Królowie plagiatu: fragment 1

BIULETYN BEZ TYTUŁU NEWS

„Wszystko rozpada się, środek nie wytrzymuje naporu, banalna anarchia opanowuje świat, podnosi się mętna fala krwi i wszędzie zatopiona zostaje ceremonia niewinności.”

William ButlerYeates (Powtórne Przyjście)

 

„Dla
Onej-
Wykluczonej!!”

 

„Moja poezja
niczego nie tłumaczy
niczego nie wyjaśnia
niczego się nie wyrzeka
nie ogarnia sobą całości
nie spełnia nadziei”,

tak pisał ———- Tadeusz Różewicz, skromny obywatel światów dwóch, a może trzech, czort jeden tylko wie, ale wie. Ale nie wie, że ta opowieść, jak ludzie z tego kraju udając, że niczego nie rozumieją, też niczego może nie tłumaczyć, może tylko wyrzekać się prawdy, która w strachu przed prawdą nie spełnia nadziei i nie ogarnia sobą całości, bo wyjaśnianie prawdy po prawdzie, prawdą tylko może nie pozostać.

Historia prawdy strachu, która w tym kraju niczego nie wyjaśnia, niczego się nie wyrzeka, nie ogarnia sobą całości, nie spełnia nadziei w prawie płaczu, jak z twarzy którejś tam według poety pozwala nam, prostaczkom, budować autostrady o pięciocentymetrowej nawierzchni i pozwala nam poględzić o sprawach, których nawet pytanie o strach, jest pytaniem w strachu, dlaczego dla prezydentów tego państwa, jako wzorców prezydenctwa, młodzi gówniarze polityki, jako przyszli prezydenci nie rozumieją nieco starszych od SBB, (Szukaj, Burz, Buduj) bezrockendrolowych pierewodczyków, jako wyzwania do rockendrolowego romantyzmu, którego ja, teraz obywatel bez kategorii, tyle zaznałem w Dekazetemie w Lubinie, piłem mleko biedy podpartej muzyką sztuki i bułką bez muzycznego zakalca, kiedy sztuka była szesnastoletnim Antymosem Apostolisem pokazującym kosę muzyki, wtedy dla nas niezrozumiałej, garnącej do siebie sny demokracji, które Józef Skrzek w widowisku „O obronie rzeczy” grał dla nas w zaułkach biedy muzycznej pod dyktando Chopina, i prześmiewczo, terrorował wsparcie „Wzgórza Gomółkowego”, którego ja byłem przemówicielem w czerwonych sukienkach baldachimowych, i którego żaden purpurat nie poświęcił, a ono dalej stoi i spełnia nadzieje jutra i futra. Te rzeczy same, o których tworzą poeci kroiły moje myśli w takt czerwonych, a teraz wbrew mej woli czarnych purpuratów, do których sprowadziła się rzecz biorąc w swoje łapy przepowiednia proroka z lat minionych.
Pozdrawiam mistrza, który odkrył prawdę z twarzy, chociaż lica są przekrzywione i twarzy o ustach wyglądających jak wytarte opony, wciąż mamy bez liku, a w nieśmiałości swojej, tak po pańsku zapytuję:

– Czy prawdy twarzy dzisiaj niepokalane są tymi twarzami, z których mistrz korzysta?

Myśli już teraz pokalane i osobliwości tej opowieści, Levina, czy Kosti, o Marinie nie wspominając, towarzyszyły wam i może towarzyszyć będą przez lata w naszym mieście, bo oni rzeczywiście przekroczyli próg, tak zwanego czarnobytu, jak mawiają we Lwowi. Wracają wspomnieniami, bo to rzeczywistość prawdziwa, koszmarna czasami, a o której my, tak zwani pogorzelcy leciwi o imionach nagich jak gałęzie, już zapomnieliśmy i nie potrafimy znaleźć swojego profilu w kontuarze przeźroczystej, drżącej tafli lodu.

I nagle tak jak Ona, zdefraudowana przez naukowość jednostka prawdy znikomej, znajdujemy się po jej drugiej stronie i tak jak Ona, jak bezchwiejny zarys, tym razem nieuległy kształtom już nieprzeźroczystym, w których nawet rysunek jest zagadką, a gałęzie plotą i plotą, świat okazuje się światem na opak i już nie jest znajomą drogą, nie jest znajomym mostem, i w końcu w bezdechu zadaje sobie pytanie:

– Czy teraz znowu, twarz widzę znajomą i krętą?

A odpowiedzi nie ma, bo tylko drzewa stoją w polu, malując białe Nic na czarnym brystolu bezprawia, który rysowany z kasztanów, kreśli zagadki kreska do kreski i stoi jak las pełen drzew i jak samotna Ona, jak naiwność prawdy, wygina się jak splątanie, jako osoba ważna w suterenie czarnego dymu i w tym, co jej zostało z epoki dziecięcej pod powałą wspomnień w bezkresnej litości dwóch języków.

KRÓLOWIE PLAGIATU!

„O historio igrzysk
wciąż nienasycona
kromkę chleba podaj
prosto ze śmietnika
kiedy bęben śmierci
wybawi mnie
– z życia”

 Labella

W rękawiczkach bez palców, otwierałem kontenerowe pomieszczenie, które miało dla mnie i dla moich kompanów przez kilka miesięcy służyć za dom, hotel i inne zjawiska socjalne związane z naszą pracą „na zachodzie”.

Aleks nas tutaj przywiózł, Aleks dał pierwsze złotówki na pobyt. Znał nie tylko polski język, ale znał Polskę i ból rozłąki z rodziną, jej jasne i ciemne strony. Nasza bieda, wyrosła z rozpasanej, politycznej radzieckości nie pozwalała nam utrzymywać rodzin- matek, całych pokoleń, przed którymi rodziła się nowa, ruska plutokracja.

Otworzyłem okno i całowałem powietrze zatęchłej polskiej rzeczywistości i tę ciszę, w której wiatr patrzył na mnie i na moje od ojczyzny oddalenie. Bałem się chodzić po linie, jak linoskoczek, ale musiałem zarobić na klocki, na klocki lego dla mojego synka. Pomyślałem sobie – dotarłem, dotarłem tam, gdzie świata oddalenie, wydarłem światu jeden dzień, w którym wiosna zakwita jednym kolorem, a Fara moja lubimaja z promieniem na ręce, z promieniem w oku gotuje dla mnie jarzyny, żebym walczył dla nas o chleb.

Dwa dni jechaliśmy pociągiem życia zatłoczonym jak śmierć. Goniliśmy wzrokiem za wiatrem, spokojem, nadzieją. Stawaliśmy się tragarzami wspomnień jak potulne baranki ciemnoty, gdzie w ustawach bezprawia, na zafajdanym podwórzu w malignie zgrzebnych myśli z filozofii i łaciny mieliśmy być inni, chociaż nie niewinni. Wieczorem, bez kąpieli, wpadliśmy na chwilę na wódkę bez pana Boga, na wódkę z modlitwy. Nasze prawosławie tak bardzo niepasujące do polskiej rzeczywistości zakrapialiśmy kawiorem. Co prawda bez bólu trwogi, ale na stołach nakrytych obrusem nagości, nagości bezgrzesznej i w pociągu z bezbożności wpadliśmy na sumę, na sumę pańskiej pychy, chociaż z zagrychą, ale bez modlitwy, rozdawaliśmy boga na pamięć, bez pokwitowania.

LEVIN!

Leżał bez ruchu, ręce opuścił w dół, długo stał nad sobą z uwagą śledząc swoją pierś, a jego martwy wzrok patrzył zmarłemu prosto w twarz. Gdyby nie lustro nie dostrzegłby swojej gęby, tak myślał wcześniej. Gęby prostackiej, ruskiej, a może gruzińskiej, sam do końca nie był pewien. Za młodu nie widział jej rysów, nie widział twarzy bez grymasów, ukrytej w zarysach nijakości.

Ruda grzywka wyróżniała go z tłumu, czuł się jak Albinos grający na katarynce, jak pajac płynący wciąż wstecz i wstecz, i to nazwisko – Levin a nie na przykład, Lewanidze, plątało jego życie już od zarania dziejów istnienia świata.

Raz stał na pieńku, już trzymał gałązkę i sznurek się zerwał, bo było tak grząsko – śmiał się teraz sam do siebie, kiedy butna rzeczywistość chciała odebrać sobie, jego życie. Tajemniczość postury i nieukrywana małomówność, zrobiły z niego wśród tłumów milczącego potworka, niewygodnego dla władztwa panów i pań, bo wciąż naruszał ład i porządek w imię świętych spraw. Bat przeżycia chłostał jego wysuszony tyłek a to raz z prawa, a to raz z lewa. Myśli rozsadzały jego ciągle zadrwione oczy, gdzie świat anarchii trującym jadem kartofla wciąż stał na scenie bieżących wydarzeń w niewymuszonym fałszu i w łachmanach pustych rozumków.

– Levin, dlaczego towarzysz Marks nie podaje tobie do stołu?

– Levin, dlaczego Engels jeszcze nie urodził tobie dziecka, Levin, ty jak Arystoteles z towarzyszami w barze powinieneś przebywać, wódkę pić i głupoty o świecie, którego nie znasz, – opowiadać!

Ale on milczał tak, jak jego szerokie oczy coraz cięższe, skierowane ku sobie, które stąpały w jedną szyję i plecy, zdejmowały skórę z głowy, jakby zdejmowano skórę z zabitego jagnięcia. Inność jego biedy sprawiła, że wszystko dostrzegał rozumem. Jego nieświadomość postrzegania rzeczy, tak się niektórym wydawało, nie istniała, nie istniał dla innych, inni istnieli dla niego w jego nierzeczywistości.

Levin dostrzegał i rozumiał to, czego inni nigdy nie widzieli i nie zobaczą. On uważany za nieświadomego, rozumiał i tłumaczył naturę jak sen, jak istniejącą nierzeczywistość, jak dotyk, którego nie ma, ale jest dotykiem, jak rzeczy martwe, które widzimy, ale w jego umyśle one nie istniały. Wciąż widział swoją śmierć. Wtedy to w snach wyrastał, raz ze śmierci ognia, raz ze śmierci wody raz ze śmierci powietrza, a przecież wyrósł ze śmierci ziemi, która, to raz była powietrzem, to raz była wodą, a teraz ogniem.

Do płynącego powoli strumienia szerokiej rzeki, wkładał kij, wyciągał go, znowu wkładał i biegł za punktem, który płynął wraz jej nurtem. Innym razem zanurzał swe kościste ciało w nurt mokrych błękitów, na dnie rysował linię, wynurzał się i znowu nurkował, a nie znajdując narysowanej kreski biegł dalej, nurkował i tak bez końca, a gdy znowu kreski nie odnalazł, rozum mu podpowiadał, że rzeka ucieka, że nigdy jej nie dogoni, myślał też, że nikt nigdy nie dogoni istoty rzeczy, tak jak nikt nigdy nie dogoni istoty końca życia, tylko koniec życia dogania jego.

Rozbudził się z zamyślenia. Pamiętał to i owo, ciosy chwili ubarwiały jego milczenie, i napomykały w przebudzeniu o swojej bezwartościowości w tym cholernym kraju, którego nawet nie zdążył powąchać i po długim czasie zaczął pierwszy raz od przyjazdu odróżniać czerń od bieli. Nie liczył dni, liczył koromysła przeniesionych zdarzeń, gdzie w krzykach, całymi latami, szukał tętna życia, które wyniesie go na podeptane sfery marzeń. Tam pola rodzinne zostawił poza sobą w jakimś wąwozie z rzepy, gdzie nieurojone myśli, podparte Protagorasem wciąż uczyły go sztuki przekonywania czy „byt”, o którym myślał jest tym bytem, który wybrał, czy musi myśleć tylko „o byciu”.

Od małego lubił czytać, chociaż czytania, a później pisania nauczył się praktycznie sam nie licząc pomocy babci, która zmarła w jego siódme urodziny. W trzy tygodnie później na zakażenie krwi zmarł jego ojczym i wtedy jego życie przestało być życiem. Matka zabrała siostrę Olę i pojechała do Moskwy za swoją nową miłością, zostawiając małego Levina z ciotką, która traktowała go jak przedmiot a nie wrażliwego bachora. Kiedy do ciotki przyjeżdżał przystojny kuzyn szli nad rzekę, bo tam jak mawiała ciotka można był poczuć smak wolności i radości życia, co młody Levin wykorzystywał, nagabując obojga swoją dociekliwością istnienia świata. I rzucał do rzeki kamieniem nagabując obojga:

– Jak rzucam lewą ręką, to rzucam dalej, a jak prawą to o połowę bliżej – co nie wzbudzało w nich zachwytu i wywoływało nawet uśmiech politowania, który zdopingował bachora do tego, żeby później i prawą i lewą rzucać jednakowo.

Jako nietuzinkowi obywatele, przyszyli się do tego miejsca, jak prawosławny kalendarz imion i byli jedyną rosyjską rodziną w Bagdadi, małym gruzińskim miasteczku w północnych rejonach Gruzji. Pośród ustrojstwa obywatelskiego, jako stali bywalcy ich domu, bywali Ormianie, Gruzini i Polacy. Ci ostatni wzbudzali w nim niechęć swoim egoizmem i brakiem poszanowania wspólnoty, która w tamtych czasach była okrągłym stołem powojennych przemian.

Już od małego przejawiał zamiłowanie do czystości i porządku, gdy z wyciętych kawałków papieru ułożonych na baczność, komponował wyrazy, później całe zdania, które nawet dla dorosłych były niezrozumiałe. Odpadki pociętych skrawków papieru skrzętnie zbierał i wyrzucał do pojemnika na śmieci, który malował portrety jego wyobraźni, żeby nie każdy obywatel mógł sam w sobie potrafić malować portrety ludzkich twarzy w wygiętym grymasie życia, pełnym smutku i melancholii. W potrzebie, nie narażał na skazanie zawartości pojemnika na śmieci i ze skrawków papieru połączonych z gliną lepił gliniane figurki, które wyschnięte, rozpadały się na kawałki, później swoimi drobnymi rączkami, skrzętnie je sklejał i ustawiał na półce. Podchodził wtedy do ciotki zapraszając ją do artystycznego kontredansu, który absolutnie nie wzbudzał w niej zainteresowania, ale nieustępliwie powtarzał jak mantrę, jak pacierz wyuczony o wujku Stalinie, że praca twórcza na rzecz ojczyzny nie może być niezauważona. I jako mały manipulator biedy podchodził do cioteczki, zadając prowokacyjne pytanie:

– Ciociu Lusiu, czy w obronie ojczyzny te figurki kiedyś przemówią, a wiesz, o czym one myślą, a dlaczego mi się rozpadają na kawałki, kiedy wysychają?

I ciotka, patrząc na małego rudego stworka doznawała patriotycznego olśnienia, bo bała się, że Pawka Morozow przemówi w ciele małego Levina, którego krzywdy teraz zobaczyła. I myślała, jak się go pozbyć wcześniej nagradzając, bo jedyną nadwrażliwością u Lusi były zjedzone przez Levina kartoszki. Tylko matka mogła bachora przygarnąć z powrotem, co nastąpiło po wielokrotnych prośbach i strachu przed bachorem Levinkiem.

Z niecierpliwością czekał teraz mały Levinek na to, kiedy matka zabierze go do Moskwy i tam zacznie chodzić do szkoły. Szkoła, szkoła, szkoła, puste mury, puste sale, puste dzieciaki i nurt rzeki, który umykał, przerwały wspomnienie bezsensownej młodości.

„Tak niewiele potrzeba do szczęścia, tylko trzeba wciąż iść wzwyż i wzwyż, a gdzie jest to nasze szczęście? Tam, gdzie nie możemy być! Tam, gdzie szumiały brzozy i niewrażliwy bóg, to tam płakały „ślozy”, tam zawsze był nasz wróg”– w smutku śpiewał patriotyczną piosenkę polskich powstańców.

MARIN!

Tak, tak, tak rozległo się wołanie, jak z karabinu maszynowego, a Marin, wciąż patrzył w szary sufit. Jego rozbudowane „ego”, że jest wciąż zły nie dawało jemu spać. Nigdy nie myślał nawet o tym, że taki jak on, taki zły, będzie wciąż myślał, myślami matki, że jego literacki „Zły”, to Tyrmand, to Polska, kraj nawiedzony przez inspektora Mocka, też złego, bufona, kurwiarza demokracji policyjno-socjalistycznej, pseudo-niemieckiej rzeczywistości, ale z innego punktu widzenia, z punktu widzenia więziennego klozetu.

Dla Marina, który o Tyrmandzie wiedział tylko tyle, że za młodu pracował dla „Prawdy Komsomolskiej”, był polskim Żydem, tworzył polski jazz i napisał książkę, o której z detalami opowiadała mu matka, Polska była złym dobrem w jego pokiereszowanym życiu. Dzięki Tyrmandowi zrozumiał, że bycie niby Żydem, bo tak siebie traktowali, też może być ludzkie i nieuciążliwe i w takim kraju, gdzie psy szczekają ogonami da się zarobić na trąbkę.

Pochylił się nad sobą z rezygnacją, pochylił się nad swoją drogocenną głową i połączył się ze światem tak jak głowa z cieniem. Odbijał mu się gwar ulatujących wiertarek i młotów pneumatycznych i przypomniał w sobie zgrzyt uderzających pierścieni w zakaukaskim pierdlu. Bał się starości tak jak samotności, wciąż myślał o tej nocy, która nie ma końca, rzuca w oczy godność i odrębność i jest nie do pokonania. Niczego tutaj nie rozumiał. Zwyczajna zwyczajność, którą tu obiecywano, była czekaniem na zabójców, tak robiło się nudno.

„Wśród haniebnego na Sybir wygnania – umrzeć z tęsknoty oto los mój cały, na próżno ogień me piersi pochłania, być pożytecznym nieba mi nie dały”– zanucił na swoją dumę.

KOSTIA!

Dni mijały bezlitośnie, a w garści pracy, którą dotąd wykonaliśmy nie było widać nadziei na lepszy „komsomolski” chleb. Działo się coś, czego nie mogliśmy zrozumieć. Papierosy drogie, wódka droga, chodzenie po mieście też drogie i nudne, jak grosza przy duszy brak. Alek chodził jakiś markotny i nie chciał się do nikogo odzywać. W to ciągłe słuchanie „zawtra idiom na rabotu” przestaliśmy wierzyć i już nam „eta nadajeło”. I nagle Kostia przyniósł wiadomość, że znalazł dla siebie pracę. Dlaczego tylko dla siebie nikt nie mógł zrozumieć. Myśleliśmy, że jako oficer może wszystko, przecież przeżył tutaj ze znajomościami w tym ustroju kawał czasu.

