Dlaczego Jarosław Kaczyński zostanie zapamiętany jako największy psuj polskiej nowoczesnej demokracji
Jarosław Kaczyński nie zostanie zapamiętany tylko jako polityk, który wygrywał wybory. Nie tylko jako lider partii, która stworzyła najbardziej skuteczną machinę polityczną III RP. I nie tylko jako człowiek, który przeorganizował polską prawicę wokół własnej osoby.
Jeżeli historia będzie wobec niego surowa, to przede wszystkim dlatego, że Kaczyński zrozumiał demokrację w sposób skrajnie redukcyjny: jako prawo zwycięzcy do podporządkowania sobie państwa. W jego wizji wybory nie były początkiem odpowiedzialnego rządzenia w ramach ograniczeń konstytucyjnych. Były mandatem do demontażu ograniczeń.
To właśnie dlatego może zostać zapamiętany jako największy psuj polskiej nowoczesnej demokracji: nie dlatego, że zniósł wybory, ale dlatego, że próbował osłabić instytucje, które sprawiają, że wybory nie zamieniają się w dyktat większości.
1. Demokracja to nie tylko wybory
Największym błędem w rozumieniu epoki PiS jest traktowanie sporu o sądy jako technicznego konfliktu prawników. To nie był spór o procedury dla procedur. To był spór o to, czy państwo ma bezpieczniki.
Nowoczesna demokracja liberalna opiera się na prostym założeniu: zwycięzca wyborów rządzi, ale nie może wszystkiego. Nie może podporządkować sobie sądu konstytucyjnego. Nie może dowolnie obsadzić organu odpowiadającego za nominacje sędziowskie. Nie może stworzyć systemu dyscyplinarnego, który pozwala naciskać na sędziów. Nie może zmienić mediów publicznych w partyjną tubę. Nie może traktować prokuratury jak politycznego narzędzia.
Obóz PiS pod przywództwem Kaczyńskiego robił dokładnie to, czego nowoczesna demokracja boi się najbardziej: przesuwał instytucje kontrolne z pozycji niezależnych strażników państwa na pozycję elementów politycznej infrastruktury władzy.
2. Najpierw Trybunał Konstytucyjny
Pierwszym wielkim krokiem był Trybunał Konstytucyjny. To nie przypadek. Jeżeli chcesz przebudować państwo ustawami zwykłymi, musisz najpierw osłabić organ, który może te ustawy zablokować.
Po wyborach 2015 r. doszło do sporu o obsadę miejsc w TK, odmowy zaprzysiężenia części sędziów wybranych przez poprzedni Sejm, wyboru nowych osób przez nową większość oraz późniejszej odmowy publikacji części wyroków Trybunału. Komisja Wenecka wskazywała, że pełne wykonanie wyroków TK wymagałoby dopuszczenia sędziów wybranych wcześniej, czego nie zrobiono.
Później Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że udział osoby wybranej na już obsadzone miejsce w składzie TK naruszył prawo do sądu ustanowionego ustawą.
W sensie politycznym był to moment fundamentalny. Trybunał Konstytucyjny miał być hamulcem. Po działaniach PiS stał się w dużej mierze instytucją, która zamiast ograniczać władzę, zaczęła ją zabezpieczać.
3. Potem KRS: przejęcie bramy do nominacji sędziowskich
Drugim krokiem była Krajowa Rada Sądownictwa. To organ mniej rozpoznawalny dla przeciętnego obywatela niż TK czy SN, ale ustrojowo bardzo ważny. KRS uczestniczy w procedurze powoływania sędziów, więc kto kontroluje KRS, ten uzyskuje wpływ na przyszły kształt sądów.
Konstytucja mówi, że kadencja wybranych członków KRS trwa cztery lata. Ustawa z 8 grudnia 2017 r. doprowadziła jednak do przedterminowego zakończenia mandatów dotychczasowych sędziowskich członków KRS i wprowadziła model, w którym piętnastu sędziowskich członków wybiera Sejm.
To był jeden z najważniejszych ruchów całej epoki PiS. Nie chodziło tylko o jednorazową zmianę składu jednego organu. Chodziło o przejęcie kanału, przez który państwo produkuje przyszły skład sądownictwa.
Komisja Wenecka opisywała zmianę KRS jako element reform z 2017 r., w których dotychczasowy model wyboru sędziowskich członków przez środowisko sędziowskie został zastąpiony wyborem przez Sejm; wskazywała też na ryzyko polityzacji Rady.
4. Następnie Sąd Najwyższy
Trzecim filarem była przebudowa Sądu Najwyższego. Ustawa z 8 grudnia 2017 r. stworzyła między innymi Izbę Dyscyplinarną oraz Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych.
Równocześnie obniżono wiek przejścia sędziów SN w stan spoczynku do 65 lat, stosując tę zmianę także do sędziów już urzędujących. TSUE w 2019 r. uznał, że regulacje dotyczące obniżenia wieku emerytalnego sędziów Sądu Najwyższego naruszały prawo UE, bo podważały zasadę niezależności sądów i nieusuwalności sędziów.
To nie był detal techniczny. Sąd Najwyższy ma znaczenie dla stabilności państwa, ważności wyborów, jednolitości orzecznictwa i kontroli nad wymiarem sprawiedliwości. Grzebanie przy SN było więc grzebaniem przy jednym z głównych bezpieczników ustroju.
5. PiS nie zlikwidował demokracji. PiS ją zdemontował od środka
Kaczyński nie wprowadził klasycznej dyktatury. Nie odwołał wyborów. Nie zdelegalizował opozycji. Nie zamknął wszystkich niezależnych mediów. Dlatego jego obrońcy mogą mówić: przecież demokracja działała, skoro PiS przegrał wybory w 2023 r.
Ale to zbyt prosta obrona.
Współczesne demokracje rzadko umierają jednego dnia. Częściej są osłabiane kawałek po kawałku: przez przejęcie sądu konstytucyjnego, zmianę organu nominującego sędziów, presję dyscyplinarną, upartyjnienie mediów publicznych, podporządkowanie prokuratury i delegitymizowanie niezależnych instytucji jako „kast”, „układów” albo „wrogów narodu”.
V-Dem w raporcie z 2025 r. opisywał Polskę jako przykład „U-turn”: kraj, który od 2015 r. wszedł w proces autokratyzacji pod rządami PiS, a po wyborach 2023 r. zaczął odwracać ten trend. Raport wskazywał między innymi na demontaż systemu sądownictwa, obsadzanie kluczowych stanowisk lojalistami oraz presję na opozycję i media.
Freedom House klasyfikował Polskę w 2023 r. jako „semi-consolidated democracy”, a nie w pełni skonsolidowaną demokrację. Reporterzy bez Granic pisali natomiast, że w czasie ośmiu lat rządów PiS media publiczne zostały zamienione w narzędzia propagandy, a media prywatne podlegały różnym formom presji.
To właśnie jest psucie demokracji: nie przez jeden zamach, lecz przez serię działań, które sprawiają, że instytucje zachowują nazwy, ale tracą funkcję.
6. Polska jak Argentyna
W książce „Dlaczego narody przegrywają” Acemoglu i Robinson opisują Argentynę jako przykład państwa, w którym formalne instytucje mogły ograniczać władzę, ale nie miały wystarczającego oparcia w pluralizmie politycznym. Juan Perón doprowadził do impeachmentu większości sędziów Sądu Najwyższego, a później normą stało się, że kolejni prezydenci dobierali sobie odpowiadających im sędziów. Autorzy piszą, że oznaczało to koniec instytucji, która teoretycznie mogła ograniczać władzę wykonawczą.
Polska nie jest Argentyną. Nie miała cyklu wojskowych przewrotów, hiperinflacji i seryjnych niewypłacalności państwa. Jest członkiem UE, ma silne społeczeństwo obywatelskie, niezależne media prywatne, samorządy, środowiska prawnicze i zewnętrzne bezpieczniki europejskie.
Ale mechanizm jest niepokojąco podobny: gdy władza polityczna przestaje traktować sądy jako niezależne ograniczenie, a zaczyna traktować je jako przeszkodę do obsadzenia, przesunięcia albo zdyscyplinowania, państwo wchodzi na równię pochyłą.
Właśnie dlatego grzebanie w TK, KRS i SN było tak groźne. Nie dlatego, że każda reforma sądownictwa jest zła. Reforma jest potrzebna, gdy poprawia efektywność, przejrzystość i odpowiedzialność. Ale reforma staje się destrukcją, gdy jej skutkiem jest większa zależność sądów od zwycięzcy politycznego.
7. Kontrargument: „sądy wymagały reformy”
To prawda. Polskie sądy miały i mają problemy: przewlekłość postępowań, słabą komunikację z obywatelami, korporacyjność, nierówną jakość zarządzania i zbyt małą odpowiedzialność za organizację pracy.
Ale z faktu, że sądy wymagają reformy, nie wynika, że należy je podporządkować politykom.
To tak, jakby powiedzieć, że ponieważ szpital działa źle, należy oddać decyzje medyczne partyjnemu komitetowi. Albo że ponieważ uniwersytety mają problemy, należy obsadzać rektorów z nadania rządzącej partii.
PiS wykorzystał realne słabości sądownictwa jako uzasadnienie dla operacji politycznej. Hasło „reformy” przykrywało zmianę dużo głębszą: przesunięcie władzy nad sądami w stronę większości parlamentarnej i prezydenta.
8. Dlaczego Kaczyński, a nie tylko „PiS”?
Bo PiS nie był zwykłą partią kolegialną. Był formacją zbudowaną wokół centralnego autorytetu Jarosława Kaczyńskiego. To on nadawał kierunek polityczny, definiował wroga, wyznaczał granice dopuszczalnego kompromisu i stworzył ideologię „naprawy państwa” przez podporządkowanie instytucji politycznej woli zwycięzców.
Kaczyński nie musiał codziennie podpisywać ustaw, aby być ich politycznym patronem. W historii często pamięta się nie tylko formalnych wykonawców, ale architektów systemu. W tym sensie odpowiedzialność Kaczyńskiego jest odpowiedzialnością przywódcy obozu, który przez osiem lat konsekwentnie osłabiał konstytucyjne ograniczenia władzy.
9. Największa szkoda: zmiana normy
Najtrwalszą szkodą epoki Kaczyńskiego nie jest nawet jedna ustawa, jeden wyrok czy jedna nominacja. Najtrwalszą szkodą jest zmiana politycznej normy.
Przed 2015 r. można było narzekać na jakość polskiej demokracji, ale istniało pewne tabu: nie przejmuje się sądu konstytucyjnego, nie skraca się ustawą kadencji organów mających konstytucyjne gwarancje, nie buduje się sądownictwa przez polityczną bramkę nominacyjną, nie zmienia się mediów publicznych w fabrykę partyjnej narracji.
Po 2015 r. to tabu zostało złamane.
I to jest być może największy problem. Bo jeżeli jedna strona pokaże, że można tak robić, druga może kiedyś uznać, że też jej wolno. Wtedy demokracja przestaje być wspólnym ustrojem, a staje się łupem przechodnim. Każdy zwycięzca bierze państwo i przebudowuje je pod siebie.
To jest moment, w którym demokracja formalnie trwa, ale jej duch zaczyna się rozpadać.
10. Werdykt historii
Kaczyński może być przez swoich zwolenników pamiętany jako polityk programów socjalnych, obrony konserwatywnej tożsamości, wzmocnienia państwa i redystrybucji godności wobec grup wcześniej pomijanych. Tego nie należy ignorować, jeśli tekst ma być uczciwy.
Ale bilans ustrojowy jest inny.
W historii nowoczesnej demokracji najważniejsze pytanie brzmi nie tylko: kto dał pieniądze, kto wygrał wybory, kto mówił językiem ludu. Brzmi ono także: kto wzmacniał reguły, a kto je psuł?
Kaczyński będzie zapamiętany jako polityk, który nie ufał niezależnym instytucjom, bo niezależność oznaczała dla niego możliwość sprzeciwu. A sprzeciw wobec własnej wizji państwa traktował nie jako naturalną cechę pluralizmu, lecz jako patologię, którą trzeba usunąć.
Dlatego właśnie jego miejsce w historii może być tak ponure: nie jako człowieka, który zniszczył demokrację jednym ciosem, ale jako tego, który nauczył polską politykę, że państwo można rozkręcać śrubka po śrubce, dopóki z konstytucyjnej maszyny zostanie sama obudowa.
I za to może zostać zapamiętany jako największy psuj polskiej nowoczesnej demokracji.
