Emerytury znów inaczej

BIULETYN BEZ TYTUŁU NEWS

Rząd planuje wprowadzić zmiany w finansowaniu emerytur. Który to już raz za mojego życia – nie pamiętam. Każda zmiana miała poprawić sytuację finansową „weteranów pracy”, ale zawsze wychodzi jak zwykle, czyli nieciekawie. Na stronie Biuletynu już osiem razy pisałem na temat emerytur, ten artykuł jest dziewiąty i jestem przekonany, że nie ostatni.

Kiedy podejmowałem pierwszą pracę w 1964 roku, przepisy gwarantowały mi emeryturę w wysokości 65% ostatniej pensji. Niby słusznie, tylko że ci, co rozpoczynali pracę dużo wcześniej a na emeryturę odchodzili w tamtym czasie, dostawali te 65%, z tym, że po kilku – kilkunastu latach inflacja i płace szły w górę powodując drastyczne zmniejszenie siły nabywczej tych wcześniejszych emerytur. W obiegowej opinii funkcjonowało o tym zjawisku pojęcie „stary portfel”. Wprawdzie starano się jakoś te emerytury rewaloryzować, ale zawsze za mało i zawsze z dużym opóźnieniem. Zjawisko to nasiliło się szczególnie po roku 1989, kiedy to inflacja sięgała 600% a realna wartość płacy spadła blisko o połowę. Wartość emerytur wiecznie żywego starego portfela spadła nawet do 28% bardzo niskiej średniej płacy. Dotyczyło to także emerytur wojskowych. Pracowałem z emerytowanym pułkownikiem w ZOZ, który skarżył się, że jego emerytura starego portfela jest niższa od emerytury jego byłego podwładnego sierżanta z nowego portfela. „Nowy portfel” miał niewiele lepiej ze względu na galopującą inflację i ciągły brak pieniędzy na rewaloryzację. Powstała wówczas Polska Partia Emerytów, która chciała wywalczyć jakieś sensowne rozwiązanie problemu, ale potrzeby elit politycznych i gospodarczych były ważniejsze.

Kiedy upadł rząd Suchockiej, niektórzy jego członkowie byli w wieku emerytalnym, więc niejako „rzutem na taśmę” uchwalono nowe, bardzo korzystne zasady naliczania emerytur. Po trzech miesiącach nowy rząd przywrócił poprzednie zasady, ale kto się załapał, to było jego. Skutek był taki, że m.in. we wrocławskiej fabryce Fadroma kierownik zmiany, inżynier, który odszedł na emeryturę tuż przed zmianą, miał mniejsza emeryturę niż podległa mu sprzątaczka, która się „załapała”. Później wcale nie było lepiej. Rewaloryzacja była procentowa, więc np. sędzia-emeryt, który nie płacił składek emerytalnych i miał np. 7000 zł. Emerytury, dostawał 1% czyli 70 zł. Rewaloryzacji a emeryt mający 800zł. dostawał 8 zł. Znacznie częściej rewaloryzacje były około 0,5%.

Kiedy nastał rząd Buzka, wprowadzono Otwarte Fundusze Emerytalne, które miały być finansowane z podwójnej składki pracowników: jedna składka na ZUS na wypłaty bieżących emerytur, a druga na przyszłą emeryturę płacącego. Skąd biednych pracobiorców miało być stać na płacenie podwójnej składki – tylko Buzek i Balcerowicz wiedzą. Emeryci mieli odpoczywać pod palmami, lecz rychło okazało się, że tylko wtedy jeśli mają je we własnym pokoju. Pod palmami w ciepłych krajach odpoczywali właściciele OFE. Rząd PO dość szybko zorientował się, że to jest oszustwo, którego nie chciało żadne państwo z wyjątkiem Polski, więc większość składek skonfiskował i przelał do ZUZ na indywidualne konta wpłacających. Nie rozwiązało to jednak problemu bardzo niskich emerytur.

W międzyczasie wprowadzono nowe zasady naliczania emerytur: Można było sobie wybrać najkorzystniejszy okres dziesięciu lat i płaca z tego okresu stawała się podstawa do naliczenia emerytury, albo wybrać dziesięć lat z najlepszych dwudziestu. Okazało się, że to też nie załatwia sprawy, bo ciągle brakuje pieniędzy, więc znowu oszczędza się na emerytach. Problem znam z autopsji, bo w 2012r. przeszedłem na emeryturę. Najlepszy okres miałem z lat siedemdziesiątych ub.w. (107% średniej płacy), więc ZUS podzielił tą kwotę na pół i od tej połowy policzył moją emeryturę. Okazała się ona i tak trochę wyższa, niż byłaby naliczana z płacy „za demokracji”. Przypomnę: gdy zaczynałem pracować, miałem dostać 65% płacy, a po pięćdziesięciu latach pracy dostaję 35%. Ten problem oczywiście dotyczy wszystkich pracujących, bo wcześniej, czy później też będą emerytami.

Obecny rząd ponownie chce majstrować przy sposobie gromadzenia pieniędzy na emerytury. Trochę ma płacić budżet, trochę pracownik a trochę pracodawca. Można by też oszczędzać w czymś podobnym do OFE (???) Byłoby może i dobrze, gdyby nie brak stabilizacji politycznej, gospodarczej i prawnej. Przecież rząd może się zmienić a nowy zmienić przepisy, pracodawca zbankrutować lub zwolnić pracownika, pracownik może zachorować i przejść na rentę inwalidzką – te wszystkie okoliczności oraz zaszłości powodują, że płacenie składek emerytalnych jest coraz mniej akceptowane przez Polaków i coraz więcej z nich chce samodzielnie zadbać o swoją emeryturę. Bo czyż można mieć zaufanie do państwa, które bez żadnych skrupułów łamie umowy i zasady?

Te nowe propozycje pociągają też za sobą kolejne implikacje. Mamy bardzo drogie państwo. Różni „misiewicze”, synekurki dla swoich, wysokie odprawy przy ciągłej karuzeli stanowisk w spółkach skarbu państwa czy wreszcie rządowe karty płatnicze kosztują setki milionów. Rząd szuka oszczędności, by trochę poprawić sytuację, ale czy policzył ile będzie kosztować obsługa tych nowych przepisów? W przedsiębiorstwach ktoś będzie musiał wykonywać te operacje księgowe i przelewy, a im więcej pracowników liczy zakład, tym więcej tych operacji. Te miliony przelewów ktoś będzie musiał odbierać i gdzieś księgować na osobistych kontach składkowiczów. Komputery same tego nie zrobią. Taki system szybko okaże się niewydolny tak jak poprzednie.

Stali czytelnicy Biuletynu wiedzą, więc piszę to dla nowych; w 2011 roku zaproponowałem ówczesnemu premierowi Donaldowi Tuskowi wprowadzenie emerytur jednakowych dla wszystkich (później nazwano je obywatelskimi). Propozycja trafiła do minister Fedak, która ogłosiła je jako własną propozycję bez konsultacji z rządem i została zdymisjonowana. Temat jednak żyje i od czasu do czasu pojawia się w przestrzeni publicznej.

Dzisiaj podtrzymuję tą propozycję. Uważam, że obecna wielość różnych podatków i ich skomplikowanie są zupełnie niepotrzebne. Wszystkie te podatki, składki i narzuty można zsumować w jeden podatek (łączna kwota będzie taka sama). Ten superpodatek rząd będzie dzielił na potrzeby prawidłowego funkcjonowania całego kraju, w tym na emerytury. Jednakowa wysokość emerytury dla wszystkich jest – moim zdaniem – najsprawiedliwsza, bo przecież dochód narodowy jest tworzony na najniższym poziomie wytwarzania a tam pracownicy są najsłabiej wynagradzani. Prezes i administracja tylko zarządzają wytwarzaniem a mają wysokie dochody, więc stać ich na odłożenie pieniędzy na lepszą starość. Wysokość takiej emerytury powinna uwzględnić koszty wynajmu i utrzymania mieszkania, wyżywienia, lekarstw, ubrania i choć trochę na kulturę i rozrywkę, by starość nie była taka beznadziejna jak obecnie. W miarę wzrostu dochodu wysokość należałoby odpowiednio zwiększać.

W moim artykule z kwietnia ub.r. p.t. „Ekonomiczne skutki robotyzacji” wykazałem, że czekają nas nieodległe czasy, gdy trzeba będzie wprowadzić tzw. bezwarunkowy dochód gwarantowany jednakowy dla wszystkich, nawet niepracujących a nie tylko dla emerytów. Tak więc – drodzy oponenci emerytur obywatelskich – od problemu żaden przyszły rząd nie ucieknie, więc wprowadzenie go zagwarantuje stabilność emerytur na długie lata. Im szybciej się z tym zmierzymy, tym lepiej.

Jerzy Chybiński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.