zagrożenie bankructwem i brakiem możliwości rozwoju stanowi bariera popytowa. Firmy wydają olbrzymie pieniądze na akcje reklamowe, ulotki, telefony do domów, a rezultaty są mizerne. Czasami mam wrażenie, iż co niektórzy biznesmeni sądzą, że Polacy mają pieniądze pochowane w przysłowiowych skarpetach i ze skąpstwa nie chcą nic kupować.

W ostatnich trzydziestu latach ujawniła się wśród elit gospodarczych na umownym Zachodzie bardzo niedobra tendencja. O ile wcześniej zarobki prezesów utrzymywały się na rozsądnym poziomie, to ostatnio urosły do gigantycznych rozmiarów (kilkadziesiąt mln. dolarów rocznie) , i to niezależnie od wyników firm, uzasadniając, że „ja muszę mieć prestiż”. Niedawno we Francji z firmy produkującej peugeoty i citroeny odchodził prezes Varin. W czasie jego rządów firma podupadała, zmniejszyła się sprzedaż i trzeba było zwolnić 11 000 pracowników, ale prezes – zgodnie z umową – chciał skasować 21 mln euro odprawy. Wrzawę podniosły związki zawodowe, sprawa stała się głośna i prezes odpuścił. Podobna sytuacja była w kilku innych francuskich firmach (Angora nr 50). Głośno było swojego czasu o wielomilionowych premiach dla prezesów upadających banków odpowiedzialnych za kryzys i ratowanych pieniędzmi podatników. Podobną tendencję coraz częściej dostrzegam wśród polskich elit, także politycznych. W tym roku obiegła Polskę wiadomość że na Śląsku pracownik nie dostał należnej pensji „bo firma biedna”, ale przydybał pracodawcę na kupnie nowego ferrari za ponad 900 tys zł i puściły mu nerwy. Pobił pracodawcę i uszkodził samochód. Biznesmen tłumaczył, że taki samochód jest mu potrzebny aby mieć prestiż wśród kolegów.

Podstawowym prawem ekonomicznym jest równowaga między podażą i popytem. Popyt zewnętrzny (eksport) nie zapewni wzrostu dobrobytu całego społeczeństwa, lecz tylko eksporterowi. Dostrzegli ten problem Chińczycy i nowe władze wręcz wymuszają na pracodawcach podwyżki płac. Żeby zapewnić Polsce wyraźny i systematyczny wzrost gospodarczy, muszą być podniesione zarobki tych, którzy tworzą dochód narodowy. Ci, którzy zarządzają wytwarzaniem tego dochodu, zbyt dużo tego dochodu przechwytują dla siebie. Prawdziwe jest stwierdzenie, że racjonalny kapitalista będzie płacił swoim pracownikom tak mało, jak tylko będzie mógł. Niewidzialna ręka rynku tego nie unormuje. Na Zachodzie do niedawna normowały to związki zawodowe, w ostatnich dwóch dekadach skutecznie spacyfikowane. U nas związki są słabe, więc płace unormować musi rząd, najlepiej poprzez ustalenie sensownej płacy minimalnej, i to bez względu na rodzaj umowy o pracę. Podstawowy warunek: rząd nie może iść na pasku biznesu. Musi być niezależny i mieć za sobą silne poparcie społeczeństwa.

Jerzy Chybiński


Źródłem obrazków w poście jest Wikimedia Commons

2 thoughts on “Godziwe płace

  • 1 stycznia 2014 o 11:36
    Permalink

    Gazeta Prawna- Żywe narzędzie- Andrzej Krajewski
    wycinek z tekstu

    Zamiast roboczych wołów

    Łatwy zysk przynoszony przez pracę przymusową zaważył także na losach Rzeczpospolitej. Jeszcze w XV w. miejscowi chłopi cieszyli się wolnością osobistą, ochroną prawną i możliwością rozwijania własnych gospodarstw. Obowiązek odpracowania bez zapłaty jednego dnia w tygodniu w folwarku właściciela wsi Sejm nałożył na nich w 1520 r. Niedługo potem eksport zboża stał się fundamentem ekonomicznej pomyślności Rzeczpospolitej. Każdy szlachcic, który zajmował się rolnictwem, starał się produkować go jak najwięcej, jednocześnie tnąc koszta. To wymagało licznych rąk do pracy, najlepiej niedomagających się zapłaty. Wybrano sposób najprostszy, czyli stopniowe podnoszenie liczby dni pańszczyzny w tygodniu i odbieranie chłopom praw, tak aby nie mieli możliwości porzucenia wsi ani odmówienia wykonania poleceń. „W Danii i Polsce lud to po prostu niewolnicy, tak że szlachta i możni szacują swe majątki nie według czynszów, lecz liczby chłopów, którzy są wszyscy niewolnikami” – zanotował w 1590 r. podczas zwiedzania Rzeczpospolitej angielski podróżnik Fynes Moryson.

    Kilkadziesiąt lat później wymiar pańszczyzny w prywatnych folwarkach wynosił już sześć dni w tygodniu, a sprzedawanie lub kupowanie miejscowości wraz ze wszystkimi mieszkańcami było rzeczą zwyczajną. Posiadacz wsi mógł też zupełnie bezkarnie nakazać egzekucję dowolnego poddanego, jeśli naszła go taka ochota. Zaszokowany tym Francuz Gaspar de Tende, gdy znalazł się w 1648 r. na dworze króla Jana Kazimierza, starał się dowiedzieć, jak gospodarze taki przywilej godzą z nakazami chrześcijaństwa. „Polacy odpowiadają na to, że wprawdzie władzę taką istotnie dzierżą, lecz nie korzystają z niej, podobnie jak inne narody nie korzystają z prawa zabijania wołów roboczych czy koni. Chłopi zaś traktowani są przez szlachtę, podobnie jak tamci traktują bydlęta” – opisywał. Choć zaznaczał, iż był świadkiem: „zabijania chłopów przez panów, zamroczonych gorzałką lub szałem brutalnej pasji, której zwłaszcza młodzi ludzie łatwo dają się porwać”.

    Mordowania własnych podanych prawnie zabroniono dopiero w 1768 r. Wówczas Rzeczpospolita żyła już tylko wspomnieniami danej świetności, ponieważ sprowadzenie większości jej mieszkańców do roli tanich i użytecznych narzędzi na dłuższą metę całkowicie zahamowała rozwój kraju. Gdy na Zachodzie społeczeństwa podlegały burzliwym przemianom, których efektem okazały się narodziny nowoczesnego kapitalizmu, Polska na dwieście lat zastygła w tej samej formie, by potem paść ofiarą ościennych mocarstw.

    Odpowiedz
  • 18 stycznia 2014 o 18:44
    Permalink

    Całe dwadzieścia lat boli mnie ząb. Stoję w kolejce do dentysty i musiało mnie zawiać.Potem poskarżyłem się mojemu królowi, a on, ‚Natychmiast do dentysty!”. A ja mówię, że się boję. To on: „Narodowy socjalista boi się dentysty?”. To ja mówię, że jestem również kobietą. I miałem rację.Wcale nie potrzebowałem dentysty. Zmusiłem mojego króla, żeby mnie leczył. Po słodkiej nocy, wstałem rano zdrowy już i wesoły. Król był trochę naburmuszony i niewyspany, ale co mi tam!. Pod tym względem jestem egoistą. Zresztą zastanawiam się, jak ja żyłem przed ślubem. Kto mi odda tamte wszystkie noce, te zmarnowane godziny!. Kto?. Śmieszne pytanie…

    „Trismus”- Stanisław Grochowiak

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.