Nie odpowiedział nam na to pytanie. Zwinął majdan i tyle go widzieliśmy.
Jechaliśmy tutaj w grupie niby do pracy, ale każdy z nas miał bliżej nieokreślony cel, oprócz oczywiście mnie, zaufanego wywiadowcy, który pod płaszczykiem pracy na czarno chciał dezorganizować ład i porządek europejskiej pierestrojki, która dla nowej władzy rosyjskiej była policzkiem w dobre imię demokratycznej religii, jaką było nasze prawosławie. Znając przeszłość delikwentów, miałem mieć pod kontrolą wszystkich bez wyjątku, ale ten pieprzony kontrabandzista pomieszał mi szyki i już nie miałem porządku dla swoich dalszych działań, bo on Konstanty Wołow, był majorem chyba KGB, spędził kilka lat w DDR-rze na terenach głównego dowództwa Armii Radzieckiej i za co nikt go nie rozpoznawał był wielkim miłośnikiem Puszkina i Łomonosowa, który tak jak on był chłopem i wszystko, co zawdzięczał życiu, zawdzięczał sobie. Jego przewrotna dusza i oczy, tak jak włosy na wietrze, szeptom podpowiadały, że jego samotność jest jak piołun-wyrosła z niczego i jest śmiertelnie milcząca.

Zawsze mawiał:

– Słowa-bieda, nikt nam nie podaruje, sami ją zdobywamy i kładziemy na ręce jak żałosny ogryzek.

Nie chciał o sobie opowiadać. Niczego nie potrafił robić oprócz bycia żołnierzem, co później okazało się wielką dla niego wygodą. Człowiek bez twarzy, ale o wielkim sercu, miał jak Mongołowie w jajach kumys, którego nie dało się wypić, ale za jego smakiem, ciągle się tęskniło. Wszyscy mieliśmy coś „za uszami”, ale on był ciągle ten sam. Jak stara kurwa, która mając pięćdziesiątkę, udawała, że straciła cnotę około czterdziestki. Na odchodne każdego pocałował, co było jeszcze większym zaskoczeniem, bo jego uczucia mieszkały na dnie jakiegoś koryta, którego nie rozumieliśmy, leżały na dnie dziwotworu, jego kochanego Łomonosowa, ku ciągnącym się piekielnym i zdeptanym progom.

Szpakowate, krótko ścięte włosy, nadawały jego szczupłym, flegmatycznym ruchom, posępnej powagi, rozwlekłej jak przy jedzeniu miski rosołu z przepiórki, ulubionej potrawy Kosteńki.

Strzelec wyborowy, Konstanty Wołow, wzywany do generała, to była rzadkość w stosunkach radzieckości.

Ale kim był Wołow?

Okazywało się, że niepospolitą mendą, wykonująca najdziwniejsze zadanka. A to trzeba było ustrzelić sarenkę, czyli człowieka politbiura, a to postrzelić robaczka, znaczy zamorduszkę, informatora. Kostia Wołow zawsze był gatow, czyli był, jak sztywny grzbiet jodły, owiany wiatrem niepamięci, żeby na stare lata w bezkresnej dali, wołać na rozdartych ptasich skrzydłach o krew dzieci Abrahama, żeby mściciele w strumieniach krwi wylanej w bezdźwięcznym krzyku nie szczebiotali o cudownej wiośnie towarzysza Wołowa, który czujny był jak sen umarłych i chciał być jak woda zapomniana wśród nizin rosistych, jak woda rozumna borżomi, co mnichów poiła nieczystych. A dni naszej bezczynnej dolegliwości pracy mijały bezlitośnie. Wszyscy szukaliśmy dla siebie zajęcia, ale nie zastanawialiśmy się do tej pory, kto płaci za naszą kwartirę. Aleks wziął od nas po pięćdziesiąt baksów i się nie odzywał, a my czuliśmy jakiś przekręt. Dopiero Marin, po głębokiej wódce, jak walnął mu z bani to Aleks zaczął klarownie dawać dupy, bo Marin to jak się okazało był gość na poziomie.

Jego poziom wyznaczała granica ciągłego grania tego samego utworu, ulubionego utworu Diuka Ellingtona „Karawana”, a grane przez Marina kowery w pewnym okresie radzieckiego ludowładztwa, czyli tak zwanej proletariackiej myśli twórczej, kładły na kolana tłumy, zwłaszcza tłumy panienek. Ale Marin nie chciał być gwiazdą, chciał być kimś nie przez duże, ale przez małe „ka”.

Ustawowy dystans do tego co robił, stawiał go w szeregu pojebanych ruso-gruzińskich pobratymców, jego królewskiej uniżoności towarzysza, pierwszego sekretarza garkomu, niejakiego Anatola Karidze, spektakularnego krwiopijcy i erotomana, który z kolei swój zaszczyt bycia kimś uzyskał pisaniem erotyczno-politycznych pamfletów, które nie będąc pamfletami w oczach tak zwanych środowisk poglądo-twórczvch sprowadzały na ziemię całe chmary różnej maści martwych i sprawiedliwych. W przestrzeni świata, jaki w tamtych trudnych czasach odnalazł Marin, jedynym miejscem, w jakim można było żyć, było miejsce na krzyżu, którego sobie sam nie mógł podarować, a bogowie w tamtym czasie mieli go w dupie.

Tysiąc razy się uśmiechnij zanim w pustkowiach swojego mózgu dojrzysz, choć skrawek nieba, a w twoim sercu zagości „matka wolności” – syczał do tłumów, których już nie było.

Pielgrzym Marin, krwiopijca muzycznych dusz, w burych ścieżkach swojego zafajdanego życia, przeczesywał koniom grzywy a na zielonych zboczach kościołów igrał ze świętościami grobów, aby w mrocznej przestrzeni światła, oddać światu to, co świat jemu zabrał.

Zagwozdką Marina był nieprzekraczalny próg widzenia środka, jakim była muzyka. Ccoo.. tty mi tu pieredd…., po czym się zamykał w swojej klatce. Tak wytrwał długie lata, aż pierestrojka wygięła jego życie do monstrualnych rozmiarów.

Kostia tymczasem przeszedł pół miasta na piechotę. W długim marszu, który wybrał tylko po to, żeby poczuć stary ból, żeby przypomnieć sobie trud żołnierskiej wspinaczki, widział sens pobytu w tym kraju, gdzie jak ich uczono, psy dupami szczekają. Ale jakoś psów nie było widać, tylko, co jakiś czas przechodnie na jego widok schodzili z drogi. Długie lata spędzone we wschodnich landach Niemiec i zakamarkach Krzyżowej, małym, wieloblokowym osiedlu przy legnickiej autostradzie, uświadamiały jemu, że dopiero teraz będzie musiał być żołnierzem, że żołd żołnierski, będzie teraz nim, będzie jego księgową.

Łamaną polszczyzną przeplataną ruskim akcentem, wciąż pytał o drogę. Dotarł w końcu pod adres, który utwierdził go w przekonaniu, że psy są, ale dupą zaszczekał on, Kostia, Konstanty Wielki. Jak zobaczył swoje miejsce pobytu, w pierwszym odruchu chciał wyjść, ale stówa za miesiąc to całkiem przyzwoita cena, nie miał innego wyboru. Przeglądał się w lusterku ze zdziwieniem i grozą. Jego wychudzona twarz przypominała dżinny-demony, coś pośredniego między aniołem a człowiekiem z piekieł.

Brak wody jeszcze bardziej wtłoczył cywilno-żołnierskie oblicze w kanciaste ramiona cudacznego świata, przepijał gorycz porażką, bo na nic nie miał usprawiedliwienia. Jeszcze do tego ta maszrabijja, okno-krata, jak droga przeznaczenia, droga przez mękę. Kto miał jego nie widzieć, a kogo miał oglądać na tym zatęchłym skrawku pokiereszowanego świata?

Doczekał wieczora. W oddali znalazł rzekę przypominającą syberyjski strumyk i zażył kąpieli w przepojonej smakiem ropy, wodzie. Na mokre ciało ubrał galabiję, ulubiony strój Arabów, który dawał pozorną wolność duszy, z kaptura wyciągnął lufkę i brunatną kostkę o nieforemnym kształcie, wcisnął w koniec lufki część brunatnej masy i przypalił. Wciągał dym powoli, zachłystując się smakiem dawno zapomnianym przez samego siebie. Powoli przenosił się w świat teatru, teatru jednego aktora. W długiej medytacji wkraczał w marokańskie otchłanie, żeby głód ciała zabić owocami duszy. Wchodził na salony, gdzie farasze-nadworni lokaje, wymachując długimi dzidami, torowali drogę do galerii wieczności Wielkiemu Konstantemu i jego świcie. Na szerokich schodach zatłoczonych przez tłumy, jego fizyczność wzbudzała zachwyt i przyćmiewała innych wielmożów tego świata. Doprowadzony do loży, spoczął na pięknie haftowanych poduchach. Ściany, wykonane z cedrowego drewna ozdobione kaszmirowymi szalami przypominały tęczową feerię barw. Mnóstwo świeczników w szklanych abażurach nadawało temu niezwykłemu miejscu niepowtarzalny cud harmonii i bezsensownego przebudzenia. Zebrany arabski tłum jak tajemnica błyszcząca pod bielą fartucha wypełniał miejsce wokół sceny i w poruszanych do łez szeptach spełniał nieludzkie marzenia. Sama scena w swojej fascynacji była tylko fragmentem widowiska wypełnionego przez setki, a może i tysiące ubranych w białe milaje, kobiet, które siedząc po turecku, swoją milczącą modlitwą i umytymi oczami, zdzierały maski pełne nagości i potępienia nie swoich chlebodawców. Wiatr gehenny, który na strzępy rozdzierał ich dusze w codzienności życia, tutaj dawał im wolność i strugi uwielbienia dla Konstantego, ich ogrodowego ojca miłości, ojca odkupiciela, który dla wszystkich nie tylko tych wybranych kobiet, roztaczał nimby wolności w niezgłębionym lazurze nieba i widział wciąż maszrabije pełne wykuszów i ujrzał zamurowany świat pełen mroku i gasnących gwiazd. Żałosny sen, niedostępny dla niczyjego oka, wzleciał napowietrznym cieniem w pełne zapachu ogrody Rosji. Świat oczekiwał narodzin, narodzin rajskich ptaków, które wzlecą, jak dzikie gęsi i znajdą swoje legowiska na mokrych trawach tak, aby cisza nie szumiała w uszach, a obrazem nagiej prostoty nie były kłamstwa już nie z tego świata.

Spoczywał bezgłośnie na przyrzecznym rozlewisku, roztaczając przed sobą koszmarny bieg zdarzeń, które upór znajdą w zakamarkach riazańskich tajemnic. Jego wygięte w strunę ciało pełne było dźwięków paschalnej sławy. Ciągle słyszał śpiew nawoływania przeszłości, w której nie mógł uchwycić melodii. Czuł mrowie w całym bezgrzesznym otmęcie swoich myśli. Jeszcze dotykał swoich kobiet, czuł ich ubóstwienie, ich pocałunki rozdzierały jego dumę, smak ust przewijał się z zapachem rąk, dotyk kształtnych, niezwykle bujnych piersi, roztapiał się w wiatrach uniesienia, czuł ciągłe pożądanie i odległość niespełnienia, jak przytłoczony oddechem chwili łabędź. W końcu przepadł w rozmokłych czeluściach własnej genitalności.

LEVIN!

Przyzwyczajony do biedy Levin, z pokorą znosił trudy pobytu w zabużańskim kraju. Ulotność jego myśli i trwałość przekonań dodawały tak potrzebnej w zgrzebnych czasach otuchy. Wierzył jeszcze w teczki z nieznanymi pracami naukowymi, jakie ze sobą przywiózł. Liczył, że mogą one otworzyć drzwi do innego świata. Od czasu awantury z Aleksem, kiedy wszystko uległo zmianie, zamknięty w sobie rudowłosy, odzyskał wiarę nie tylko w Aleksa, lecz przede wszystkim w siebie. Okazało się, że jego niepraktyczny stosunek do życia może przynosić pożytek dla całej kamandy, z którą przebywał.

Inni poszli do pracy przy rozbiórce starego domu, a on dzięki znajomościom Aleksa prowadził dyskusje ze studentami na uniwersytecie i to łamaną polszczyzną. Nieszablonowe podejście do znajomości filozofii starożytnej bez naturalnych ograniczeń, zjednała jemu spore grono zwolenników wśród wielu studentów i braci naukowej, która widziała w nim przypływ świeżej krwi. Słuchali go i widzieli, że przekraczał w swoich wywodach uprzednio zakreślone granice dyskusji i nieraz mawiali, że jest to jego transcendentne powołanie. Levin świadomie przekraczał pewne progi widzenia nauki i świata, żeby wzbudzić zainteresowanie samą Rosją, co dawało obu stronom szanse wzajemnego zrozumienia bez tak zwanych podziałów politycznych. Przekraczał jakieś wewnętrzne, skostniałe granice, które dla niego samego były tęsknotą, filozoficzną tęsknotą za człowieczeństwem, za próbą stania się człowiekiem dla innych.

Okazało się, że młodzi Polacy widzą Rosję – matuszkę prawie tak, jak uczono o Polsce Rosjan, którzy myśleli, że traktowana, jak się utarło, jako osiemnasta republika Kraju Rad – Polska, jest na garnuszku Wielkiej Radzieckiej Opatrzności, że przez długie lata naród rosyjski w swej dobroduszności dawał i na scenie politycznej i dawał pod stołem. Lecz scena się zawaliła i pokazała, że był to stek bzdur i kłamstw podpartych kijem golfowym, a dla Rosji wiatr nie zawiał w tą stronę, co trzeba.

Pamiętne słowa, jakie usłyszał od socjologa profesora Mariana, a właściwie Mariana, bo tak kazał do siebie mówić, utwierdzały Levina w przekonaniu, że ta robota z młodymi zapaleńcami na coś się przydaje, bo rozpala dyskusje i burzy stereotypy. Profesor Marian, obyty w świecie były żołnierz, który walczył pod Monte Casino był wielkim orędownikiem bytu partyjnego w jednych barwach i z tego, co mówił wynikała prosta maksyma, że mimo „błędów i wypaczeń”, PZPR była jedyną polską partią polityczną, która zrobiła najwięcej dobrego dla tego państwa i społeczeństwa, a PRL powinna pozostać formacją wyjątkową na tle marazmu dziejów naszego kraju. Na scenie fałszu obłudy i półprawdy, wciąż toczy się spór o wątłość tej miłości jednostronnej i o echo, które powraca jak farsa, jak bzdet – Levin przytaczał słowa profesora, tylko, że oba narody skowyczą gardłem kościelnego chóru, ale ze swojej biedy każdy musi wyjść sam i nic nie zmieni naszych relacji na lepsze, jeżeli nie popatrzymy na siebie tak jak na sąsiadów po drugiej stronie ulicy. Dodał jeszcze tylko, że Polska stacza się do państwa wyznaniowego w najgorszym islamsko-fundamentalistycznym wydaniu i do polskiej republiki bananowej z pinechetopodobnymi przywódcami i parlamentarzystami. Porównajmy to wszystko z PRL i wtedy „niech ten rzuci w nią pierwszy kamieniem – kto sam jest bez winy”.

No i sobie narobił tyle, że studenci zaczęli go atakować i wypominać przeszłość, mając na uwadze zaanektowanie Polski po wojnie, jak to określili. Nie wiedzieli tylko, że sam żył w gorszym kraju jak PRL. W końcu sami miedzy sobą zaczęli się przekomarzać. Zaskoczony zażartą dyskusją, przestraszył się samego siebie i wolności wypowiedzi, o której marzył i jak skulony pies, przeprosił wszystkich i wyszedł. Na odchodne jeszcze usłyszał, że na świecie są idee, tylko trzeba się starać, żeby je zobaczyć. Ni przypiąć, ni przyłatać do naszych historii myślał w duchu i w cieple nocy szukał zrozumienia dla treści słów, które usłyszał. Wróciły wspomnienia, wspomnienia o „madżari” – szklance pierwszego wypitego soku gronowego, którego smakiem tak się zachwycał, traktował je jak szept śniegu z pierwszej kostki lodu wrzuconej w martwotę ubóstwa i szept głosu, kiedy został pierwszy raz aresztowany.

– Byłem tak daleko od ziemi, a tak nisko upadłem. To nie słowa przecież pracują mówił sam do siebie, pracuje również głowa. Wszystko w nim grzmiało, tak jak kościelny dzwon. Szarpało nim sumienie, że tak ot sobie zostawił uniwersytecką brać na pokuszenie grzechów

– W tej rozterce, pójdę zapalić z panem Jezusem marihuanę pomyślał – i jak pomyślał tak zrobił.

Wieczorem kościół był prawie pusty. W cieniu smutku przepastnej otchłani, jaką ujrzał w oddali szumiały organy, a ich dźwięk sprawiał wrażenie głębokiego żalu z rozpasanej biedy kościelnych purpuratów, gdzie ciągle wyciągnięta łapa kościelnego establishmentu po jeszcze więcej w preludium, „co łaska”, stawiała jarmarczne postacie na piedestale ogrodowych krasnoludków, a otumanione słowotwórczością ambonowych grzeszników, bogobojne dusze wiernych, pragnęły, co rusz urzędniczych pielgrzymek.

Stanął przy lewej nawie i w muzyce radości usiadł na kościelnym tronie, gdzie w półmroku bezbożnych dla niego figurek, wspomnienia zeszły w cień. Rozejrzał się wokoło. Było pusto. Zrobił skręta i tak jak śmierć nadciąga przez sen, szarpnął dyma, lekko zakasłał. Echo jego oddechu odbiło się o ściany świątyni, jakby chciało z nim porozmawiać. Konwulsja płucna, bo tak ją nazywał, zawsze towarzyszyła palącym „Maryśkę”. Nieczęste palenie dawało odskocznię od samotności. Czuł się jak mutant oskrzydlony przez nicość w tym przybytku zrodzonym przez grzech dla ludzi w imię bogobojności. Nigdy nie interesował się religią. Jego wiara wynikała z przenikania rzeczy i treści myśli, z fascynacji paradygmatami inności, które jak powołanie bierze na katafalk próżność pomieszaną z hipokryzją, Uważał, że większość ludzi ma zardzewiałe tryby w głowach, bo pieniądze i religia rządzą ich rozumem, jeżeli go w ogóle posiadają.

Zawsze po kilku dymach czuł się jak winnica obciążona pędami winogron i widział w niej jedną krętą ścieżkę, gdzie weseli chłopcy trzymając się za ręce, zgodnie tulą do siebie czoła i w przyjacielskich pocałunkach, radośnie witają wiosnę. Zafascynowany męską urodą, gładził w myślach, co przystojniejszych poetów, aby zadrwić z samego siebie i swój niewyobrażalny szkielet wkomponować w gładką, męską symetrię ciała. Rozpalony rozum podpowiadał jemu, że śni, że jest w ramionach własnych snów, że jest w ramionach dreszczy, które były marzeniem. Gładkie, nieprzepracowane dłonie delikatnie gładziły jego szyję, dotykały rąk, wzrastały ponad niego samego.

– Chyba za dużo skręciłem – pomyślał w rozbudzeniu, ale sen się nie kończył, pragnienie ciągle żyło, fizyczność nadawała sens jego ruchom, myśli pogubiły istnienie. I nagle, czar ogromu dotyku rozpłynął się w jego trzewiach resztką pustki i martwoty swojego jestestwa, czuł się jak zgliszcze, kiedy w rozbudzonym śnie, dotykał dłoni, nie ręki, dłoni czarnej w powłokach sukienki. Jego arcydzieło ubóstwa zmysłów zostało dopełnione.

SZCZEDRZYKOWO!

Dochodziła ósma wieczorem, a oni pracowali bez wytchnienia z krótką przerwą na tak zwany lancz. Nieuchronny los warował nad nimi jak strażnik. Ich galaretowate przed utratą pracy ciała, domagały się konwulsji rozkoszy, która nie nadchodziła. Był potworny upał, a chłód przenikał ich od stóp do głów. Czuli nad sobą lemiesz władzy, a ich rozdwojone teraz życie w oparach taniego wina czołgało się przed oświeconą damą, a właściwie panią, jakby z wyższych sfer. Wielką płacili cenę za chwiejącą się wolność, która do nich nie należała i raz dudniła i raz spadała mówiąc do nich językiem z drewna w szaleństwie zachwytu pomieszanym z obłędem. Ni stąd ni z owąd, ciężki łańcuch spadał na ich skarżące się głosy, aż odzywała się do nich ona, jak katarynka. Na zaćmienie rozumu podawała im do stołu, czym byli bardzo zachwyceni, ich nowomowa bezsensownych, grymasopodobnych skojarzeń w światłości męki, przyprawiała nie tylko Marina o złość.

Niemłoda, a młodo wyglądająca wypasiona laska na swoich włościach, przedstawiała prymitywny obraz polskiego bezideowego romantyzmu, który mieścił się w jedwabnych stojących cyckach wodzących na pokuszenie i zamykał w zakamarkach ustawicznych wzwodów. Każdy z nich straciłby z nią dziewictwo, ale ich prawosławna matuszka trzymała jaja na psim łańcuchu, jak niewypasione byki niezarodowe.

Po skończonej kolacji, musieli grać z nią w karty, które jak mówiła były niezastąpioną formą odpoczynku po wytężonej pracy, a że grali z reguły na pieniądze, kontrolowali swoje emocje, dając sobie szanse na małe wygrane, które i tak później zostawały w jej kieszeni, chociaż nie tolerowała podwyższania stawek. Trzymała się sztywnych reguł gry, które z dnia na dzień nabierały tempa, co miało dla nich korzystny wymiar, gdyż po miesiącu grali już od czwartej po południu, a gdy ją nachodziła karciana namiętność, grali od południa do późnego wieczora z przerwą oczywiście na zakrapiany tanim winkiem lancz, trwający nie dłużej niż pół godziny. Grali tak przez kilkanaście tygodni, za które dostawali normalną kasę, bo ich chlebodawczyni miała zasady. W czasie, kiedy pracowali ona bywała w innych miejscach i tam też wszyscy grali. Najbardziej przerażony był proboszcz, bo strasznie mu ubyło kasy, gdyż liczba wiernych tak zwanych nawiedzonych spadła o tysiąc procent i księżulo nie miał, za co chodzić do miejscowych dziwek, więc interweniował u biskupa, który zakazał gier hazardowych, w co nie wszyscy chcieli uwierzyć i dalej grali od świtu do nocy. Pomysłowy proboszcz żądny ciągle używek, przestał udzielać ślubów, chrzcin, bierzmowań i innych chrześcijańskich guseł, co przyniosło taki efekt, że miejscowi gracze, dokonywali tych czynności poza diecezją, w jakichś bliżej nieskonfigurowanych parafiach. W końcu zrezygnowany, sam zaczął grać, żeby mieć, chociaż na tanie winko i to był strzał w dziesiątkę, bo parafianie przyjęli swojaka z otwartymi rękami i dzięki temu kościelny antychryst, mógł dołączyć do miejscowej elity, której prym nadawała Elżbieta, nasza chlebodawczyni, dająca sobie w tej dystyngowanej atmosferze nadzieje na kolejny podbój katabasowej sukienki.

Z tego całego galimatiasu, Marin nic, a nic nie rozumiał. Chodził za nią tak i chodził, aż w końcu jej rzekł:

– Elżbieta, ja ciebie chyba kocham.

Wypowiedział słowa, które były murem, które były prawdą i które były tęsknotą. Były słonecznym widmem, jak u ubogich muzyków, którym godność nie pozwala prosić o coś takiego, jak kęs chleba, ale ona była pożywieniem nie tylko dla niego. Wiedzieli o tym, czuli to przez skórę. Jej szerokie biodra uwydatniały jej płaski brzuch. Stawali wyprężeni na balkonach swoich marzeń i każdego poranka, każdy z nich posiadał ją jak jeleń posiada łanię. Ich pożądanie, na granicy ubogiej wyobraźni, dawało im poczucie spełnienia, zaspokojenia swoich jaźni i pragnień.

– Na szcziot etawo – Marin znowu zagrał na jajach jak berety. Jego wydumane pragnienie kobiet i prostytucja myśli z jego szurniętą muzyką, doprowadziła ich do przestworzy vaginowych falbanek.

Elżbieta była ciepła i chętna. Jej rozchełstana, przebrzydła permanentność wydymania, miała chyba związki w dawnej polsko-rosyjskiej ukrywanej przyjaźni. Rozchełstane uczucie pociągu, końskiego pociągu, pozwalało im się zbliżyć do uśmiechów, które spływały na twarz tej wyzyskiwaczki i krwiopijczyni. Zdzierała z nich nie tylko szmal tak dla nich uniżony, ale zdzierała też, ich nie do końca wydymaną godność, żeby za parę srebrników, swoją wybujałą waginoidalność doprowadzić do granic absurdu. Marin był jej gruchaczem i oddawał im ją tak, jak przeznaczenie oddaje człowiekowi kawałeczek chwili na skonanie. Kochali Marina mimo wszystko, bo podarował im upragnione soki nocy z ciągle mokrego wzgórka łonowego, który na milczących wargach wciąż miał rosę i rozmawiał językiem, który do nich docierał i wkomponował się w ich stałe już zaspakajanie ruchliwych upodobań. W swojej szlachetności tak uniżonej, odkryli w Marinie nie tylko prawo pierwokupu, ale też prawo do zaspakajania jego pragnień pod postacią korkociągu, jaki miał w swej potylicy. Jego wydumane i wprost dla odkrywcze zakupienie instrumentu było niepowtarzalną okazją do przejechania się po tym altruistycznym sukinsynu. Zagrali jemu na ulubionej trąbce, która dla niego stała się nie trąbką, ale trąbą, trąbą Jerycha. Urodziny Marinka jak pieszczotliwie nazywała go jego nieposkromiona waginoidalność, postanowili uczcić zakupieniem ukochanej trąbki dla solenizanta. W związku z tym, że zbiórka nie dostarczyła wymaganej kwoty, Marinek dołożył lwią część na swój prezent urodzinowy. A oni, jako najlepsi przyjaciele swojego przyjaciela, zagłaskali Elżbietkę gospodarskim prezentem i wszystkie Marinowo-trąbkowe grosze, oddali za urodzinowe dymanko, bardzo jak się okazało wyrozumiałej damy, która ponad jazzband Marina wynosiła swoje wypasłe uda, żeby jej wypasiona brocha, doznała złotego olśnienia.

Marin, jak klarnecista jęczał we łzach, bladł jak niedouczony pianista i skruszony swoim niedoścignionym bólem, sam sobie zrobił zastępstwo, zagrał na cienkim klarnecie i zrobił sobie laskę.

Sala wyła z zachwytu, jego solowy koncert dobiegł końca.

INICJACJA!

Levin siedział jak urzeczony w przebłyskach drgającego jeszcze ciała, niedowierzał sobie, ale w sile duszy myślał, że to pierwszy męski dotyk w jego życiu i to w okolicznościach wskazujących jak to mawiają Polacy „na spożycie”. Ścisnął mocniej obcą dla siebie dłoń, nie próbując nawet w półmroku kościoła dostrzec twarzy, męskiej twarzy. Jego szerokie oczy stawały się coraz cięższe, jakby spowite przez mgłę, chciał się przeobrazić, złapać chociaż promień spojrzenia tej niespokojnej podróży w czasie, tak marzył o miłości. Ich milczenie ubarwiała dobiegająca z daleka muzyka, przypominająca szelest salermonowych pierścieni, wyrosłych na sardyjskich kamieniach, tak jakby w miękkości palca, w modlitwie, w bezbożnej komnacie i w tabernakulum bez zapachu, krzyczała Maryja, a czy jeszcze krzyczy w swej bezbożnej komnacie, na syczy? – myślał Levin. Czuł się jak na „Sumie Teologicznej”, gdzie moralność chrześcijańska, o której starał się teraz nie myśleć, była wybornym owocem do podjudzania przeciw naturze, do smucenia się z grzechów niepopełnionych, do oglądania światła, które należy do doczesności i nie ma żadnej wartości. W spektaklu uczuć do boga, w zboczonej dla niektórych fantazji, płomienność i fanatyczność spółkowania z oblubieńcem duszy wyrastała ponad opary mistyki maryjnej, ponad jej piersi i wylewała w pieszczotach na adoratorów duchowe mleko radości bezgrzesznej, tak, jak w świętym pocałunku, grzeszny łajdak, naszpikowany religijnym grzechem miłującym Boga, zostaje zrobiony w bambuko przeżywając bez niego seks, ale już samego bambukoseksu nie może przeżywać bez całkowitego pominięcia seksu.

– Uczyń to wraz ze mną, usłyszał w ciągłym jeszcze nie rozbudzeniu – Levin. Jego myślenie o pocałunkach i o tym, że Jezus po zapaleniu z nim skręta zapragnął realności, pobudziła w nim upojenie i w spontaniczności doznania zapragnął płynąć w sposób niepokalany, nieczysty, tak, aby w ubóstwie falujących uniesień nie pogrzebać boskości pożądania.

– Przyszedłeś do mnie w tajemnicy i usiadłeś w tajemnicy obok mnie na kościelnej ławie, jak człowiek, który nie panuje nad sobą, dotknąłeś mojej dłoni, jak bogowie dotykają kwiatów, więc posadź mnie na swym łonie i daj mi piersi swoje w okowie pocałunków, uczyń to, aby spełniły się nasze pragnienia – szeptał do siebie Levin.

Zdziwiony obcym dla siebie akcentem młody klecha, przecierał oczy z przerażenia, lecz mocny, porażający uścisk dłoni, sparaliżował jego ruchy. Też nie miał śmiałości, żeby protestować. Jego równie mocne, jak Levina, pragnienie posiadania, w bezszelestnej wymowie słów i myśli zaprowadziło ich na przepastne łoże kapłana.

Bez pośpiechu, obaj odrętwiali w swoim pragnieniu, oddali się rajskiej grze miłości, miłości tak bezwstydnej, że charyzmatyczny napletek Jezusa w swym przebarwieniu zapłodnił dwa umysły będące wybornym owocem do mistycznych rozważań teologicznych. Ich noc skierowana wprost ku wieczności, rozkwitała jak krzew niepospolitości, gdzie na krwawych pośladkach i na skrawkach pociętych genitaliów żyje wieczne umartwienie, a ascetyczna, pełna sprzecznych motywów ucieczka od świata w abstynencji ciała, wykreowała noc tak miłosną, jak jedna nienapisana powieść. W świętym duchu życia, ich erotyczność, pełna seksualnej wstrzemięźliwości, była jak publiczne podjudzanie przeciw naturze, była wybornym owocem dla wędrujących w zaświaty, zagubionych dusz, umartwionych, ale wiecznie żywych, była subtelnością, która w krzykliwej histerii zaślubin z Chrystusem pisała nową konstytucję pod hasłem „W jednym domu, jedno łoże, w jednym domu jedno ciało”, a w ogniu czyśćcowych ogrodów i duchowych odpustów nie była zbawieniem dla świata, nie była zbawieniem dla duszy, była zbawieniem dla strachu przed nędzą pożądania.
Tak jak do Levina Jezus przyszedł niespodziewanie w tajemnicy, bez Boga, tak w tajemnicy go opuścił. Dał mu piersi i położył go na swoim łonie, objął i pocałował, i zapomniał, że zabrał mu spokój. Czuł się Levin tak, jakby Jezus go zapłodnił, czuł się jak suchy ugór, który w swoim pragnieniu został pozbawiony człowieczeństwa.

REKORDZISTA!

– Czego tutaj szukasz? – zapytał mężczyzna ubrany jak ruski traktorzysta.

– Do pracy przyjechałem – szepnął nieśmiało obcy i podał kartkę z napisanym polskim adresem i nazwiskiem pracodawcy.

Nieznajomy rzucił na nią okiem, wyciągnął rękę i powiedział:

– Leszek jestem.

– Lieszek – powtórzył w duszy do siebie nowy.

– A ja Konstanty, Kostia, tak będzie prościej

– Nie ma jeszcze szefa, on musi ciebie tutaj zafiksować, a tak w ogóle to, co umiesz robić?

– Generalnie to byłem żołnierzem zawodowym, a robić mogę wszystko i czegoś mogę się jeszcze tutaj nauczyć. Poza tym jeżdżę samochodem znam się na malowaniu i wszystko, co robię, robię bardzo dokładnie. Jestem już miesiąc w Polsce i niewiele pracowałem. Mam tutaj niedaleko wynajęty pokój, tak, że mogę pracować od rana do wieczora. Nie ma u mnie dienieg i chciałbym już dzisiaj zacząć pracę.

Leszek opuścił go na chwilę, by rozdzielić pracę, to był jego poranny rytuał. Kostia, nieśmiało ruszył w kierunku warsztatu, który miał być jego drugim domem. Nie wchodził do środka, ale przez duże, na oścież otwarte drzwi ujrzał kilka maszyn z epoki późnego Breżniewa i nie mógł zrozumieć, że to, co widzi, ta kupa przestarzałego złomu, może pozwalać zarabiać na chleb. Jeszcze nie wiedział, co będzie tutaj robić i tak sobie dumał, kiedy z samochodu, wypasionego samochodu, wysiadł mężczyzna szczuplutki i niżiutki, brunet o trzydniowym zaroście. Leszek podszedł do niego wskazując na Kostię. Szef podszedł, przywitał się i kazał chwilę zaczekać. Chwila trwała z pół godziny.

– Przebieraj się, zobaczymy, co i jak umiesz robić, a później pogadamy o pieniądzach. Leszek rozdziela pracę i tylko z nim będziesz wszystko ustalał, mówił, że nie masz pieniędzy, więc na fajrant dam parę groszy, żebyś, chociaż miał na jedzenie. Pracujemy po dziesięć godzin lub dłużej, poza tym tutaj się nie pije, bo za picie wywalam z roboty na zbity pysk. Staraj się mówić dużo po polsku, bo twoi poprzednicy, jak zaczynali z ruskim, tak skończyli po rusku, na granicy, a to mnie dużo kosztuje, bo jak są budowy to trzeba ludzi, musicie być Polakami. Z tego, co mówił Aleks, jesteś inteligentnym człowiekiem, a u mnie to się liczy, bo trzeba czasami ruszyć głową, żeby to wszystko wytrzymać. Leszek mówił, że gdzieś tutaj w pobliżu mieszkasz, jeżeli mogę wiedzieć, to, u kogo?

Zaskoczony bezpośrednim tonem szefa, Kostia nie próbował nawet udawać.

– U pani Haliny przy pętli autobusowej.

Szef nic nie odpowiedział tylko się uśmiechnął, wsiadł w swoją brykę i odjechał.

Wszyscy patrzyli na nowego z niemałym zdziwieniem. Leszek przedstawił wszystkim nowego kolegę i poszedł pokazać szatnię, gdzie się przebierali. Kilka stojących szafek na ubrania, prawie tak jak w ruskim kołchozie, ciasno i brudno. Kibel pamiętał jeszcze czasy przyjaźni polsko-radzieckiej, no i był, ale był i do dzisiaj trwa, ale nie już w ruskim kołchozie, tylko z jednym kranem z ciepłą wodą, ale można było dzięki niemu zmyć ksenofobiczne, tobolskie i nacjonalistyczne modły do pracy na czarno, bez podtekstów i kontekstów.

– Módlmy się do pana, a on nas zbawi, zwłaszcza materialnie, ociekając krwią zapijaną katolickim skurwysyństwem – wykrzykiwał Rambo, źle skonstruowany syn rewolucji ucisku niekapitalistycznego do Kostii, który oniemiały nie rozumiał żartu politycznego, ani w prawo ani w lewo, pomimo tego, że jego marginalny polski, był lepszy jak niejeden szowinistyczny język używany w kontekście pracy śmieciowej.

– Skoro mówisz, że potrafisz malować to będziesz malował konstrukcje stalowe, bo jak sam widzisz takie rzeczy tutaj robimy – pokrótce, Kostia usłyszał jak ma to robić i zabrał się do pracy.

Z krótką przerwą na śniadanie pracowali do późnego wieczora, kiedy to przyjechał szef. Chyba dobrze mu poszło, bo dostał pięć dych, co pozwoli kilka dni jakoś przeżyć. Nie palił papierosów i to go trochę ratowało, lecz ciąg do zapalenia skręta wciąż pozostawał niezmienny. W pracy zauważył, że strach przed piciem alkoholu większość miała w dupie. Pili piwo albo tanie wina, co prawda nie wszyscy, ale pili.

– Mój nawyk nie picia piwa czy wina – mówił do Leszka – wynikał z wojskowych przyzwyczajeń. Jak już piliśmy to dawaliśmy porządnie w beret.

Leszek zresztą był jego jedynym rozmówcą, reszta pochłonięta była pracą. Niektórzy pakowali sprzęt na samochód i gdzieś jechali, podejrzewałem, że gdzieś na budowę, ale o nic nie pytałem, bo to nie moja sprawa, ciągnęła mnie tylko ciekawość, jak w tej Polsce się pracuje, bo dla nas Rosjan, Polacy to byli lenie na garnuszku naszej wielkiej ojczyzny. Poza krótkimi przerwami na piwo, wszyscy ostro doginali, tak, że po pierwszym dniu pracy mój obraz Polaka się wykrystalizował. Zapierdalacze – pomyślałem sobie.

Job twaju mać, jaka ta rzeczywistość naukowa jest inna od praktycznej. Zawsze tylko wydawałem rozkazy i byłem im podporządkowany, jako żołnierz musiałem wiele razy bronić swoich podwładnych przed dowództwem, kryć ich machloje, lewe interesy, czy chodzenie na dziewczyny poza ustawowym waleniem gruchy. Nasze żołnierskie życie w krajach Układu Warszawskiego było na niezłym poziomie, niczego praktycznie nam nie brakowało. Mnie po pięciu latach służby wysłali do jednostki wojskowej nad Bajkałem. Wytrzymałem tak rok do czasu jak zaczęła się pierestrojka, a później to już tylko pod górkę. Były takie miesiące, że nie otrzymywałem żołdu i żeby jakoś przeżyć zacząłem kombinować z samochodami, szło nieźle, ale zły czort we mnie siedział, chciałem być niezależny i kolesie mnie ugotowali. Nie trafiłem do pierdla tylko dzięki przypadkowi, bo sędzia był aparatczykiem i znał mnie z DDR-u. Uciekłem na drugi koniec świata, bo wojsko już dla mnie nie istniało. Moje zamiłowanie do poezji Puszkina i Łomonosowa, którymi ciągle żyłem w wojsku dawało mi dodatkowy chleb i wtedy okazało się złotym środkiem na przeżycie. W jednostce wojskowej dawałem koncerty poezji rosyjskiej, poza tym grałem na gitarze i to zawsze zjednywało mi, że tak powiem wielbicieli oddanych temu, co robię, bo naród rosyjski nad wyraz oczytany, był zakochany w swoich poetach. Ciągle żywi Wysocki i Okudżawa z tego, co usłyszałem rozkochali w sobie Polskę i kultura nie tylko polska na tym dużo zyskała.

Żyłem teraz pracą, bo chciałem się odbić od dna. U pana Czesława, czyli mojego szefa, zacząłem oddychać innym powietrzem. Praca była urozmaicona, nie było nudy, a ludzie, jak by ich zapytać po naszemu „kak dieła” – odpowiadali „wsio normalno”.

Minął tydzień mojej pracy, gdy na warsztacie zjawił się osobnik, który niesamowicie wyróżniał się od innych. Jak mnie zobaczył, od razu się przedstawił.

– Roman jestem – i zaczął ze mną rozmawiać po rosyjsku.

W tym, co mówił i jak o wszystkim opowiadał, dało się wyczuć rosyjską duszę. Używał jakichś dziwnych słów, które były dla mnie niezrozumiałe. Czasami niektórzy traktowali go jak dziwoląga. Poczucie humoru i bardzo ciekawy stosunek do pracy, wyróżniał go wśród całej załogi. Jak zniknął z pola widzenia na kilka dni i nagle się pojawiał, to jakby powiał nowy wiatr, jakby wszystko ożywało. Miał niezwykle trudny charakter, ale znał się na robocie i wszyscy go za to szanowali. Tylko on rozmawiał ze mną po rosyjsku, i często mawiał „lowka nie łowka pasieriod wirowka, dumaj nie dumaj carom nie budiesz”. Rzadko przyjeżdżał na warsztat, bo był perforacyjnym obywatelem wszelkich budów u pana Czesława, na warsztacie był pan Leszek, a tam był on. Z tego, co mówili, trudny, skomplikowany, zawsze wszystko wiedzący i nie bał się odpowiedzialności, był tak zwanym doginaczem, Często z szefem nie mogli się dogadać. Jak się wkurzał to po prostu wszystko zostawiał i szef sam musiał za siebie swoje gówno zbierać – śmiali się chłopaki. Nie było jego kiedyś chyba ze dwa tygodnie i poczułem, że czegoś mi brakuje.

– Gdzie jest Roman? – zapytałem.

– A ty, co? – odpowiedział Zbyszek, który był na rencie i ciągle pił.

– A no tak pytam, bo on po rusku rozmawia, a ja potrzebuję mieszkanie zmienić, mówił, że za sto złotych to ja u babci jakiejś mogę mieszkać, tylko muszę jej pomagać w domu. U mnie wody nie ma, a po pracy muszę się wykąpać. Ciągle chodzę do rzeki się myć i dziewczyny nie ma gdzie przyprowadzić, a on bardzo do mnie przyjacielski.

Zbyszek pokręcił nosem i powiedział, że Roman jest na kurii na Ostrowie Tumskim, tam pałac dla biskupa remontują i tam mogę go znaleźć.

– A gdzie mi tam do pałacu, jak ja nigdzie poza ten dom, w którym mieszkam nie wychodzę i miasta nie znam. Chodzę wszędzie na piechotę, bo bilety na autobus drogie.

Pan Zbyszek popatrzył na mnie jakoś tak dziwnie i powiedział:

– Powiedz szefowi, że ty chcesz z Romanem trochę popracować, bo on po rusku mówi, a poza tym trochę innej roboty się nauczysz.

I jak on mi powiedział, ja tak zrobił. Po trzech dniach ja pojechał k. Romanu. Tam ja dopiero zobaczył jak ciężka jest praca na budowie. Zdziwił się, gdy mnie zobaczył, powiedział miłe dla mnie słowa, że nareszcie będzie z kim pracować.

– To tak, jakby nikt tutaj niczego nie robił, a praca się sama wykonywała.

Po pracy Roman zaprosił mnie na piwo, w co nie mogłem uwierzyć, ale poszliśmy i wypiliśmy, aż po dwa i jeszcze jakieś wódki. Dla niego wypiłbym cału beczku. I tam on mnie pochwalił, co dla mnie żołnierza było lekkim wstydem.

– Ja o tobie Kostia słyszałem wiele dobrego. Ludzie mówią, że w armii sowieckiej służyłeś i  znasz się na poezji rosyjskiej, Puszkina i Wysockiego potrafisz zaśpiewać, Łomonosow, o którym opowiadałeś pannie Eli też by mnie interesował, a poza tym to jesteś fajne chłopisko, i jak będziesz chciał to możesz ze mną tutaj popracować.

– Ale ja szczególnie w sprawie tego pokoju, o którym mówiliśmy, bo to by mi ułatwiło życie.

– Pokój będzie, ale dopiero za miesiąc, bo pani, u której będziesz mieszkał w sanatorium jest, czyli na leczeniu w kurorcie i jak będziesz u niej mieszkał to dopiero zobaczysz, co to jest polska gościnność. Jej nie chodzi tyle o pieniądze, ile o pomoc w domu. Ona wie, że ty długo pracujesz, ale tam są piece i jak przychodzi zima, nie ma kto jej węgla z piwnicy przynieść i w piecu napalić. Czasami jak będziesz wracał z pracy to zakupy jej zrobisz. Od miejsca pracy z warsztatu masz dziesięć minut na piechotę, a jak chcesz dojeżdżać tutaj do pracy to wiesz ile bilet na miesiąc kosztuje, a kosztuje tyle, co płacisz za pokój.

Byłem zmieszany, ale wyboru już dokonałem, tylko nie chciałem Romanowi sprawiać przykrości, że nie mogę z nim pracować, co jak mi później powiedział, doskonale rozumiał.

– Życzę tobie, żebyś doczekał takich dni jak ja pracując w Niemczech, że złotówkę będziesz traktował tak jak rubla.

Siedzieliśmy w barze do późnego wieczora, aż nie było autobusów, tylko nocne, i ja nie wiedziałem jak dojechać, a on mi dał pięć dych, żebym dojechał do domu. No i ja nie dojechałem, tylko doszedłem, bo pamiętałem budynek, od którego szedłem pierwszy raz i kłódka się zamknęła. Za dwa dni Roman przyjechał na warsztat, a ja mu oddaję te pięć dych.

– Bracie powiedział, to koszty imprezowania. Roman jak pije to się nie składa na wódkę, nie oddaje przepitych i nie bierze pożyczonych, a jak mawiał twój ziomal Wysockij „Idi sa mnoj kak pieriedacza, w aknie stajat twai głaza, sześt milimietrow, ty połuczył, tam, gdie twe gliozy, tam bieda”.

Prawdziwy romantyk z tego Romana, bo nie wszyscy wiedzą, że Roman, der Roman, po niemiecku i po rosyjsku, to powieść a on w swojej obrazowości był bardziej poetycki niż poeci nawet rosyjscy, bo pomijając to, co robił znał całe strofy nie tylko rosyjskich, ale i polskich poetów. Przy wódce w barze, moje życie zaczynało przypominać romantyczne stepy, na których się wychowałem i ludzi, za którymi tęskniłem. Moje proste życie wyrobnika nabrało rumieńców, bo związki z Romanem zaczynały nabierać tożsamej tęsknoty za prawdą, prawdą bycia sobą. Przy wódce, jego wesołość jakby spoważniała, w oczach poprzez naturalną radość i codzienny humor zobaczyłem człowieka samotnego, który w goryczy uśmiechu rozdaje swoje nierozpoznawalne zmysły i chcąc się nimi dzielić, nie znajduje zrozumienia, rozdaje je na pamięć, ale nikt ich nie chce, bo nie wie, że dostaje coś za darmo, bezprzedmiotowo.

Jego samotność dostrzegłem o wiele później w okolicznościach, które w „spożyciu” bywają, ale są oznaką prawdziwej samotności. Mawiał, że wszyscy dzisiaj robotnicy w tym niezrozumiałym ustroju są na żebraczej misce patologicznego rządu, który popełnia na narodzie zbrodnie sprawiedliwości społecznej i tupie na naród kościelnymi przykazaniami, które wygięły całą pierestrojkę pod próżniaków rzymskokatolickiego Babilonu.

– Słodki Jezu – przełykał łzy – przecież Jezus już mawiał, że dla Ślepej Maryii wystarczy kociołek kaszy ugotowany na ogniu, a tutaj setki żołdaków, jak archanioły zła grabią narodowy majątek w imię jakiegoś boga.

Roman, o czym się później przekonałem, w żadnych bogów nie wierzył, ale dużo wiedział o religii. Chłopaki mówili, że na stare lata, coś mu odbiło i zaczął studiować filozofię. Ciągle chodził niewyspany i pomimo poczucia humoru było widać na jego twarzy zmęczenie. Jak go nie było, to czegoś wszystkim brakowało, a jak przyjeżdżał na warsztat i jak mawiał pan Jacek spawacz, wydajność rosła o sto procent.

– Co słychać na tym odcinku panie Romanie? – ktoś pytał i wszyscy wybuchali śmiechem, a Roman z pełną powagą, jak na kazaniu, odpowiadał.

– Na tym odcinku proszę państwa zakończyliśmy pewien etap prac, bez spożycia napojów energetycznych, co w naszej skromnej rzeczywistości popartej abstrakcyjnością myśli szlachetnej załogi jest nie do przyjęcia, więc wszelkie wskaźniki na tym odcinku proszę państwa, należy uznać za abstrakcyjne, bo reksio, nasz ukochany przyjaciel na wskutek pewnych zachowań pejoratywnych sprzedawcy uciekł ze sklepu i ze wzmożoną agresywnością wskoczył na warsztatowy stół i tak niezmienny w swej niestałości dostał orficznych dreszczy i w nieharmonicznej myśli został subiektywnym odkupicielem win.

Wszyscy wybuchali gromkim śmiechem, a ja niczego nie rozumiejąc – zapytałem:

– A co to jest ten reksio, czy to pies?

I wtedy wszyscy jeszcze bardziej rechotali.

– Reksio, panie Konstanty – ciągnął dalej Roman – to szczególnego rodzaju komponent o wysokiej wartości odżywczej, który z punktu widzenia pana prezesa Czesława mieści się w realizmie, a właściwie socjalizmie socjologii bytu, który łączy tendencję spożycia z tendencją konsumpcji po realizacji, których czasami zapominamy o bożym świecie, żeby zrozumieć jego wielkie znaczenie nie tylko dla klasy robotniczej, ale i dla rozwoju ludzkości.

Ja zbaraniałem, a on do mnie:

– Daję panu banknot o wartości dziesięciu złotych, za który kupi pan pół litra wysoko kalorycznego napoju alkoholowego i soczek pomarańczowy w tutejszym sklepie.

Zdziwiony spojrzałem na wszystkich.

– A co to jest ten napój alkoholowy?

– Wódka! – wszyscy krzyknęli jednocześnie i dalej konali ze śmiechu.

– Ale ja za dziesięć złotych nie kupię pół litra wódki – wydukałem.

– Na tym polega merytoryzm zawodowy klasy robotniczej, proszę pana, że jej pewny ciąg myślowy wskazujący na wysoki iloraz inteligencji trzeba zrozumieć za pomocą wysoko gatunkowego alkoholu, czyli tak zwanego napoju energetycznego i ty, jako nie przedstawiciel radzieckiej klasy robotniczej powinieneś oddać hołd dla reksia. Już Jezus powiedział „łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa bożego”, a do swoich uczniów mawiał, „nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”. Reszty musisz domyślić się sam, żeby w moim towarzystwie być szczególną jednostką osobową, którą ja jestem.

– Ale dienieg u mnie nie ma.

– To pożycz i wtedy wyjaśnię, co to jest reksio.

I cóż miałem zrobić. Pożyczyłem od chłopaków dychę i kupiłem to, o co prosił Roman. Ciekaw byłem tego reksia, bo z tego, co mówił niewiele zrozumiałem, a i honor swój trzeba mieć.

No i jak zobaczyłem, co zrobił z wódką i sokiem pomarańczowym, to nie wiedziałem czy śmiać się czy płakać, że ja taki jestem niedomyślny, ale cóż, za naukę się płaci jak za pracę i ja żołnierz taki wielki, byłem jak niedouczony smarkacz, czułem się jak mały chłopak, który idzie pierwszy raz do łóżka z dziewczyną i nie wie, co to orgazm.

Otóż wlał on wódkę do dużej butelki, zmieszał z sokiem i poprzelewał do mniejszych, dał mi jedną i powiedział, że to jest właśnie reksio, a reksio dlatego, że jak pierwszy raz coś takiego zrobił, to właśnie w butelce po napoju reksio i ktoś niechcący się napił i poczuł, że to z wódką i wszyscy mówili na niego reksio przez długi czas. Wcale nie było mi do śmiechu, bo zrobiłem z siebie durnia. Bardzo przeżyłem tego reksia, no i swoje dwanaście złotych – całe dwie godziny pracy.

Po takiej stracie bardzo długo nie mogłem dojść do siebie, moja wojskowa psychika była przygnębieniem klinicznym i nieporadnością życiową w okolicznościach, jakby to powiedział Roman, merytoryzmu zawodowego. Żeby zmienić swoją rzeczywistość, postanowiłem odwiedzić mojego najlepszego przyjaciela „skręta”, tylko on się nigdy ze mnie nie nabijał i dawał takiego kopa, że leciałem w różne otchłanie i zawsze zabijałem masę wrogów, no i wracałem na swój królewski tron moich marokańskich poddanych, w czasy dobroci i miłości. Wszyscy przebaczali sobie krzywdy, a rozradowane dzieciaki dostawały podarki.

Wszelkiego rodzaju zioła, które Marokańczycy spalali w małych naczyniach z rozżarzonym węglem po zachodzie słońca oczyszczały dom ze „złego oka”, a święto Aszury, bo tak je nazywali, było niezwykłym przeżyciem, które pozwoliło mi poznać smak i bezcenną- bezecność owych ziół, ich ulotność i beztroski stosunek do zjawisk, o których, na co dzień pierdoła obywatelska nie ma zielonego pojęcia. I kobiety, które za czarczafem były nimfami mojej wyobraźni, tak niedostępne i takie zniewolone, że wyzwolenie ich z więzów było moim przeznaczeniem. Kobiety na wskroś uzależnione od mężczyzny powielały marzenia takich mężczyzn, jak ja wielokrotnie, a ich tajemniczość, była uzależnieniem od samego siebie. Arabowie mawiali „że zamiast urodzić ciebie dziewczyno, lepiej urodzić kamień, z niego przynajmniej można zrobić kawałek ściany”.

Zanim zjawiłem się w Maroku na tak zwanej specjalnej misji, na specjalnym przeszkoleniu, poznawałem niezrozumiałe dla mnie pojęcia religii muzułmańskiej. Uczono nas sentencji słowotwórczych Koranu, których pierwsze strofy do dzisiaj pamiętam i po arabsku i po polsku. „W imię Boga miłosiernego, Litościwego!. Chwała Bogu, Panu Światów, Miłosiernemu, Litościwemu, Królowi Dnia Sądu. Oto Ciebie czcimy i Ciebie prosimy o pomoc. Prowadź nas drogą prostą, drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami nie zaś tych, którzy błądzą”.

I pamiętam namiętny stosunek do etosu kobiecego.

Dla mnie, ruskiego dygnitarza wojskowego, była to mgła purpury i zniewolenia, którą widziałem w swoim wojsku, a nie byłem przecież muzułmaninem. Perforowałem swoje myśli i porównywałem, którąś tam surę Koranu o tym, że kobiety są polem uprawnym dla mężczyzny i można je uprawiać według własnego uznania – tak jak mnie oficera radzieckiej armii, oczywiście po złożeniu przysięgi, a dla muzułmanek po złożeniu aktu pobożności. Tak jak kobietom Koranu nakazywano być czystymi i nieskalanymi, pokazywać swoje kształty jedynie mężom, ojcom lub synom swojego męża, synom sióstr lub żonom swoich mężów, to nam oficerom nakazywano być prawowiernymi nosicielami wojskowej myśli marksistowsko-leninowskiej. Tak jak one miały mieć zwrócone serca ku Bogu, tak my nasze serca zwracaliśmy ku naszym przywódcom. Nasza społeczność, społeczność ruskiej bytności, wzięła się z niczego i rozrosła się w wielkie imperium, i toż samo było w czasach rządzenia proroka, co wymagało opracowania i rozszerzenia dyrektyw prawnych, zniewalających naród arabski w poszukiwaniu swej drogi od bezbarwnych szlaków średniowiecza do ośrodków grupujących kulturowe wyrzeźbione przez czas formy myśli współczesnej, które szkodziły naszemu kochanemu narodowi radzieckiemu.

I tak w mojej wyobraźni myśli, proste przekazy wojskowej roztropności naukowo-gospodarczej, znalazły się na dnie mojej, job twaju mać, polskiej, ordynarnej polityki społeczno-gospodarczej, która nijak się miała do moich przeszłych dokonań na polu rosyjsko-arabskiej przyjaźni, w której brałem czynny udział, jako wywiadowca od poszukiwań skarbów naszej kultury.

– I ja, napiwszy się, tam w Maroku, musiałem konsumować różne ich produkty, co to w naszej Rosji też na drzewach rosły. Mam tutaj na myśli daktyle, które strasznie lubiłem. Było ich bardzo dużo i wisiały na drzewach wśród ziem, gdzie nie ma lasów i w porze suchej dla rzek i potoków, wszędzie widać było tylko palmy daktylowe. Zajadałem się tym nowym dla mnie stworem owocowym, aż po konieczność, która wymogła na mnie moja operacja gospodarcza, gdy na jesieni zobaczyłem moje ukochane daktyle kapiące syropem owocowym, mój ukochany owoc rzucony w pył, którym karmiły się roje much i wielbłądzich owadów. Na długo ja ich nie jadłem, aż Beduin berberyjski powiedział, że tak one zostają oczyszczone i dopiero nabierają smaku. Ot ja durak, gorszy od tego berberyjskiego Beduina, którym czasami pomiatałem, jak swoją własnością, dodając grzechu mojej zapyziałej radzieckości.

ODCINKIEWICZ!

Mając pięćdziesiątkę zaczął studiować filozofię. Zachłanność myśli, która trawiła jego przerośnięty samotnością umysł, była zagrożeniem dla jego być albo nie być. Wchłaniał kolejnych filozofów, a oni nie zaspakajali jego w prostej linii potomstwa myśli. O tej jego nauce krążyły różne plotki. Nikt początkowo nie wierzył, że człowiek z tak zwanych nizin społecznych może przebrnąć przez pierwszy rok tak ciężkich studiów. Brał korepetycje i to pozwalało jemu jakoś przepchnąć kolejne egzaminy. Z logiki, na ścianach pisał i to w pracy różne wzory i definicje i tak się uczył. Patrzyli na niego z politowaniem, a nawet wręcz z rozbawieniem, bo nie wierzyli w jego prawdomówność i kompromis na zmęczenie. Jego mniemanie o byciu pierewodczykiem, przeszkadzało pracować nie tylko nam, ale całym armiom ludzi, którzy przebywali w jego otoczeniu. Sam zainicjował prace bez przerwy po trzydzieści godzin, za jak mawiał pan prezes, sowite wynagrodzenie, które później Romanowi wyszło, jak mawiają parafianie, bokiem. Jego sukcesja myśli zawodowo twórczej pochłaniała bez reszty organiczny umysł tego niby pana prezesa, czyli pana Czesława.
Perforacja zawodowa myśli Prado, twórczej jak mawiał Roman, miała trwać jak tak zwane „Pstrowskiego połajanie”, poparte niczyim izmem zarobkowym, wynikającym z pogoni nie za pieniądzem tyko realizacją rzeczywistości kapitalistycznej, feudalnej rzeczywistości kapitalistycznej. Jego tęsknota za uporządkowanym socrealizmem, socjalną opieką pracy, którą przynosił nam w wiaderku para kapitalizmu, prysznic, których wtedy nie brakowało, teraz jest luksusem, a w którym teraz musimy spełniać styropianowe marzenia, pogłębiała stagnację psychodeliczną jego uniżoności Romana. Szedł za wszystkim, o czym myślał, realizował wszystko to, o czym marzył polski pojebany robotniczy naród. Wchodził w każdą ścieżkę wyznaczoną przez krwiopijczych pseudokapitalistów, bo jego rozum na tak przeżytym styropianie nie pozwalał na kolejne pokusy popełnienia błędu przez wyzysk, który dla innych kiedyś był wyzyskiem, teraz według niego był wybawieniem.

– Czołgamy się towarzysze – mawiał.

– Ja, betonowy głos, donoszę uprzejmie, że na tym odcinku kupy i nieróbstwa, nie zostaną żadne śmieci, bo przyjdą kapitaliści i za nasze srebrniki, zbudują nam futurystyczny pałacyk, w którym nasze ciężko zarobione też srebrniki ulegną dewaluacji i popadną w zadłużeniową pętle, która niedługo zawiśnie wam na waszych gardełkach, a wy, jako kolejna kupa gnoju i nieróbstwa zostaniecie pociągnięci do karnej, workuckiej odpowiedzialności, wasza wydajność z hektara jest wprost proporcjonalna, o czym, wszyscy wiedzą, do wydajności kury zgniłego zachodu, na którym opiera się gospodarka naszego zacofanego krzyżykowego pospólstwa. To są tezy proszę państwa, poparte przemyśleniami naszego, nieodżałowanego, o czym nie wszyscy chcą pamiętać – miłosiernie nam kiedyś panującego, towarzysza Wiesława, człowieka, budującego na zgliszczach naszej powojennej ojczyzny, tak zwane dobro wspólne, które teraz zostało wyprzedane i zamienione przez partyjnych bonzów na zagraniczne konta dolarowe. A my, co? Dalej pampersy w kroku, dalej kościelne komunały i procesje po katolickie koncesje. Chcieliśmy kapitalizmu to go mamy, chcieliśmy kasiory to ją będziemy mieć, ale jak będziemy zapierdalać po trzydzieści godzin dziennie, co już ma miejsce w naszej rzeczywistości robotniczej, która dyktowana przez iluzoryczny świat nieba, wodzi nas jak psa na smyczy wolnego liberalizmu.

I kasiora zaczęła się pojawiać w ilościach nieprzekraczających naszej wyobraźni.

– Rano panie Romanie – jak pan prezes Czesław mawiał – popracujemy trochę na warsztacie, a później na węzłowym dla naszej firmy, czyli dla mnie – jak mawiał Czesław, według pana Romana – odcinku, zamontujemy w godzinach nocnych tych kilka ton konstrukcji stalowych, z dowozem oczywiście ku pokrzepieniu dusz i regeneracji wysiłku, kurczaka z rożna, żeby pan prezes – jak mawiał Roman – w swoim pośpiechu do kapitalizmu nie odszedł od wartości tak zwanych katolickich, z których naklejką jeździł na swojej dupie, czyli na swojej wypasionej furze, o którą Kostia był tak zazdrosny.

Meandryczność działań pana prezesa, doprowadziła do dzikiej nadwrażliwości na zarabianie, zarabianie za wszelką cenę. Jego skromny, post-prezesowski, propedeutyczny umysł i posturka pana wiórka, wytwarzała semantyczność tak zwaną – a’la prezydencką, a motywy pracy po trzydzieści godzin na tak zwaną dobę, były tylko współczynnikiem nieposłuszeństwa wobec nieprzekraczalnych biuro-twórczych reakcji antysemickich pracujących na czarno eunuchów. Normą stała się praca w godzinach nocnych, bo tylko w takich godzinach na „Lukasie” jak mawiali, kostianie, czyli pobratymcy Kosti można było „pa tichańku zarabotać dieńgi”. Na lewych przepustkach „Czesławowo-Lukasowych”, wypasiony budynek biurowy tak jak jeden z wielu na Podstamer Platz w Berlinie, budował swoją czesławo-podobną rzeczywistość, chociaż na Lukasie praca była tylko wyrywkiem piętrowej częstotliwości i wyrywkiem marzeń z ruskich stepów.

– Wy gruzawiki nacjonalnej polskiej biedy, inteligencja rosyjska, pomiotana przez gorbaczowsko-jelcynowską sprawiedliwość, pracujecie za grosze dolarowe na ruski chleb w naszej cudotwórczej, a wręcz wspaniałomyślnie, katolickiej namiętności. Bo skoro u was jak uczono w kamandirowkach, dużo republik, to jak mawiał Ronald Regan, my republikanie, to wy też republikanie.

Ryknęli chłopcy śmiechem, a Roman przemawiał dalej.

– Jesteście solą i światłem świata, głosił jeden z kaznodziei ubóstwa, który swoje jestestwo, ostentacyjnie przetwarzał wśród tłumów, a nie pochodził z małego nie feudalnego państewka, reprezentował tłumy, a tłumy nie żądały jego krwi, żądały jego pomników, tylko żaden z poddanych tego kaznodziei nie potrafił przekształcić wartości przez siebie tworzonych w fakty kulturowe i fakty społeczne. Nie wybudował kilometra czegokolwiek, nie postawił żadnej fabryki, szkoły i innych pomników nowoczesności, ale stawia wciąż i to za nasze pieniądze totumfackie rzeźby jednokrotnego użytku rodem wzięte z katalogu filmów Walta Disneya.

– Pamiętajcie – ciągnął dalej Roman – że żyjemy w nowoczesnym kraju europejskim, ale żyjemy w postfeudalnej rzeczywistości, z której jej dostojnicy będąc na wyżynach hierarchii społecznej, z tych wyżyn właśnie oglądają nędzę, wyzysk i to przez siebie samych przetworzony i patrzą na losy swoich owieczek, a właściwie baranów, do których siebie również zaliczam i widząc niepewność losu swojego stada dalej je strzygą i mówią wciąż o ubóstwie. Dożyliśmy czasów, że ubóstwo stało się modlitwą, a brak modlitwy ubóstwem. Prawo ducha, do którego tak nawołują krzyżykodawcy, nadaje sens temu społeczeństwu, które pokonane przez demony, polega tylko na wyzwalaniu tego, co służy demonom wiary, jego mocnym prawom grzechu i odkupieniu.

Wszyscy stali w osłupieniu, bo nie wiedzieli, co myśleć o tej niespotykanej, jak oczywiście mawiał Roman, performance odnowy myśli, a on ciągnął i ciągnął, bo obciąganie to oczyszczanie duszy ludzkości, a przede wszystkim ciała.

– My, jako ludzie, a właściwie podludzie, pracujemy nie mniej niż trzysta pięćdziesiąt godzin w miesiącu, a towarzysze rosyjscy z Konstantinem na czele, nawet i ponad pięćset godzin.

Tu przerwał i pyta:

– Towarzyszu oficerze Wołow, czy w ostatnim miesiącu pracy, tak zwanej nienormatywnej, wasz limit godzin nadliczbowych został przekroczony?

– Tak, nie towarzyszu Romanie!

– A tak naprawdę z prawosławnym bogiem w waszym żołnierskim sercu, to ile przepracowaliście godzin?

Kostia wyciągnął karteczkę i wyrecytował namiętnie swój pieriestrojkowy rekord w kapitalistycznej Polsce, gdzie ludzie tacy jak Roma spali na styropianach po to, żeby mieć wolne soboty i pracować po osiem godzin dziennie.

– Pięćset sześćdziesiąt trzy, nie towarzyszu Romanie – zagadnął cicho.

Jeszcze raz, wkurwił się Roma, i to gromka! Kostia zbladł, bo czuł się tak jak na przesłuchaniu i też wkurzony warknął:

– A co ciebie to obchodzi ty mendo katolicka.

– Jestem mendą katolicką, ale to nie ma związku z naszą pracą, więc ponawiam pytanie. Ty popłuczyno ruskiej rzeczywistości, ty przygłupie prawosławny, odpowiedz na moje pytanie, bo inaczej sprzedam Cię jak rudego psa służbom granicznym.

– To sprzedaj – powiedział Kostia.

– Mogę ciebie sprzedać, ale sam już zostałem kiedyś sprzedany i wiem, co to gorycz zdrady. Nigdzie nie będę dzwonił. Stań na baczność i powiedz, że kochasz papieża i ile godzin dla niego przepracowałeś w służbie dla ojczyzny kochanej.

I w mgnieniu oka, Konstanty musiał zachować się tak, jak wierzba nad wodą pochylona, wśród samotnej pustelni i zrobić z siebie zajączka skromnego na łączce i zmazać swoją głowę pomazańca, co musi mnichów łódką wozić i poić wodą borżomi.

– Pięćset sześćdziesiąt trzy nie towarzyszu Roma!

– Nie mówcie do mnie Roma! Czy do waszego ulubionego bohatera Szypowa, o którym wszystkim dupę trujecie, mówicie Szypo? Czy to się godzi w myśl przyjaźni polsko-rosyjskiej, obrażać przyjaciół? Przecież wiecie obywatelu Wołow, że Bułat nie żartował i w polskiej literackiej misji myśli, był czołową postacią kontrowersyjnych stosunków literackich, między polską nierzeczywistością, a rosyjskim rozbudowanym ponad miarę oportunizmem kulturowym?

– Tak, wiem nie towarzyszu Romanie.

– W związku z tym, że coś niecoś wiecie, odpowiedzcie mi na moje skromne pytanie. Jak osiągnęliście taki wspaniały wynik godzin pracy, łącząc to z przyjemnością bycia z Waszą rodziną?

Tutaj Konstantin Wołow, strapiony, zmieszał się i stał tak, jakby jego twarz była słońcem ze stojącą flagą na Placu Czerwonym i tak patrzał na swoją rekordową kartkę i czuł, że morze baśni już odpływa, że jego przystań, która była niebem, zielonym niebem, stała się pleśnią, pleśnią, gdzie chleba brakowało, a żagle, które rozwinął, płynęły i płynęły, jakby wokół rajskiego drzewa w mrocznej przestrzeni świata. I gdzieś w przebłysku chwili, w przebłysku, jak mawiał Roma tak zwanych wartości, poczuł, że jest wyzwolony, że Roman, ta menda katolicka, za którą go wszyscy uważali, dał mu do zrozumienia myśl tak prostą i tak genialną, że on, Kostia poczuł się wybrańcem świata, że Roman, który go tak sponiewierał, którego nikt nie rozumiał, dał jemu szansę, jako byłemu oficerowi byłej armii Sajuza, honor zostania jego przyjacielem. Bo kto wiedział z załogi, kto to był w ogóle Szypow? Z jednej strony czuł się znowu upokorzony, z drugiej, w krótkiej chwili walnął jak z armaty, bo poczuł bardzo bratnią duszę w Romanie!

– Ja, Aleksander Sokołow proszę o jeszcze większą ilość godzin na tym odcinku proszę pana i postaram się pracować ze zdwojoną wydajnością dla dobra wspólnego i dla dobra pana prezesa i w pozwoleniu o swoją zgodę chciałbym prosić, aby w kolejnym biciu rekordu godzin nadliczbowych uczestniczył wraz ze mną jeden z obywateli, dla których Szypow jest bardzo dobrym znajomym i będzie mnie zapraszał do baru na piwo.

Zaległa cisza i komentarzy nie było. Tylko duchy się śmiały i zgoda milcząca. A puste dusze robotnicze, jako bezrockendrolowe rozumne istoty odeszły na swój przejebanego życia odcinek.

Kostia czuł, że nadeszła najczystsza forma objawienia, ponieważ w tej chwili przemówił do niego Bóg i posłużył się językiem zrozumienia, a Roma zaprosił Konstantego w geście pojednania na browarka i doszli do wniosku, że nie dali obaj dupy.

Po kilku piwach w barze, Kostia napomknął, że ma druga, czyli przyjaciela, który z nim przyjechał i zniknął z pola widzenia, że jest tajemniczym gościem, który podobno „pieriedajet razgawor pa dieńgam”. Pan Roman proszę Państwa, w pierwszych okowach myśli pomyślał, że festiwal wolnej myśli robotniczej na wariackich papierach trwa i o mało nie spadł ze stołka barowego, na którym chyba nie siedział.

FOLWARK NABOŻNY!

Pracusia, pracusia, pracusia, Marin w głębokim oddechu zaciągnął się papierosem i warknął do Elżbiety.

– Chodzisz do kościoła, a zachowujesz się jak dziwka. Gdzie Twoje bogów wyznanie, gdzie wstrzemięźliwość apostolska? Przecież Waszym prawem jest duch, który daje życie i nadzieję chrześcijańską i odmawia pokusy wszelkim bezeceństwom ciała!

Elżbieta patrzyła na niego z politowaniem i bez przykrych docinków ściągnęła sukienkę, obnażając swoje ponętne piersi, ściągnęła majtki i tak po chłopsku, włożyła rękę w jego krocze, żeby poczuć falujący wzwód, ale wzwód Marina, miał dzisiaj w dupie wszystkie wzwody świata.

Marin myślał tylko o przegranej, że kolesie zrobili go w trąbę, że zadrwili z jego poczucia honoru. Elżbieta, czując skromną niechęć Marina, do swej ciągle nienasyconej norki, zaczęła zabawiać się nabrzmiałym organem, jak nawiedzona zakonnica, za którą się uważała. Jej kompleks wielkości głębokiego kroku, jak nazywała swoje „gie”, pokutował w niej od czasów, kiedy mając szesnaście lat, zakonny wujek napoił ją winem i po prostu wydymał nie mieszcząc całej swojej fujary w jej ciasnej dziurce. Struktura jej myślenia dążyła tylko do tego, żeby każdy, co ją posiądzie miał mniejszego, a tu im dalej w życie, to te fallusy były coraz większe i większe, więc uznała, że tylko dużo seksu powiększy jej homoreidalne pragnienie posiadania dużej wypasionej obwodnicy erotycznej, w której, jak na autostradzie słońca, wypasione męskie organy znajdą orzeźwienie. Żyła w obłędnym kole zamawiania doświadczeń seksualnych, w obrębie kościelnych kontredansów obmacywania przez kapłanów, co ją bardzo podniecało i dawało seksualnego kopa. Ale księża nie płacili, a za bóg zapłać to niech ich bzykają biskupi, też wniebowzięci parafianie, którzy dają ciało na swoją ofiarę żywą, a nawet świętą – tak mi dopomóż boże wszechmogący w trójcy jedyny i wszyscy święci, którzy w pokorze oczekujecie nawrócenia swoich braci – mawiała sama do siebie w swoich ekstazach. Kutasy nabożne bez świętej ofiary nie interesowały jej wszechmocnego organu, który pragnął i pragnął i pragnął.

Miłosierdzie boże dawało jej ofiarę, jako wyraz rozumnej siły bożej, przez odrodzenie umysłu, co jest złe, dobre i doskonałe, a namawiana przez biskupów cytowała tylko którąś z „ksiąg Melachiasza” – nie gońcie za wielkością, niech was pociąga to, co pokorne, niech wasza mądrość w waszym pragnieniu, będzie napojem, który sami stworzycie i sami wymierzycie zapłatę. Wedle przykazania bożego, miłowała bliźniego swojego, jako siebie samą, a kochając Boga, zawsze wypełniała prawo boże, bo apostołowie mawiali, że ten, co miłuje bliźniego, miłuje prawo, zatem nie kradła, nie pożądała i nie cudzołożyła. Przez miłość doskonałą wypełniała prawo, co oddawało jej miłości Boga, do dawania z siebie ofiary, była ciągle ukrzyżowana jak Jezus pod ciałami mężczyzn, którego pragnęła, żeby jej się objawił.

Nie była tak jak większość chrześcijan, bałwochwalcza, strzegła się braci swoich i ich bliźnich. Żyła w kielichu błogosławieństwa, który rozpościerał jej ciało do niewyobrażalnych rozmiarów i polewał jej łono krwią Chrystusa, bo dla niej Chrystus był demonem, a składała przecież swoje ciało w ofierze wieczerzy pańskiej. Jej natchnienie, było połajaniem wiary, było spożywaniem postu, tak jak odkupienie jest wyrazem miłości do winy i w ciele i w krwi Chrystusa. Kielich przymierza, który składała swojej krwi, był napojem i chlebem i pokalaniem w imię słabych i chorych.

Marin otrząsnął się z odrętwienia i patrzał na tę nabożną niby kobietę i własnym oczom nie wierzył, że ta pieprzona dziwka skulona w swoim wnętrzu, potrafiła żyć, jak wybiczowana szata w tle zabójców, a poskromieni przez Piłata uczniowie, dawali światło ubóstwa wierze i pragmatycznym wizjom czuwania i trzeźwości.

