Chciwość w biznesie

BIULETYN BEZ TYTUŁU NEWS

Na Zachodzie od kilku lat trwa poszukiwanie (bo jeszcze nie rozliczanie) winnych kryzysu gospodarczego trapiącego gospodarkę światową. Biorą się za to nie tylko ekonomiści i politycy, ale także filmowcy. Kilka lat temu Oliver Stone nakręcił film pt. „Wall Street” obnażający kulisy i metody działania światowej finansjery, dla której „chciwość jest dobra”, a niedawno wszedł na zachodnie ekrany film „The Big Short” o podobnej tematyce, udowadniający, że „chciwość jest zła”.

W poprzednim artykule przedstawiłem krótki rys historyczny stosunków gospodarczych od starożytności do dnia dzisiejszego, ukazując niezmienne dążenie właścicieli do pomnażania bogactwa kosztem pracujących. Dzisiaj jeden procent ludzi posiada majątek większy niż pozostałe 99% światowego społeczeństwa i cały czas go pomnaża. Obecnie ekonomiści i politycy nie mają wątpliwości, że taki stan jest przyczyną poważnych kłopotów gospodarczych. Coraz częściej mówi się o nieograniczonej chciwości napędzanej przez żądzę posiadania jak najwięcej, więcej niż mają inni.

Ta chciwość nie dotyczy wyłącznie garstki tych największych. Ich narracja ukazująca w pozytywnym świetle chęć maksymalnego bogacenia się przeniknęła do świadomości wielu ludzi i we współczesnym kapitalizmie stała się obowiązującą normą. Przemilcza się tylko, że to bogacenie zawsze odbywa się kosztem pracobiorców! Kilka lat temu rozmawiałem z pewnym przedsiębiorcą na te tematy i usłyszałem od niego: Niech każdy dba o własny interes, to każdemu będzie dobrze. Gdy jakiś czas później, w trosce o własny interes protestowały pielęgniarki, nauczyciele czy górnicy, nie było końca słowom oburzenia że to jest tani populizm związków zawodowych i działanie na szkodę gospodarki i całego kraju. Ekonomista Witold Orłowski w Onecie przekonywał, że wzrost płac odbije się negatywnie na ewentualnych inwestycjach, bo ich rozwój „musi iść w parze z ograniczeniem konsumpcji” czyli płac. Oczywiście płac pracobiorców, a nie pracodawców. Wielokrotnie czytałem i słyszałem twierdzenie, że to przedsiębiorcy tworzą dochód narodowy i winni być pod szczególną ochroną.

Otóż nieprawda! Oni w ogóle nie tworzą dochodu narodowego! Dochód narodowy jest tworzony na najniższym poziomie wytwarzania! Bardzo łatwo można to sprawdzić. Niech właściciel fabryki zwolni swoich pracowników a potem niech wydaje najgenialniejsze decyzje, których nie będzie miał kto wykonać i zobaczymy, ile powstanie dochodu z jego decyzji. Podobnie najlepszy inżynier budowlany postawiony na placu budowy może wydawać najmądrzejsze polecenia, lecz będą one warte tyle, ile wart będzie ruch powietrza wywołany ruchem jego warg, jeśli jego poleceń nie będzie wykonywać ekipa budowlańców. Sam, bez robotników, nic nie zbuduje – chyba że altankę na ogródku. Tak samo jest z wytworami pracy architektów i projektantów. Ich praca ma wartość makulatury tak długo, dopóki nie zostanie zrealizowana przez firmę budowlaną zatrudniającą robotników, którzy ich projekty przekują w gotowy obiekt. Takich przykładów można mnożyć w nieskończoność.

Chciałbym być dobrze zrozumiany! Daleki jestem od deprecjonowania wiedzy, umiejętności czy fachowości kadry zarządzającej w jakiejkolwiek działalności. Chcę tylko wszystkim uświadomić, że ta kadra zarządza i kieruje wytwarzaniem dochodu narodowego, ale go nie wytwarza. Im lepiej będą zarządzać, tym efektywniejsza będzie praca tych, którzy go tworzą. Ta oczywistość powinna być powszechnie zrozumiana dla dobra nas wszystkich. Rozumując w ten sposób okazuje się, że pracownik na samym dole hierarchii zakładowej nie jest jakimś tam robolem, tylko partnerem współdziałającym z pozostałą kadrą i tworzącym zysk dla firmy, z którego biorą się płace nadzoru, służb zaopatrzenia, kadry biurowej, kierownictwa firmy i w końcu właściciela, nie mówiąc o podatkach przeznaczonych na funkcjonowanie państwa. Traktując go z góry i ograniczając jego płace do najniezbędniejszego minimum, by właściciel firmy miał jak najwięcej, jego przełożony stawiają się w jednym szeregu z tymi, którzy przez swoją chciwość doprowadzili do obecnego kryzysu.

W latach dziewięćdziesiątych pracowałem w prywatnej firmie budowlanej jako zaopatrzeniowiec – kierowca. Moje zarobki wystarczały wyłącznie na wydatki sztywne związane z mieszkaniem i utrzymaniem samochodu. Na jedzenie, ubranie i tym podobne „fanaberie” już nie starczało. Całe szczęście, że miałem „na boku” dodatkowe dochody. Równocześnie dwaj właściciele zatrudnili członków swojej rodziny, którzy nawet nie musieli się fatygować do firmy po wypłatę. Nie pracując mieli niezłą pensję, samochody na koszt firmy, opłacone składki ZUS, zdrowotne itp. no i wczasy na Malediwach czy innych Kanarach. Sądzę, że ten przypadek nie był wyjątkowy, bo inny znajomy przedsiębiorca przekonywał mnie, że ma dwoje dzieci, które musi wykształcić, kupić im mieszkania i zapewnić przyszłość na „odpowiednim” poziomie. Oczywiście nie dopuszczał myśli, że jego pracownicy też mają rodziny i stosowne potrzeby. Czytelnicy tego artykułu pewnie też mogliby dorzucić podobne przypadki.

Kiedyś przeczytałem stwierdzenie, że niszcząc partnerów biznesowych, niszczy się własny biznes. Lekceważąc swoich pracowników – partnerów w działalności gospodarczej, też w końcu zniszczy się własny biznes, bo pracownik bez pieniędzy, to klient bez pieniędzy. Chciwość elit zawsze – wcześniej czy później – źle się kończy. Rewolucja Październikowa w Rosji też była skutkiem chciwości „jaśnie panów”.
Nie chciałbym doczekać czegoś podobnego.

Jerzy Chybiński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *