Pogoda dla bogaczy

Bank szwajcarski uwolnił kurs franka i stało się to, co stać się musiało. Wielkie zapotrzebowanie na stabilną szwajcarską walutę, m.in. na tańsze kredyty, spowodowało wzrost jej wartości, pomimo że narodowy bank szwajcarski długo utrzymywał zaniżony kurs. Odbiło się to rykoszetem na wysokość kredytów pobranych w tej walucie i rat od nich. Podniósł się krzyk „poszkodowanych”, bo do tej pory płacili o 1/3 mniej od rat kredytów złotówkowych, a dziś muszą płacić tyle samo. Więcej zapłacą w dalszej przyszłości, jeśli taki kurs franka utrzyma się przez 20 lat. Ponieważ takich kredytobiorców jest kilkaset tysięcy (znacząca liczba głosów w przyszłych wyborach), rząd pośpieszył z pomocą. Nie kwapił się z pomocą doradczą, kiedy banki mamiły pożyczkobiorców zapewnieniami o braku ryzyka, bo waluta stabilna i pewna jak szwajcarski zegarek i że zaoszczędzą dużo pieniędzy w porównaniu z kredytem złotówkowym. Mam w tej sprawie mieszane uczucia, pomimo że pomoc poszkodowanym to szlachetna rzecz.
Pomyślałem sobie: mamy upragniony kapitalizm, w którym ludzie mają brać swoje sprawy w swoje ręce i sami za to odpowiadać. Taka zasada obowiązuje przedsiębiorców, którzy bankrutują, gdy podejmą nietrafne decyzje, graczy (czyt. spekulantów) giełdowych, którzy tracą niekiedy olbrzymie pieniądze na rzecz sprytniejszych graczy, czy wreszcie niektóre sektory gospodarki, tracące na skutek spadku cen (rolnictwo, kopalnie węgla). Czy im wszystkim trzeba finansowo pomagać i kto ma wyłożyć pieniądze? Jeśli pomagamy jednej grupie, to dlaczego nie innej? Albo wszystkim?
Na giełdzie spekulują ludzie, którzy z gospodarki wyciągnęli olbrzymie pieniądze, więc dalej niech się sami martwią. Ich nie szkoda.
Kompanie węglowe, zarządzane przez ludzi z politycznego nadania (prezesi, dyrektorzy, rady nadzorcze), w okresie wysokich cen węgla wypłacali sobie niebotyczne pensje, premie, nagrody, nie troszczyli się o racjonalizację technologii i zatrudnienia, tylko o zasobność własnych kont. Dziś ceny węgla spadły poniżej kosztów wydobycia i górnicy walczą o swój byt. Zapłaci całe społeczeństwo, w tym emeryci, renciści, ludzie pracujący za grosze itp. ale winni, czyli zarządy i nadzorcy skarbu państwa – nie. Bogaczy się nie rusza.
Bankrutującym przedsiębiorcom nie zapłaci nikt – takie prawo kapitalizmu.
A co z tymi „frankowiczami”? Żeby dostać kredyt mieszkaniowy w banku, trzeba mieć t.zw. zdolność kredytową, czyli zarabiać dobrze powyżej średniej krajowej. Takich ludzi jest w Polsce około 25% pracujących. Cała reszta takiego kredytu nie dostanie, bo jest za biedna. Wychodzi na to, że to ta biedota będzie – poprzez podatki ukryte w cenach artykułów pierwszej potrzeby – pokrywać straty tym zamożnym kredytobiorcom.
A kto pokryje straty poniesione przez biednych?
Większość pracodawców – aby „mieć prestiż”, czyli znaczące dochody, minimalizuje płace jak tylko się da. Stratę ponosi pracobiorca.
Nadmiernie rozrzutne władze miast, by móc spłacać zaciągnięte kredyty – często na budowanie pomników własnej chwały i wielkości – podnoszą czynsze, opłaty za wodę, komunikację itp., firmy energetyczne – pomimo niskich cen węgla – też podwyższają ceny energii, więc łączne opłaty mieszkaniowe osiągają poziom większości emerytur i znaczącej części płac. Kto pokryje te straty?
Coraz częściej media informują o zabieraniu dzieci rodzinom (wcale nie patologicznym), które popadły w niezawinioną biedę i przekazywanie ich do domów dziecka. Koszt pobytu tam to ok.3000 zł. Dzieje się to z ogromną krzywdą dziecka, która odbije się negatywnie na jego całym życiu, a dodatkowo marnuje się społeczne pieniądze. Połowa tej sumy przekazana rodzicom załatwiłaby problem. Równie dramatyczne jest wyrzucanie ludzi z domu na bruk – szczególnie emerytów, którym emerytury przez 25 lat systematycznie obniżano (dawniej liczono od 100% zarobków, dzisiaj od 50%). Kto weteranom pracy wyrówna straty?
To tylko garść przykładów grup społecznych, które ponoszą straty w wyniku działania obecnych zasad neoliberalnego kapitalizmu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to wszystko prowadzi do absurdu.
W naszym kraju rządy najchętniej pomagają najzamożniejszym: zwolnienia z podatku udzielane potężnym firmom międzynarodowym, składki na ZUS płacone od ułamka dochodów najzamożniejszych, straty powodowane przez złe zarządzanie (często generowane łapówkami) pokrywane są z dochodów najbiedniejszych… czyli stale obowiązuje zasada: zabrać biednym, dołożyć bogatym. Zasadę tą sformułował ongiś Leszek Balcerowicz, twierdząc, że trzeba oszczędzać na płacach, żeby pracodawcy mieli pieniądze na rozwój. Jakoś – z braku popytu, czyli pieniędzy u klienta – ten rozwój drepce w miejscu. Cała ta sytuacja jest skutkiem dramatycznego rozwarstwienia dochodów w społeczeństwie – nie tylko polskim.
W Davos trwa właśnie konferencja najzamożniejszych tego świata, poświęcona problemom, jakie przyniosło to rozwarstwienie dochodów. Ciekawe, czy odpowiedzialni za nie uczestnicy znajdą na nią receptę. Pytani przez dziennikarzy, deklarują wysoką samoocenę, więc należy się liczyć z pogłębieniem tego negatywnego dla gospodarki procesu. Pogoda dla bogaczy trwa.
Jerzy Chybiński


Źródłem obrazków w poście jest Wikimedia Commons

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.