– Twoja wizja światła bożego – Marin już nie na żarty perorował jej własne słowa – musi być taka jak grzech, od którego pochodzisz, abyś mogła czcić ojca swego i matkę swoją, bo twoim Bogiem tu i teraz są moi kolesie ze wschodu, a w naszej prawosławnej religii, oddawanie się wielu mężczyznom na raz, jest po prostu uprawianiem nierządu, to tak, jakby aniołowie ukoronowali cię za twoje cierpienie, za sprzedaż własnego ciała.

Lecz Elżbieta nie słuchała tego, co mówił Marin. Jej radość z posiadania męskiego ciała, zagryzała jej własne sumienie, a chęć pożądania, zmartwychwstała na stogu siana – w objęciach towarzysza Marina.

FANTASMAGORIE!

– Ty mój kompanion – szurnął poetycką frazą Kostia do Romana.

– Ja z tobą bardzo dobrze się czuję i myślę, że ja będę mógł z moim drugiem, to znaczy z Levinem Ciebie poznajomić.

– Jak będę się chciał z kimś poznać to sam go sobie wybiorę. Nie mam ja żadnych kolegów i mieć nie muszę, a w jakieś sztuczne znajomości nie wierzę – odfuknął Roman – nic mi do tego, co robisz po pracy, wiem, że nic nie robisz, bo i kiedy taki Pstrowski jak ty, może mieć czas na wychodzenie z domu i na koleżeństwo?

– To przecież ja nie jestem Pstrowski, a Wołow!. Ty już zapomniałeś mojego nazwiska, tak ja tiebie nadajeł?

– Nie mam Ciebie dosyć, a Pstrowski w powojennej Polsce był górnikiem – rębaczem, co to wyrabiał trzysta procent normy, bo tak już u nas się mówi, że jak ktoś robi więcej niż wszyscy, to my tak zwani post-komuniści, mówimy na niego Pstrowski. Poza tym był przodownikiem socjalistycznego współzawodnictwa pracy i czołgał się w kopalni na dole, krzycząc do wszystkich, kto da więcej niż ja. A jak umarł po czterdziestce, chyba na zapalenie zęba, to propagandziści polityczni, co doili jego ciało i po trosze duszę z pominięciem sumienia, dostali rozwolnienia i wylądowali na workuckiej wyspie myśli stalinowskiej.

Kostia nie mógł zrozumieć kolejny raz polskiej rzeczywistości i siedział prawie obrażony, że Roman nie chce jego kompaniona poznać.

– Mówię to tobie po to, żebyś zrozumiał, że gdybyś żył w tamtych latach, to twoja wydajność byłaby nagradzana medalami, zegarkami, aluminiowymi orderami i oczywiście przynajmniej jakimś mieszkaniem, ale tak jak dzisiaj, za twoją i moją wydajność, pieniądze biorą nie tacy ludzie jak Gomułkowie, Gierkowie, czy Jaruzelowie, ale tacy nijacy niby alkochronicy, będący w kompilacji z zaświatami kosmiczni kreacjoniści, czyli byli tak zwani rewizjoiniści, którzy dzisiaj są uważani za kreatorów mody kapitalistycznej. Myślę, że i tak do Ciebie to nie dociera, bo jesteś tylko byłym oficerem, chociaż w środku swojego mózgu, jak znam życie masz jeszcze dla mnie wiele niespodzianek. A tak prawdę mówiąc, co to za jeden ten twój kompanion – próbował rozchmurzyć Kostię, Roman.

– Ja, by tobie o nim i nie wspomniał, ale on jest człowiekiem, który u nas w Rosji był znaną osobą, tak jak Marin, mój jeszcze jeden kompan, z którym ja tutaj przyjechałem. U nas, jak my tu przyjechali, długo nie było pracy i my tak się porozdzielali, że teraz ciężko się spotkać, ale z Levinem my się czasem widujemy i ja jemu o tobie opowiadałem. On jest bardzo tajemniczym i jakby to po waszemu powiedzieli, uduchowiony i mógłby tobie pomóc w twojej nauce na twoim uniwersytecie.

– Ty mnie tutaj Kostia nie wpuszczaj w maliny – żachnął się Roman – już nie jeden ostrzył sobie na mnie zęby i sobie je połamał na własnych krętactwach.

– Ot ty durak – Kostia już nie na żarty wybuchnął – ja też nie wiedziałem, co on za jeden jak my tutaj jechali, ale ostatnio on mnie powiedział, że studentom na uniwersytecie pomaga w dyskusjach o różnych filozofach i za to jeszcze dieńgi dostaje.

– Jak on może na czarno pracować na uniwerku, skoro tam wszystko jest legalne, tam nie ma takiej fuszerki, jak u Cześka i na budowach – Roman już z niedowierzaniem przyjmował rewelacje Wołowa.

– Nie znam tych spraw, ale musisz ty z nim sam porozmawiać, a w jego imieniu cię o to proszę, bo on chyba ma jakieś kłopoty i dienieg u niego też nie dużo, choć piwo w barze on za mnie zapłacił, tak jak ty, a ja jak wiesz swój honor mam i nie muszę tobie łgać. Mnie chłopaki mówili, że ty płacisz mnogo za swoją naukę i dlatego tyle pracujesz, a ze mnie drwisz, że po pięćset godzin w pracy siedzę, a ja też swoje marzenia mam i dolarów mnie potrzeba jeszcze sporo, żeby ja do Maroka wyjechał.

Kostia się trochę zagalopował, lecz nie miał odwrotu i ciągnął dalej swoją, tak jak go uczyli, kontrrewolucję słowa.

– Tylko ty się teraz ze mnie nie nabijaj, bo ja zawsze byłem w swoim wojsku, do tak zwanych zadań specjalnych, czyli gospodarczych i ja byłem w wielu krajach na tak zwanych misjach po naszemu gasudarstwiennych. Dla was Polaków, każdy Ruski to durak i mafia. A my toże samo takie ludzie jak Polacy. Nasza pierestrojka nie dla wszystkich była udana. U was w Polsce, każdy, jak ty to mawiasz, wystarczy, aby skończył wyższą szkołę podstawową, może mieć firmę, być dyrektorem, czy nawet politykiem, albo jakąś inną krzywizną patologii polskiej rzeczywistości. My tu wszyscy, co przyjechali, jesteśmy po tak zwanych ucziliszczach, czyli po waszemu uniwersytetach. Ja to tobie mówię, twoim Roman językiem, bo ja się tego na pamięć nauczyłem, która u mnie jest bardzo dobra, a nasze wojsko tylko tak nas szkoliło, żeby wszystko pamiętać.

– Śmieszne dla mnie było to – ciągnął dalej Kostia – że jak ja z Levinem tak rozmawiałem, to on zrazu, patrzał na mnie jak na jakąś zjawę i myślał, że ja z niego śmieję się, ale ja na poważnie, jak ty to mówisz z bomby pojechałem i mówię jemu, że u mnie w pracy taki jeden mnie tym językiem obsztorcował i ja teraz jego charoszyj kompanion, to mnie on, znaczy Levin zaraz o ciebie zaczął rozpytywać i powiedział, że to niemożliwe, żeby robotnik takim językiem się posługiwał, że ty musisz być po jakimś fakultecie, bo w Rosji takie rzeczy się już nie zdarzają, a tym bardziej w Polsce, gdzie byle tłuk jest politykiem. A ja mu zaraz, że ty właśnie na uniwersytecie, na filozofii studiujesz i dlatego ty taki mądry.

– Gdybym był mądry, to bym siedział za biurkiem i nie robił za psie pieniądze u prywaciarza, jeszcze do tego medalika – zakończył ze smutkiem Roman.

– Jeżeli to, co mówisz jest prawdą, to ja z tym twoim Levinem, a może Leninem, mógłbym się spotkać w sobotę, gdzieś koło siódmej wieczorem w tym samym barze, koło kurii biskupiej, gdzie pierwszy raz piliśmy piwo, bo będę akurat po pracy u pieprzonych kanoników na remoncie pieprzonego, biskupiego chlewu, który ci cholerni bogobojni politykierzy, zamieniają w pałac świętych próżniaków – wyrecytował rozsierdzony Roman.

– Charaszo – powiedział zadowolony Wołow – ale mnie już pora iść do domu, a ty sam zobaczysz, co to ruski pieriewodczyk.

ZAKONNE WOLNOŚCI!

Zanim przyszli, Roman już deko walnął pod sam beret, żeby z nieśmiałości myśli nie zabłądzić w koszmarach samoistnienia. Dysfunkcja organiczna, jaka panowała w jego umyśle, była jak niema poświata, a że nie mógł uspokoić swojego ciała, to czerwonymi nićmi wyszywał zdarzenia, które w jego mniemaniu nie powinny się wydarzyć, ot taki sobie proroczek towarzyski. Myślał bezustannie o miłości posiadania, o swojej bezpłciowości i wołał o miłość, która nie ma ciała i sam w sobie recytował rozgoryczenie, jakie wywołało w nim meandryczne, wręcz prostackie zawołanie z wiersza, jakiegoś tam poety, ze znalezionych na ławce przystanku busa, skrawków książki. Nie myślał o nazwisku, które mu umknęło w wieczorze niepamięci, ale te słowa, które raniły go jak zgniły kartofel. Szukał frazy, szukał myśli i był zagubiony we fleksję słowa, tak jak łupinka rozdarta w tysiącach wieńców z kościelnych mandarynek. Szukał koloru życia, skupiony, odnajdywał powoli myśli, czekał na ginących efebów i myśląc, wydumał sentencję z kartki bus-trama.

 „W niewinnej miłości chęci posiadania,
Ja wołam do ciebie miłość nie ma ciała,
„Wysokim obcasem”, myśl czasem zabijam,
Jak goły pośladek bez majtek, z pieluchy,
Co w czerni rozbiera mnie z bólu, zepsuty
Pomidor, w nić żalu, z tęsknoty otruty.”

Z jego oczu tak ponurych jak „Mury Hebronu” ukryte pod baldachimem cierpienia, ostrym strumieniem płynęły łzy, łzy przypomnienia, łzy niepamięci w latach ukrywanego wstydu i przykrytej nad młodym nagim ciałem czarnej sutanny, kiedy z odrętwienia wyrwało go:

– Zdrastwuj Roman.

Lekko otumaniony, szepnął:

– Siadajcie, za chwilę do was dołączę, ale teraz jestem na innej planecie, wybaczcie towarzysze moją chwilową niedyspozycję, moje jestestwo, to wpadanie w warstwowe nastroje chwili. Czasem jestem tak zagubiony, jak Dalajlama, jak scenografia przestworzy obijająca się o jego bruk. Chodzę o kulach przeszłości w przydługiej spódnicy i w przewiewnej radości, bez parasola i bez dachu nad głową, przenoszę patologię nie swoich marzeń.

W martwocie chwili patrzyli na siebie, jak przez niebieskie okulary, jakby już gdzieś się spotkali w otchłani wieczności, jakby pili z jednej manierki przy ołtarzu iskier i obudzili się razem na słomie, jak dwa dryblasy mądrości.

– Stalowy pracz głupoty – przedstawił się Roman.

Levin, zaskoczony, w pierwszej chwili pomyślał, że ma do czynienia z czubkiem, lecz przebłysk fantazji, jaki zaserwował mu Roman, zmusił go do recytacji permanentnej, faraona swojego jestestwa, Jakuszyna i bez ogródek, zaserwował Romanowi ciekawostkę poetycką:

„Za tę gorycz pełną słodu, że ty jesteś taki dziwny
Za stwardnienie nie rozsiane, za twój liryzm prymitywny.”

Przymrużyli oczy i jak lisy bezbożne, podali sobie dłonie, a Kostia, przedstawił się prześmiewczo:

– A ja, Kostia jestem, Kostia Wołow.

I uwypuklając sytuację, z manierą słowotwórczą nie omieszkał powiedzieć:

– Zachowujecie się jak dzieci na rowerkach, które marzą żeby zbudować elektryczne garaże bez prądu i ogrzewania.

– Ty Kostia, czuj się tak, jakbyś był gospodarzem i pełnił obowiązki sekretarza garkomu, a w naszej, tak zwanej nasiadówce, musisz nam pomagać i łączyć nasze osoby w zrozumieniu sensu bytu, w którym się znaleźliśmy, bytu, który raz doświadczony, powinien być przeniesiony, za granicę, za inną granicę, za granicę ludzkiej wyobraźni, bez chciejstwa i małopaństwa – zagaił Roman na tak przyjemny, zdawałoby się początek.

– Nie bądźmy dla siebie dłużnikami – wtrącił Levin – nie wyciągajmy kałasznikowów, aby było nam raźniej i nie zapraszajmy do stołu jeszcze ochroniarzy. Wtedy nasza nieufność do siebie będzie, jak z ojca chrzestnego, pozabijamy się słowami i nic z tego naszego spotkania nie wyniknie.

– Źle pojmujesz moje słowa do Konstantego Wołowa, człowieka wyobraźni i nieulotnych wartości literackich.

– Pozwolisz, że ja, jako pieriewodczyk, zejdę z twoim krezusem na ziemię i powiem, o co biega – Levin podparł się lewym łokciem, walnął ręką w stół i zawołał na kelnera.

– Przyniósł kelner proszę państwa, trzy browary dobrej marki, a ja człowiek bardzo skromny, jako oficer armii radzieckiej, siedzę na dupie, jak mucha i szukam pająka na suficie – Kostia gryzł swoje myśli i nie omieszkał duszkiem wypić kufla piwa, które w czasie pierwszej wizyty w barze tak jemu smakowało.

– Życie mnie skubie, jak sweter z grubej wełny, ślisko jest tam gdzie niby pracuję i po polskiej ulicy chodzić się boję – recytował Levin poprawną, zdawałoby się polszczyzną. Jeszcze na początku rzeźbiłem swoją tęsknotę za rosyjską rzeczywistością nie mając świadomości swojego kajdaniarstwa, ale teraz dopiero doświadczam pewnych, jak to nazywam przygód, czy niewygód związanych z polskim żydostwem, które niby nie przeszkadza, lecz doskwiera niemiłosiernie i zabiera nie tylko mój, ale i moich znajomych uczonych rosyjskich dorobek, który został podstępem przywłaszczony przez tutejszych partyjnych katolików.

– A co ci przeszkadzają Żydzi, przecież w Polsce nie ma już Żydów, bo ich Gomułka wysłał do Izraela w sześćdziesiątym ósmym – drapiąc się w głowę, Roman starał się znaleźć jakiś konsensus siedzenia przy stoliku.

– Ja tylko tak o tych Żydach, bo wszędzie, gdzie się słyszy to tylko Żydzi knują, Żydzi oszukują, a tu u was, gdzie się nie ruszysz, to wszędzie oszustwo i oszustwo. Mnie też jeszcze pieniędzy nie dali, bo niby jakichś dotacji nie ma, a ja na czarno przecież jestem i śmiać mi się chce jak słyszę te brednie.

– A ja u Czesława, dostaję diengi, kiedy chcę – Kostia z dumą powiedział o swoim miejscu pracy. Przecież ty, Levin też możesz pracować tam gdzie ja, tylko sobie trochę ręce pobrudzisz, bo robota czasami jest wredna, jak twoje myśli filozoficzne.

– Co tam moje myśli, jak mi studentów ubywa, bo niektórzy boją się przychodzić, ktoś widocznie pode mną dołki kopie, bo ja już tam byłem jak swój, a taki jeden filozof, profesor to ze mną rozmawiał kiedyś ze trzy godziny i nadziwić się nie mógł, że ja w Rosji pracy znaleźć nie mogłem, ale on nie wiedział, że ja jeszcze za Gorbaczowa byłem przenoszony z miejsca na miejsce. Oni chcieli, żeby wszystko na marksistowską modłę przeinaczać i ludzi oszukiwać. Raz jak miałem wykład o miłości Kartezjusza do Boga, to zaraz po wykładzie mnie wywieźli na drugi koniec Rosji i na Kamczatce się znalazłem, nad jeziorem kurylskim. Piękne to rejony, piękna przyroda, ludzie mili i przyjaźni. Tam gdzie byłem, stała jedna chata, w której mnie osiedlili, a myć się trzeba było w jeziorze. Łowiłem tam ryby przez dwa lata i żeby stamtąd wyjechać musiałem podpisać kwity, że ja władzy radzieckiej nie będę już obrażał i nie będę donosił zachodnim gazetom o miłości władzy do narodu rosyjskiego. Długo by jeszcze opowiadać o tym moim kamczackim doświadczeniu, ale kieliszki puste, a tam ludzie mówią, że wódka bez piwa, to pieniądze wyrzucone w błoto, więc zamówcie jeszcze jedną kolejkę.

– Wróciłem ja później do Moskwy – Levin ze wzruszeniem pełnym łez, gryzł swoją przeszłość – a tam niby pierestrojka, ale dla mnie to była jedna wielka kupa gnoju, która zaczęła być początkiem mojego, jeszcze większego niedostatku. Bezprawie, jakie zapanowało po pierestrojce było, według mnie posiadaniem wszystkiego na wzór komunistyczny, wszyscy myśleli ze znajdują się w krainie cudów w nowym świecie, że ustanie wyzysk człowieka przez człowieka, zniknie przemoc i nie będzie lała się krew, że nie będzie bezdomnych, głodujących ani ciemiężonych, ale nowe elity, czyli starzy komuniści w nowych ubrankach napierdalali, jak się da, żeby tylko dalej jeść z tego koryta, które im zabrano. No i porobiły się mafie, które, czuły się jak apostołowie komunizmu, na wzór tego, co teraz widać w Polsce tak jak czarne mafie kościelne, które tak przykleiły się do solidarności, są i będą wrzodem na polskiej rzeczywistości, grabią, oczywiście w świetle prawa, wszelkie dobra za symboliczną złotówkę, narzucają wszelkie możliwe kościelne gusła, aby bronić swojej pseudo-katolickiej egzystencji. Nikt w Polsce nie zadaje sobie pytania, jak to się dzieje, że dzisiejszy kler tak nienawidzi hołubionej swego czasu doktryny komunistyczno-socjalistycznej. Może się wydawać dziwne, że tak dziki anty-socjalistyczny zew polskich różowych berecików jest tylko jednostkowym wybrykiem na jakieś kilkadziesiąt lat, ale ideologia tak zwana różniczkowa, łącząca Marksa z Jezusem i jego apostołami, uświadamia im jakąś niewygodność dziejów. Główny Watykańczyk, jako wikariusz towarzysza Chrystusa oraz jego biskupi, jako spadkobiercy apostołów nigdy nie byli zainteresowani tym, aby praktykować idę społeczno-ekonomiczną, jaką zalecał im ich patron, bóg wielki, wszechmogący w trójcy jedyny przez Jezusa zastąpiony.

