W mętnej wodzie najlepiej ryby się łowi

BIULETYN BEZ TYTUŁU NEWS

Co jakiś czas portal forsal.pl uraczy nas dobrym artykułem. I tak było tym razem. Portal zaprezentował nam opracowanie poświęcone projektowi badawczemu dotyczącego prywatyzacji w Polsce po 89 roku.

Projektem

kierował dr hab. Jan Hagemejer z ośrodka badawczego GRAPE i Uniwersytetu Warszawskiego, a współpracownikami byli m.in. dr hab. Joanna Tyrowicz (GRAPE i UW), Peter Szewczyk (GRAPE i UW) oraz prof. Jan Svejnar z Columbia University i czeskiego CERGE-EI. Punktem wyjścia do badań była wyjątkowa lista zakładów państwowych, którą znaleźć można w wydanej w 2013 r. książce „Jak powstawały i jak upadały zakłady przemysłowe w Polsce” Andrzeja Karpińskiego, Stanisława Paradysza, Pawła Soroki i Wiesława Żółtkowskiego.

Czytając artykuł możemy dojść do wniosku, że w Polsce panował bajzel. Do dziś dokładnie nie wiadomo ile zakładów zostało sprywatyzowanych, za ile. Dane Ministerstwa Skarbu i GUS zaczynają się dopiero pokrywać od 2000 roku. Przez 10 lat prywatyzacja to był chaos – czeski film.

A skoro już wspomniałem o Czechach – to jak  nasi południowi sąsiedzi realizowali prywatyzację? Najpierw dokonali inwentaryzacji posiadanego majątku. Policzono firmy – nawet zakłady fryzjerskie i pomniejsze zakłady, przeliczono wszystko na korony – i dopiero wtedy zabrano się za prywatyzację! Można? Ależ oczywiście, tylko trzeba chcieć.

Ciekawy jest fragment artykułu podsumowujący elity gospodarcze, ekonomiczne i polityczne z lat 90.

(…) rządzący na początku lat 90. za nic mieli rodzime przedsiębiorstwa, a ich upadek był wszystkim na rękę, bo zrobił miejsce dla kapitału zagranicznego. (…) Aby obalić ten mit, trzeba cofnąć się do czasów, kiedy zmorą dla gospodarki była hiperinflacja. Tę zaś zgodnie z teorią ekonomii najlepiej było dusić wysokimi stopami procentowymi. Część zakładów miała jednak kredyty i nie była w stanie przeżyć tego, że z pożyczonych trzy lata wcześniej pieniędzy musi oddać o kilkaset procent więcej. Jeśli winić polityków, to za brak wyobraźni, że wzrost kosztu pieniądza uderza w najlepszych, bo im lepiej firma sobie radzi, tym często więcej ma kredytów: obrotowych, kupieckich czy inwestycyjnych.

Artykuł, czy projekt badawczy – generalnie broni prywatyzacji podając dość logiczne argumenty. Można się z nimi nawet zgodzić – ale Czytelnik sam powinien przeczytać artykuł „Prywatyzacja w Polsce to był wielki chaos. Do dziś nie wiemy, ile firm sprzedaliśmy”.

Za swojej strony opiszę jak wyglądała prywatyzacja oczyma mojego ojca – robotnika. Ojciec całe życie przepracował w poznańskim „Ceglorzu”. Ba, w latach 80 działał nawet w Solidarności, by pod koniec lat 80 wypisać się z tej organizacji. Zauważył, że to co „Solidarność” mówi, a to co realizuje to są dwie kompletnie różne sprawy. Do dziś środowisko postsolidarnościowe umie pięknie opowiadać vide Kaczyński.

Przychodzą lata 90. Zaprawionych dyrektorów, prezesów, kierowników wyrzuca się na zbity pysk – bo czerwoni. Kontakty handlowe, ich wiedza i doświadczenie przechodzą do lamusa bo byli w PZPR. Nie ważne, że nikomu nie zrobili krzywdy. Ważne, że byli czerwoni. Do dziś widzimy konwulsje prawicy jak widzą kolor czerwony! W psychiatrii to się nazywa paranoja.

Na miejsce doświadczonego „managera” przychodzi ktoś – najlepiej historyk, albo katecheta – kto zrobił (oby!) trzydniowy korespondencyjny kurs szkoleniowy z zarządzania przedsiębiorstwem. Ten ktoś, przez większość lat 80 nic innego nie robił jak strajkował. Był oderwany całkowicie od rynku pracy, ale ważne że na świadectwie z religii miał 5 oraz w klapie Maryję. Jak taki ktoś miał zdobyć i pielęgnować kontakty handlowe? Modlitwą? Przecież „czerwoni managerowie” wypili morze wódki ze swoimi kontrahentami, aby zdobyć ich zaufanie i lojalność!

Dlatego uważam całe środowisko postsolidarnościowe za szkodników. To, że „Ceglorz” przetrwał to cud – choć jak się spojrzy na poziom zatrudnienia i produkcji lat 80 XX wieku i obecnie, to wygląda to teraz śmiesznie. Tak w imię boga katolickiego i mamony przeprowadzono prywatyzację. Robotników strajkujących w latach 80, w latach 90 potraktowano jako nikomu niepotrzebne gówno.

Z tą religią to mam anegdotkę. Mój ojciec pracując na pudłach, później w dziale spawalniczym zatrudniał spawacza. Młody chłopak – dopiero po szkole:
– Masz jakieś świadectwo z zakończenia szkoły młody? – pyta ojciec.
– Tak, mam. – chłopaczek podaje świadectwo ojcu.
– Uuuuu, z religii tylko 3! – powiedział kolega z kadry kierowniczej niższego szczebla, który wziął świadectwo do ręki.
– Zatrudniam spawacza, a nie katechetę! – odpowiedział wkurzony ojciec.

Gdyby nie mój ojciec, chłopaczek nie dostał by pracy. Kto w latach 90 starał się o pracę ten wie jak ciężko było ją dostać.

Takie to były porąbane czasy. Piszący tu Bruno, czy Jerzy też mogliby to opisać, co mi opowiadali.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *