Taśmy i wulgaryzmy

Politycy wszystkich opcji w Polsce (bo przecież nie całe społeczeństwo) ekscytuje się nielegalnymi podsłuchami polityków, dokonanymi w ekskluzywnych restauracjach. Ekscytacja dotyczy zarówno samego faktu podsłuchów jak i wulgarnego języka, nie licującego z godnością piastowanych urzędów. Mnie ani jedno, ani drugie nie ekscytuje. Nie trzeba mieć dostępu do poufnych informacji o skali zjawiska, żeby wiedzieć, że podsłuchy to nasza codzienność. Od lat w mediach i w internecie reklamują się firmy produkujące wyrafinowaną aparaturę podsłuchową i filmującą, oraz sklepy nią handlujące. Gdyby interes się nie rozwijał, firmy dawno by splajtowały. Jesteśmy społeczeństwem totalnie inwigilowanym. Inwigilują nas służby specjalne, monitoringi miejskie, telefonia komórkowa, pracodawcy podsłuchują i śledzą pracowników, biznesmeni siebie nawzajem, politycy również, grupy przestępcze usiłują zdobyć „haki” na policjantów, prokuratorów, sędziów, itp. itd. no i kelnerzy podsłuchują polityków. Znaczna część tej inwigilacji dokonywanej przez służby państwowe jest uzasadniona. Afery finansowe, przestępczość gospodarcza, bandytyzm i chuligaństwo na ulicach – walka z tymi patologiami wymaga bardzo wyrafinowanych metod i narzędzi. Od czasu do czasu któraś z gazet zrobi aferę, by poprawić sprzedaż, a przecież dziennikarze w tym procederze też są „umoczeni po uszy”.
Po dwudziestu pięciu latach transformacji ustrojowej staliśmy się społeczeństwem zatomizowanym, o bardzo niskim kapitale społecznym, ludzie zamykają się w kręgu najbliższej rodziny, nie mają zaufania do obcych, co jest uzasadnione ogólną sytuacją społeczną, gospodarczą i polityczną. Maksymalizacja zysku przy minimalizacji kosztów (czytaj: płac) stawia pracodawców i pracobiorców na przeciwstawnych pozycjach, w pracy „wyścig szczurów”, wzajemna podejrzliwość o niegodziwe zamiary jednych i drugich jakże często uzasadniona, lawinowo rosnące koszty utrzymania (czynsz, energia, media) wynikające z nadmiernego zadłużenia instytucji samorządowych – wszystko to nie prowadzi do wzrostu zaufania ogólnospołecznego. Byliśmy inwigilowani, jesteśmy inwigilowani i będziemy inwigilowani w dającej się przewidzieć przyszłości i nie pozostaje nic innego, jak się z tym oswoić, co wcale nie znaczy, że akceptować. A ważne rozmowy na tematy polityczne i gospodarcze należy prowadzić oficjalnie w gabinetach, a nie w – choćby najlepszych – knajpach przy wódce za społeczne pieniądze.
Wulgaryzmy w opublikowanych nagraniach nasunęły mi nieco głębszą refleksję.
W 1969 roku jechałem pociągiem ze Szczecina do Wrocławia. Pociąg był t.zw. dalekobieżny, więc zatrzymywał się także na pomniejszych stacjach. Na jednej z takich stacji wsiadło trzech młodych mężczyzn. Dwóch w miarę normalnych, a trzeci z wyłupiastymi oczami, rozdziawioną gębą i przygarbiona sylwetką wyglądał na wioskowego przygłupa. Dwaj normalni o czymś tam rozmawiali, a ten trzeci rozglądał się spode łba naokoło i od czasu do czasu dobitnie i głośno wykrzykiwał: sru kuuuuwaa! Incydent drobny i szybko o nim zapomniałem. Ale w lecie roku 2009 byłem na wakacjach w Rowach na polu namiotowym. Po sąsiedzku w dwóch przyczepach campingowych rozlokowało się towarzystwo z Warszawy. Z ich głośnych rozmów dowiedziałem się, że jedna z pań jest córką profesora, dwaj panowie pracują w bankach, inni też po studiach. Towarzystwo to wieczorem zasiadało do alkoholowych libacji trwających do świtu. Bardzo głośne „sznapsbarytony” i wulgarne słownictwo nie pozwalało zmrużyć oka nie tylko nam. Którejś nocy w trakcie głośnego bełkotu pijanych ludzi, któryś z nich krzyknął na cały głos: sru! sru! no to sru! Po chwili to powtórzył po raz drugi i przypomniał mi tamtego człowieka z pociągu. Pomyślałem sobie, że dzisiejsza inteligencja osiągnęła poziom wioskowego przygłupa z końca lat sześćdziesiątych.
W dzisiejszych rozmowach Polaków wulgarne bluzgi są rzeczą normalną. Bluzga młodzież szkolna płci obojga, bluzgają studenci, bluzgają prawie wszyscy. Różnymi odmianami słowa „p…lić” niektórzy potrafią wyrazić wiele treści (np. artyleryjski dowcip opisujący strzelanie z armat). Słowo na k stało się „ozdobnikiem” każdego zdania. Wulgaryzmy w języku potocznym stały się normalnością i prawie nikogo nie rażą. Nasi politycy, zanim stali się politykami, przebywali w swoich środowiskach, gdzie – jak wszędzie – rozmawiało się taką potoczną „soczystą” mową, więc wcale mnie nie zaskoczyło, że przy wódce, w zacisznej knajpce rozmawiali jak Polak z Polakiem.
Źle to świadczy o politykach, ale również źle świadczy o nas, o całym społeczeństwie, bo ich język jest językiem naszym. Współczesnym językiem polskim. Mi jest wstyd. A wam, drodzy czytelnicy?
Jerzy Chybiński


Źródłem obrazków w poście jest Wikimedia Commons

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.