– Co ty mi tu pieprzysz o pieprzonej religii jak nawiedzony katolik – Roman nie wytrzymał napięcia – przecież ty, jako prawosławny, ze swoim kościołem sam możesz iść na sąd ostateczny i rozdawać swoje prawosławie, komu tylko chcesz. Przecież to w waszej wielkiej Wszechrusi i w waszej myśli marksistowsko – prawosławnej, mieliście być rajskim ptakiem sprawiedliwości społecznej, deptanej ciągle przez waszych carów, dawaliście dupy na każdym kroku, wasza planeta, jako pierwowzór towarzysza Jehowy, miała być czysta jak rajski ogród, jak pełen harmonii park, w którym ustanie świat wyzysku, a wy, jako ludzie będziecie spożywać wykwinty waszego błagadarodija, gdzie na świętej górze będziecie się pieprzyć do woli, a wasi dyżurni historycy i oszołomy polityczne dalej będą próbowali zmienić przyszłość, tak mi dopomóż święty Łazarzu i wszyscy święci.

– Co ty się tak gorączkujesz, przecież Kostia żył w tym, że tak skromnie powiem galimatiasie myśli i jest świadkiem obłudnej proradzieckiej propagandy, zniewalającej tłumy do znoszenia biedy, do znoszenia dolegliwości i fanaberii pierwszych sekretarzy w martwym języku fundamentalizmu komunistycznego, który w praktyce służył do zaspokajania zachcianek dygnitarzy. Ich jestestwo pokropione zmrożoną wódką, mutowało mir domowego ogniska z chałupowym bytem jestestwa imperializmu zachodniego nie dając społeczeństwu nic a nic w zamian, nic w zamian za zniewolenie, któremu je poddawali. Trudno to może zrozumieć, ale pomieszanie z poplątaniem przeniosło się teraz z tego, co widzę na grunt polskiej samowoli politycznej. Widać to na uniwersytecie, który jako jednostka autonomiczna państwa jest skorumpowany i przebić tam się mogą tylko miernoty, czy jak to polsku by nie brzmiało, lokaje na zatłuszczonej otomanie, a ci, co się buntują, muszą w swojej duszy bezczelnej, włosów siwych dostarczać samym sobie i z tego, co mnie słuchy donoszą, zostają w końcu ukrzyżowani w sposób sprośny i obleśny jak salonowi baptyści. Sam mnie Roman sprowokowałeś do tej niepokorności, ale tak miałem w nieboszczce Rosji z tym całym tłumaczeniem książki kucharskiej demokracji, którą w końcu po kamczacku wydałem, jako zresztą grubianin z demokracji ludowej.

– Ja, proszę panów, Konstany Wołow, w swoich zgrzebnych żołnierskich myślach, proponuję na wzmocnienie ognia naszej dyskusji, zaprosić kelnera i zapytać go, czy władza radziecka ubliżała stosunkom, tak zwanym polsko-radzieckim, czy politycznie nasze stosunki cywilnie ucierpiały na wskutek politycznego kurestwa naszej radzieckie własti.

I tutaj, w tak zwanej chwili, myśli chwili, tak niemodnej, proletariackiej, poproszono pana kelnera, który w swoim zawiadywaniu miał dwadzieścia kilka wiosen i poproszono go o komentarz, do bieżących wydarzeń, tak zwanych barowych, co, do których wcześniej pan barman, słuchając podpitych panów klientów miał okazję się ustosunkować zwracając szczególną uwagę na ryżą czuprynę z łamanym polskim akcentem.

– My, młody człowieku w trudzie pańskiej rzetelnej pracy, pytamy pana, jako reprezentanta narodu polskiego, czy zna pan meandry polsko-radzieckiej przyjaźni, na bazie stosunków z lat panowania tak zwanego socrelizmu – Roman nie dał sobie wydrzeć zagajenia tematu.

– Czy jeszcze coś podać? – kelner myślał o swojej pracy i napiwku.

– Jeszcze poprosimy dwa leszcze i myśli niezłowieszcze i jeszcze, żeby się dobrze siedziało z żyta polskiego mokre ciało.

– Ryb u nas nie ma, ale niezła to ściema, ja zaraz wrócę i wasze słowa wywrócę – z uśmiechem wymknął się z pod barowego stolika.

– A tak nawiasem mówiąc nie wiem, czy wiecie, że państwa, określanego, jako PRL nie było w ogóle, jest to czarna dziura, naszej polskiej historii, z której czerpią teraz rządy obecnej prawicy. Pastwiąc się nad socjalizmem, który zbudował naszą materialną rzeczywistość, wyprzedają sobie nawzajem, wszelkie dobra narodowe pod każdą postacią za cenę chyba niższą od swojej godności, której moim zdaniem nie mają, a która jest warta tyle, co pies napłacze. Interpretacji polskiego, jak to niektórzy nazywają, komunizmu nie dokonał do tej pory w Polsce żaden sąd, łącznie z ipeenem i kiedy tak czasami sobie rozmawiam pod parasolem na Placu Solnym z Niemcami, którzy chyba bardziej interesują się polskimi zasobami gospodarki narodowej, niż sami Polacy, to mam wrażenie, że mówiąc o Polsce wywołujemy zdumienie nawet u afrykańskiego słuchacza.

– Panie kelner, co tak długo, warknął zniecierpliwiony Levin – i wstał, chcąc się zachować usłużnie. Proszę na chwilę usiąść i z nami porozmawiać, jeżeli ma pan, oczywiście chwilkę czasu.

– Czas, po tym, co opowiadacie, a to się roznosi po sali, jest jak to mawiają Polacy pojęciem względnym. Mój młody wiek i konstatacja życia tak zwanego barowego, proszę panów, pozwalają mi mniemać, że jak tak sobie rozmawiacie, to jeszcze nie wszystko w tym cholernym kraju stracone. Ja jestem generalnie studentem i sobie dorabiam za tak zwane grosze, żyję łącznie, czyli głownie z napiwków. Mam tutaj proszę panów ciekawy koloryt do zaoferowania, pod postacią chleba i wina, a zwłaszcza wódki, której u nas dostatek, ale już niedługo nie będziemy pili polskiej wódki, tylko wódkę tak zwaną abstynencką, bo jak za bezcen nasze wytwórnie wódek przejmą prywaciarze, to dopiero abstynencja w Polsce okaże się prawdziwą abstynencją, a prywaciarze dołożą nam jakąś akcyzę i niebawem nikt na kacu nie ośmieli się narzekać na naszą władzę, co to nas w Polskę wyśle drodzy panowie, albo nad wschodnią granicę, gdzie wódki pod dostatkiem, tylko nie takiej jaką robią polskie gorzelnie.

– Coś pan tutaj pieprzysz, panie kelner, bo jaka to różnica, kto będzie wódkę produkował? -zajątrzył się Levin.

– Nieważne, kto produkuje, ważne żeby naród był zadowolony z ceny produktu i to wysokiej, jakości. A w Polsce tylko jedno hasło wciąż słychać „aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Przyjdzie jakiś odchudzony, opalony polityk, poza tym miły w kontaktach, jeszcze do tego w wypasionym krawacie i już kupuje Polmos, czyli produkt wytworzony przez znienawidzony były ustrój, do tego polityk ten był wykształcony za pieniądze byłego ustroju, co go nie boli i ma w dupie wszystkie meandry społeczeństwa obywatelskiego, które daje ciągle dupy, bo popiera pajaców, ze swoją pseudo-treściowo-ideową ofertą na granicy partyjnictwa i dyletanctwa- bronił Roman dorobku PRL-owskiej rzeczywistości.

– Panowie wybaczą, ale mam klientów – zniesmaczony opuścił miejsce dyskusji o dziwnym poziomie nasycenia i wrócił do gości, których wielu przewijało się przez jego bar. Zastanawiała go tylko postać rudzielca, która chodziła mu po głowie i ten język, niby polski, ale jakby z odległego kraju. Gdzieś ta postać siedziała u niego w głowie, i ten charakterystyczny tembr głosu i to niebarowe słownictwo, chociaż wszyscy oni byli z tym, co mówili, jacyś inni, niepasujący do knajpianego otoczenia. Levin też, rozmawiając z kelnerem miał uczucie jakiejś bliskości, ale nie chcąc psuć zabawy podszedł do baru i zamówił szampana, mając nadzieję, że za wszystko zapłaci Roman. Jego nieodparta myśl o byciu wśród ludzi mądrzejszych od siebie pozwalała mieć nadzieję, że mądrzejsi za jego towarzystwo zapłacą, chociaż nie był tego taki pewien, bo jak mówił Kostia, „Roman, to kawał mendy nie tylko katolickiej, ale i społecznej”. W czym to wszystko tkwiło przekonał się już niebawem, jak przyszło do płacenia rachunku, kiedy Roman opuścił ich znienacka i zniknął jak kamfora.

Siedzieli tak obaj jak na ruskim kazaniu, kiedy podszedł kelner i poprosił o zapłacenie rachunku, patrząc z uśmiechem na znajomą mu teraz rudą grzywkę. Kwota, którą ujrzeli przerosła ich wyobrażenie, patrzyli na kelnera z nawiedzonym błogosławieństwem i myśleli, co dalej czynić.

Pomoc dobrego sądzenia z natury jest równa wszystkim ludziom, ciągle chodził Levinowi po głowie Kartezjusz i jako nawiedzony pierewodczyk nie szukał zasady zdolności poznawczej w hierarchii wartości, nie uważał Romana za prostaczka, uważał go za teologa myśli robotniczej, w której ciągły niebyt równał ludzi w obliczu prawdy i przyznawał im jednakowe tak zwane możliwości poznawcze w egalitarnym poznawaniu meandrów obłudy robotniczej. Na poczuciu własnej niegodności szukał w rozpaczy chwili jakiegoś wyjścia.

– Proszę jeszcze dwa piwa – rzekł sam zrozpaczony, był zaskoczony swoja decyzją, w podświadomości myśli wierzył, że Roman jeszcze wróci.

– Nie dwa, trzy piwa poproszę, nasz przyjaciel zaraz wróci proszę pana i jak przyjdzie proszę jeszcze jednego szampana.

Kelner uradowany z zamówienia, wciąż myślał o napiwku, który go czeka. Kostia, już lekko wstawiony, buntował się w swoich hipotezach, jego obraz picia w barach zamykał się na współpracy z okazjonalizmem ortodoksji muzułmańskiej, gdzie pan okładał kijem psa, myśląc, że pies nie posiada duszy, nie odczuwa bólu i nikt nie odczuwa jego skowytu. Zamykał się w swoich marokańskich paralelach, gdzie nikt nikogo nie zostawiał w biedzie i zawsze zostawał suto ugoszczony i nie zostawał ze swoim orężem w dłoni.

– Jak przyjdzie pan Roman, ode mnie jeszcze jednego szampana proszę – chciał swój honor uratować.

– Ja, Kostia poczuł nagle moc w swojej duszy, chciałem zaprotestować przeciwko rozumowi, bo to, o czym mówisz jest dla mnie niezrozumiałe, a wiem, o czym myślisz ty cholerny, gruzinski pierechodzie.

– Ja, jak gruzawik, zapiepszam w imię radzieckiej własti, a ty sobie nawet rąk nie pobrudziłeś robotą w tym zafajdanym kraju. Jeden, menda katolicka zapatrzona w Boga, a ty drugi, ciągle mówisz, że Bóg nie istnieje, że świat nie ma przyczyny, a jak wyjaśnisz istnienie Boga w tym cholernym społeczeństwie, które ostatni grosz wydaje na tłuste wypasione biskupie brzuchy? Przecież człowiek człowiekowi ma być bratem, a nie bogiem, a tu gdzie nie spojrzysz, człowiek, człowiekowi wilkiem.

– Ty Kostia, nie za bardzo rozumiesz, o co w tym wszystkim chodzi. Przecież, nie jesteś taki głupi, jak niektórzy ciebie widzą. Jesteś teraz robotnikiem i powinieneś w końcu zrozumieć, że jesteś wyzyskiwany, że nawet jak pracujesz na czarno, to masz lepiej, niż twoi polscy koledzy, którzy tu żyją. Tutaj jest ich dom, ich korzenie, a całe to gadanie o wolności to jedna wielka propaganda. Jak patrzę na wyzysk w tym kraju, to nie mam cienia litości dla tego niby ustroju, który zabiedził pół Polski, a ludzie tak jak powiedziałeś, stali się dla siebie wilkami, albo po naszemu, co drugi to swołocz. Raz, jak byłem na budowie w centrum miasta, na bardzo dużej budowie, to widziałem jak ludzie jedzą śniadania na styropianowych stołach, albo nawet wprost na ziemi. Pracuje tam kilkaset osób i praktycznie nie ma kibli i nikogo to nie interesuje. Ludzie sikają do butelek, bo nie chce im się schodzić, z któregoś tam piętra do plastikowej budki, która stoi na dole, myją się tak jak my na Syberii w szklance wody, przebierają się w samochodach, a przyjeżdżają z całej Polski, bo wszędzie jest tania siła robocza, zwłaszcza na wschodzie. U nas w Rosji tak nie bywało, a jak zapytałem, kiedyś swojego księdza, skąd ta bieda, to on niczego nie chciał powiedzieć.

– Jakiego księdza – zdumiony Wołow patrzył na swego towarzysza i myślał, że wódka już wygrała z jego rozumem.

– Ot, księdza poznałem i tyle ja chciałem tobie powiedzieć. A jeszcze tobie muszę powiedzieć, że może i ty tam pójdziesz do roboty, bo Aleks, z którym ostatnio rozmawiałem w swojej sprawie robotę tam jakąś załatwia, tylko, że jak mówił niby legalnie, praca jest na nocki, tak po cichutku, ale legalnie – śmieszne to prawda? Komiczne wprost, legalnie, ale na czarno, jak w naszych kołchozach na wygnaniu.

– Witajcie towarzysze – walnęło na nich jak grom z jasnego nieba.

– Roma! Kostia o mało nie dostał rozwolnienia, ty jak duch w naszym życiu się pojawiasz, a tu rachunki niezapłacone.

– A ja myślałem, że ja jestem dla was prawdziwym rachunkiem, a to, że wyszedłem to była tylko zaliczka. W związku z tym, że mam dzisiaj imieniny, wybaczam wam wasze rosyjskie we mnie zwątpienie i przepraszam was za chwilę niepokoju, którego doznaliście jak mniemam, przez moje samowyjście, iście po angielsku. Więc tak jak uczył kapitan Suworow swoich żołnierzy po wyjściu z bani, zapraszam was na imieninową wódkę, czyli setkę Smirnowa i to koszernego, bo on najlepiej smakuje.

– Ale ty jeszcze nam jakieś zaliczki tu wypominasz – Kostia bełkotał bez umiaru.

– Zaliczką proszę panów, będzie towarzystwo pewnej damy, która za chwilę się pojawi, a która przypomni wam, towarzyszom radzieckim, wasze czasy w wymiarze tak zwanego dostojeństwa radziecko carskoj-własti.

– Ty Roma, nie, rób z nas duraków, my przecież tu bez kobiet żyjemy i nam dobrze, no może chwile takie bywają, że samemu trzeba się zaspokoić, a i dienieg zostaje w karmanie dużo.

– Pamiętasz Kostia, Szypowa, twojego literackiego bohatera, którym chłopakom od Czesława dupę trułeś? Więc teraz przedstawię tobie i twojemu towarzyszowi Levinowi, zakłamaną katoliczkę, co to udaje gwiazdę barową, a reszty nie dopowiem, niech to dla was będzie niespodzianką.

Zniknął Roman na chwilę i zaraz pojawił się z kobietą. Kostia od razu popatrzał na nią jak na Matrionę z „Przypadków Szypowa”. Ten przebłysk oczu, to wewnętrzne błagadarodije i rosyjska dusza powlekana niechcianym baronizmem, to wszystko było jak z nieba, i to wniebowzięte gdzieś w niej kurewstwo patetycznego erotyzmu, który od razu łapał rękę za krok i prowadził do obrazu matki boskiej portugalskiej.

– Pozwólcie panowie, że przedstawię wam damę, nie kameliową, co prawda, ale nazywaną tytułem pani biskupowej, co bardzo szlachetnie brzmi, zważywszy na nieznajomość dziesięciu przykazań przez szanownych panów. Proszę się przedstawić madam – zachychnął Roman.

– Biskupowa. Proszę mówić mi po imieniu. Elżbieta – rzekła rzeczona dama i spoczęła na krześle skonfigurowanym z towarzyszem Levinem, który odsunął się niemrawo od niechcianej postaci.

„Ta oto stalowa łapa, morza i prerie, łączyła w najlepsze Tędy Europę na Zachód gnał zapał, pióra nasze rozrzucał na wietrze” – wyrecytował Levin, kawałek tekstu wiersza i rozgoryczony dodał – a inne szczegóły i inne błahostki stały tam, gdzie stał Majakowski.

A Elżbieta rozrechotana, niczego nie rozumiejąc w kułak odbiła pałeczkę jakimś wierszykiem:

„Raz serca posłuchasz i serce przegonisz u nas w naszym polu mało dużych koni”.

– Jesteś jak pluskwa Janikowa – Levin bez ogródek chciał dopiec biskupowej.

– Pluskwa Janikowa, czarnych to ptaszyna, bez pośpiechu gładzi, słodko sobie gada, nie złość się na figle, chodzi o sąsiada.

Levin spojrzał na Wołowa i w pierwszej chwili pomyślał, że walnie go w mordę, że to jakaś zmowa przeciwko niemu, że jego odwieczna tajemnica wiary została odkryta.

– Ależ panowie, Elżbieta jest, jako deser do moich imienin, chciałaby wam osłodzić bezinteresownie pozostałe godziny. Jako działaczka na rzecz planowania rodziny, zaprasza panów do istniejącego obok, za wysokimi murami, ośrodka rehabilitacji osób niesprawnych uczuciowo i tam udzieli wam pierwszej pomocy w ramach repatriacji rodzin z dalekiego wschodu. Wy, jako osoby bezdomne i bez stałego miejsca pobytu macie prawo w pierwszej kolejności do tak zwanych posług wegetatywnych. W kajucie myśli poczujecie uderzające pod sam sufit, szydercze i sielskie krajobrazy jak pastuszkowie z obrazów Niestierowa w smarowanych dziegciem butach, a obudzicie się w pąsowych koszulkach bez ramiączek, namaszczeni istotą bytu wiekuistego w otchłani wieczności, pomazanej czernidłem pokalanego zaczęcia.

– W związku z powyższym przemówieniem proszę państwa, w ramach reorganizacji stolika towarzyskiego, przenosimy się do lokalu obok i tam dopełnimy faktum dnia i nocy.

Wszyscy nagle ożyli jak oliwa w kaganku, chcieli przeżyć tętniącą pasjansami noc, aby w kolektywnym raju poznać smak stęchłych murów i ozdobnych okiennych krat.

ROZTRERKI MARINA!

– Potrzebna mi jest muzyka – Marin ciągle powtarzał to w sobie – muzyka jak liście czyste bez obdartej wiosny z przebiśniegów.

W katalogu swoich rozdrażnionych, połajanych wrażeń nie potrafił oddać niczego, co wiązałoby go z rzeczywistością, w której się znajdował, żył, tak jemu się wydawało w kraju bez muzyki, słuchał tylko disco-polo i innych bezsensownych radiowych przebojów na stacjach wiejskiej rzeczywistości i reklamowych skojarzeń. Marzył o polskiej jazzowej realności i o meandrach grania z polskimi muzykami, dla których powinien być równie odkrywczy jak oni dla niego. Płyty, które kupował, co prawda pirackie, nie zawsze oddawały ducha jego rzeczywistych możliwości muzycznych. Szukał wsparcia w swoim jazz -rockowym graniu i w patetyczności swojej muzyki. Jego wyśmiewana już karawana, dawno odbiegła od flegmatycznych pasaży, w jakich był zakochany. Syntetyczność muzyczna, w jakiej chciał się znaleźć, wykrawała w balladowo-relaksowym klimacie jego trąbki pastelowe barwy instrumentów elektrycznych. Czuł nad sobą oko mistrza i progresywnych muzyków, u których szukał synkopowej gangsterki i przestrzeni skojarzeń. Praca u Elżbiety dawała marne utrzymanie i bezbożne nawarstwienie erotyzmu, tak jak marne wsparcie instrumentów sekcyjnych na wiejskiej imprezie. Wiele razy chwalony Marin nie popadał w samouwielbienie, dostrajał swoją nierzeczywistą sytuację do konającej harmonii umiejętności tworzenia improwizacji, tak spójnej wewnętrznie, żeby serca fanów ulegały autentycznemu przeżyciu w ukłonie do granych przez niego nut.

– Elżbieta – prosił – pokaż mi kluby jazzowe, w których będę mógł przebywać, bo ja jestem zwolennikiem budowania muzycznego nastroju, mam szkołę muzyczną i oczekuję zaawansowanej muzyki, duszę się u ciebie i chcę zagrać wymyślonymi przez siebie środkami ekspresji melodycznej. Kupię sobie trąbkę, która pozwoli mi żyć inaczej, być prawdziwym, niezniewolonym muzykiem, pozwoli mi żyć jak żyją artyści.

Ale Elżbieta widziała w Marinie tylko źródło dochodu i nieszablonowych doznań erotycznych, pozbawionych dogłębnych analiz symetrii muzycznych, o których marzył trębacz, jak o nim myślała. Pociągała ją w nim jego orientalność i tak zwana gotowość do ruchów obywatelskich, do których zawsze był przygotowany, kiedy na spotkaniach bigotów takich jak ona, grał świętością swojej trąbki jej ulubiony utwór na jej waginie podpartej laserowymi ruchami ciała wykorzystującymi terapeutyczną rolę muzyki, w której każdy niepełnosprawny może grać bez rąk i bez nóg.

I tak się stało dla Marina niepocieszenie, że zaszlochał nad swoim losem, zapakował kromeczkę chlebka bez masła z kawałkiem słoninki i znowu wyruszył w poszukiwaniu muzycznego szczęścia, gdzie szczęki miłości rozbiorą jego muzyczny kontredans na części i poddadzą jego talent orgazmom sprawiedliwości muzycznej. Jako już teraz muzyczny przedstawiciel klasy robotniczej pragnął dalej być niezależny, bo jako robotnik zapracowywał się na śmierć nie licząc gry w karty, kiedy to wszyscy zażądali podwyżki przed utratą zarobków, co niechybnie by nastąpiło, gdyby nie bankructwo klechy przebrzydłego. Praca fizyczna, Marina interesowała tylko ze względu na przeżycie, bo jeżeli życie składa się z pracy i łóżka to droga do normalnego życia w tym kraju jest jeszcze bardziej odległa, niż porządek prawny w obecnej Rosji. Tutaj zresztą porządku prawnego też nie widział, a mieszkanie nad zamulonym, pełnym wyziewów strumieniem prowadziło niechybnie do reumatyzmu, choroby kręgosłupa albo nawet gruźlicy. Mieszkali w przybudówce, która pamiętała chyba jeszcze czasy, kiedy wynaleziono namioty. Wąskie i strome schody, podłogi w pokojach jakieś takie nierówno poskręcane, ściany malowane przed wojną i wilgoć przesiąknięta stęchlizną. W pokojach półmrok, bo Elżbieta na wszystkim oszczędzała, tylko nie na własnej dupie. Jak początkowo narzekali na warunki mieszkaniowe, to zawiozła ich do pobliskiej wioski, gdzie Polacy pracowali przy zbieraniu szparagów. Tam dopiero był kołchoz i to ten przeniesiony wprost z carskiej sotni zabitej dechami. Łóżka dwupiętrowe jak na galerach, w pokojach po dwadzieścia osób, no i jak mówili kołchoźnicy, podglądali ich przez lornetkę jak pracują. Szybko zmienili zdanie po tej malowniczej wprost wycieczce.

– Wycieczkę wam urządziłam po to, żeby naród rosyjski był dumny ze swojej chlebodawczyni i nie zdradzał jej związków intymnych z rosyjską klasą robotniczą, a błazenada, jaką urządza niemiecki krwiopijca od zbierania szparagów powinna być dla was nauczką, żeby doceniać polskich, a nie niemieckich kapitalistów – powiedziała po dłuższym czasie.

Ciuchy robocze też musieli mieć swoje, nie wspominając o dokarmianiu, które pamiętali jeszcze za czasów Gorbaczowa. Ciągły dym z parownika bywał tak silny, że często wymiotowali i mieli bóle głowy, ale nie żalili się na swój los, bo zaraz na ich miejsce inni, na ten czas Ukraińcy zajęliby ich miejsce. Życie było posępne, no i perspektyw praktycznie zero. Jedynie to ciało Elżbiety było wybawieniem, która w histerii braku kobiety, wywoływała ich do tablicy, żeby, jako naród zapomnieli, choć na chwilę o nędzy swojego życia i choć trochę patriotyzmu rosyjskiego wnieśli na salony polskiej rzeczywistości.

A Marin, jako biedny, skurwiony muzyk popadł w niełaski sakramenckiej pokuty, kiedy na swojej drodze spotkał siermiężny kobiecy habit wymalowany obrazami, jak z prawosławnej ikony i podparty nabożną myślą uległ pokusie darmowej wieczerzy skropionej świętym sakramentem, żeby w wieczornym oddaniu modlitwie w uroku zakonnych murów podążać za obrazem swojej muzycznej ekstazy. Chciał poświęcić się swojemu powołaniu i pokonać wszelkie trudności, aby przy muzyce osiągnąć życiowe apogeum, a zanosiło się, że zostanie świątynną dziwką, żeby poznać tajemnice Królestwa Bożego. Surowe klasztorne mury były podobne do prawosławnych świętych ogrodów, gdzie nabożne dzieci uczyły się łapać motylki i zbierać kwiatki w nocnych polucjach habitowych pidżamek.

– Tak nieliczna i tak zamożna grupa społeczna jak szanowne siostry, może chyba przyjąć pod swój dach, człowieka wolnego zawodu o artystycznej duszy, który teraz właśnie potrzebuje duchowej opieki, bo koło fortuny odwróciło się od niego z nabożnym błogosławieństwem przewielebnego, któremu oddałem swój majątek w zamian za dobre słowo boże i wsparcie duchowe.

– Z łaski pana naszego zapraszamy naszego podróżnika na pochwalną wieczerzę w imię pokuty pańskiej – zaintonowała przełożona. W pokorności naszych myśli oddajemy panu to, co jemu przynależne i w ciele i duchu, odprężamy nasze myśli, żeby czarodzieje zła swoją grzesznością nie kusiły naszego pożądania.

– Usiądź wędrowcze na siermiężnej ławie i przyjmij tę oto papierową mitrę w imię ojca i syna i ducha świętego. W pokoju przyszedłeś i pokój niech zagości w twoim ciele, a na znak pojednania wychyl z nami kielich wina z naszego krętego strumyczka, który z wody zamienia się w wino, kiedy wiele z nas, na dywanie z martwych liści i w obłokach cielesnej rosy poznaje tajemnice owocu zakazanego.

– Najdroższy Jezusie Chrystusie, nasz zbawicielu – intonowała dalej przełożona – pomóż nam i ześlij swoje niepokalane dobro, ześlij słodkie deszcze swojego człowieczeństwa i pomóż nam, gdy płoniemy w sile świętej trójcy. Spraw, żeby dręczący nas błogi ogień niebieski był naszym namaszczeniem w obecnej godzinie. Boski łucznik, który do nas przybył niech przeszyje swoim grotem dogłębnie nasze serca, a lubieżny diabeł grzechu niech zgrzyta zębami na znak naszego odprężenia.

Marin, otępiały słuchał wywodów czarnej sukienki i chciał już uciekać, kiedy, pod ścianą zakonnej jadalni zobaczył nagie ciało wijące się w tanecznych konwulsjach. W twarzy tak bladej od postów, jakby wyzionęła ducha, zobaczył jednocześnie skruchę, pożądanie, fantazję i ogień pełen chuci. I uległ nagłemu niespełnieniu, a jego penis czuł się tak, jakby popełniał zabójstwo z zemsty na tym, co jest niedozwolone i w niezrozumiałym dla siebie pogrążeniu, uległ perwersyjnemu językowi myśli i wołał do czarnych potworów w ekstazie wiecznego wzwodu.

– Od czasu jak przybyłem na tę pustynię nie jadłem owocu żadnego, nie spożywałem roślin, ani mięsa nieczystego, byłem zawsze czysty w nie kąpieli i nie oglądałem światła, i nie zaznałem smutku ani cierpienia, i oto teraz panie dajesz mi najwyborniejszy owoc w natchnieniu duszy i umartwienia ciała, które mi rozkwita jak krzew róży, zamknij mnie w swojej wybornej celi i pozwól mi opłakiwać nie swoje grzechy, tak jak dziewice tu pokalane czynią siebie kwiatem ewangelicznym. Błagam ciebie o panie, abyś w swojej bezwzględności, dręczył mnie sadystyczną cierpliwością i spokojnie czekał, aż ja życiowy safanduła doprowadzę swojego sflaczałego jak pomarszczone dżdżownice penisa do imitacji jaj ze stali, pokropionych mszalnym winem. Dajcie mi o nabożne dziewice jeszcze waszego trunku, abym w swoim oddaniu doznał waszej łaski ku chwale pana naszego – ciągnął nabożnym głosem.

– Służymy tobie młodzieńcze naszą pobożnością i dziękujemy tobie za rozgrzeszenie, jakiego nam udzieliłeś, pij, więc i chwal pana świętego sakramentu i załóż habit pokutny, jako seminarzysta naszych zakonnych murów.

Marin urzeczony drwił z tego, co powiedział, powoli ściągał swoje cywilne ubranko i myślał o nagiej postaci pod ścianą, kiedy poczuł na swoim ciele damskie dłonie obłapiające jego pośladki i przyrodzenie.

– Na boga, ja chyba śnię – cedził przez zęby – kiedy jedna z niewiast połykała jego fujarę z taką gorliwością, jakby gasiła pragnienie.

Łyknął jeszcze szklanicę wina i grzązł coraz bardziej w ruchomym piasku miłości. Dwie zakonnice trzymał za obfite piersi, liżąc trzeciej wzgórek łonowy, a czwarta nadziewała się swoją ciasną szparką na jego zniewolonego grenadiera.

– Ujeżdżacie mnie jak dzikiego konia o siostry przenajświętsze, ułóżcie się jedna przy drugiej, a każdej włożę do włosienicy skarbik, o którym tak marzycie i będę was ujeżdżał jak dzikie sakramenty.

I rozłożyły się czarownice zakonne w znaku krzyża, a wędrowniczek swoim szorstkim jęzorem gładził ich obwisłe wargi postne mową, a gdy u jednej poczuł skurcz gwałtowny, strzeliła strugą nasienia poczęcia bożego, począł swoją armatą rozdzierać nienasycone stwory, aż do konwulsji nasycenia i tylko wzrokiem myśli szukał młodej przeoryszy, aby jeszcze jej jednej udzielić namaszczenia.

I rozkoszował się słodką zakonną torturą, aż poczuł, że traci część własnego ciała, że czuje na szyi obrożę albo łańcuch, a wyobraźnia podpowiadała, że leży na nim dwóch śliniących się starców z wyrytymi na piersiach tatuażami.

ALEKS!

Przyjeżdżając tutaj, zostawił za sobą całą swoją przeszłość, bo zadanie, którego się podjął przekraczało jego możliwości zarówno od strony finansów, jak i znajomości na wyższych szczeblach władzy. Z ludzi, których sobie dobrał, tylko Marin nie był emocjonalnie związany ze sprawą. Pozostali mieli swoje porachunki z postsowiecką wierchuszką, która teraz zepchnięta do roli błazna, zmuszana była udawać głupca wśród triumfujących wrogów, a tych był niemało. Szukając układów, myślał tylko o organizacji, a właściwie obaleniu ludzi odpowiedzialnych za wykluczenie z życia zawodowego jedynej osoby, która mogła naprowadzić go na ślad bogactwa, skarbu narodowego, czy jak by nie nazwać czegoś, co jest porównywalne z bursztynową komnatą. Musiał poza tym przeciwstawić się postępującej destrukcji środowiska osoby, która tak ważna dla ich sprawy została zepchnięta na margines, o czym sama jeszcze nie miała zielonego pojęcia, gdyż wokół niej toczyły się rozgrywki o to jak ją zdegradować, albo wręcz ośmieszyć. Sytuacja ta przypominała Aleksowi rok 1912, kiedy w Rosji na Zjeździe Uniwersytetów Ludowych, delegacja robotników bolszewickich doszła do wniosku, że nie dokonają jakiegokolwiek postępu bez obalenia caratu, czego parę lat później dokonali. Dla niektórych był to przełom kulturowy, który do dzisiaj władzę Rosji stawia na piedestale bezwzględnej walki o władzę w destrukcyjnej ideologii, w tym wypadku przemocy i ucisku jedynej osoby, która stanęła okoniem wobec szantażu władzy i wybrała drogę prawdy.

Uzdrowisko, bo tak nazywali obiekty, które ich interesowały, odwiedzali oprawcy z różnych rejonów świata. Angielskie darmozjadki, władcy indyjscy o różnym kolorze skóry, greccy satyrowie i wszelkich odmian rozpustnicy, jak i pokątne żydostwo rodzaju żeńskiego i męskiego, akadyjscy szalbierze i hiszpańscy konkwistadorzy, którzy z arabskimi zdradzieckimi kupcami przypominali grupę szpetnych kobiet o pomarszczonych umysłach. Wybitną natomiast elitę znaną ze swojej urojonej doskonałości stanowili przedstawiciele arystokracji robotniczej z Dalekiego Wschodu, która z uzdrowiska zrobiła ideologiczną zagrodę kapitalizmu i w pogardzie miała całe zastępy już otumanionych swoją omylnością, podkładając im togę pod głowę za brak szacunku dla łamiących prawo bogów. Ściągało, więc uzdrowisko masę chciejstwa i nieróbstwa połączonego z łajdactwem, a także nikczemników wszelkiej maści z szulerami, złodziejami i nierządnicami włącznie. Młode zaś kandydatki do ślubu wchodziły w konszachty z pomarszczonymi elegantami oczekując obiecanej nagrody w postaci dzieciątka Jezus, które gwarantowało ukończenie leczenia w obiecanym terminie.
I z takim to towarzystwem, używając naukowego żargonu wzajemnej adoracji, przyszło Aleksowi stanąć w szranki, bo silny to był przeciwnik, jak uprzedzali go już z centrali. Przeciwnik straszniejszy niż zwyrodnialec z krymskich jaskiń, w świecie zamkniętym, w chlewie zbutwiałym, jak wietrzna ospa i gorycz piołunowa, a właściwie jak morderca ziemiście pobladły- teraz już nie na żarty walczył ze swoimi myślami Aleksander. Ale co tam, damy radę, przecież nie jestem sam, specjaliści kamczaccy ze mną przyjechali. W najgorszym przypadku półtorej Hiroszimy im zrobimy, bo ci ludzie ze świecznika wszystko dla Chrystusa uczynili, ale nic nie zrobili dla narodu, są jak on, zawsze na szczycie, zabijając ustami, zabijając głosem i szeptami granicę, której nigdy nie powinni przekroczyć, a niszczą wszystko nie po swojej myśli napędzani nienawiścią do prawdy.

Jechał pożyczonym samochodem przez wschodnią część miasta i z przerażeniem oglądał labirynt ciągnących się uliczek pokrytych szarym błotem o rdzawym zabarwieniu, gdzie odwieczna powłoka brudu przyklejona do cegieł stanowiła o trwałości tych miejsc, jeszcze zapomnianych przez kapitalistyczną rzeczywistość, w której cuchnące dziedzińce zostały zamienione na szkaradną czystość brudnych, mafijnych interesów, a wszystko to robione było w białych rękawiczkach elastycznych dotacji w galaretowatym dygocie latarni.
Wjechał w podwórko, mijając grupy młodzieży w brudnych i obdartych ciuchach, rzadki widok w tym mieście, ale ile jeszcze takich miejsc, gdzie świat leży pokotem kryje to miasto. Gdzie w takich razach uciekać, żeby nie oberwać w czerep buciskiem z nogami?

Wysiadł na zabłocony trawnik i żeby nie gryźć się w samotności, powłócząc nogami, wszedł do bramy na umówione miejsce i nie doczekał nawet chwili, kiedy z piwnicy wyszło dwóch drabów z miejscowego KGB i bez pytania rzucili go na ścianę. Wiedział o co chodzi, miał się nie bronić, co nie przychodziło mu nigdy z łatwością. Oni go przeszukiwali, a on stał tak pod ścianą wtulony w swoje ciało i nie zdawał sobie nawet sprawy, że całe przekleństwo spadło na niego, jak pełznąca gadzina, co to wysypywała cały popiół z pieca na jego głowę. Czując na szyi dłoń bez palców, odskoczył nagle i w ułamku sekundy jak eksplozja przecisnął się do piwnicy, skąd wyszli jego oprawcy. Po braku palców na ręce, domyślał się, z kim ma do czynienia. Oblany zimnym potem z walącym sercem uciekł w mrok piwnicznej czeluści, a wentylator w głowie gadał sam do siebie, że to nie dwóch sanitariuszy z psychiatryka. Bał się znowu obłędu przeszłości, bał się łapiduchów z przeszłości, gdy wlekli go za ramiona do windy na rozgrzane ruszta żelaznej czeluści na kolejne przesłuchanie.

– Stchórzyłem, stchórzyłem – udawał przestraszonego, krzycząc do tamtych.

Powoli wyłaniał się z mroku mówiąc:

– Już wychodzę, już wychodzę, bądźcie spokojni.

Stanął przed dwoma postaciami jeszcze raz i dopiero teraz ujrzał dwie nieprzyjemnie śniade twarze o spłaszczonych nosach, które szczerzyły zęby jak do góry złotych monet. Spojrzał na nich spode łba jak zgarbiony złodziej, a oni jak gdyby nigdy nic podali jemu torbę.

Ten bez ręki, jakby się zmagał z prawdą, powiedział.

– W torbie są pieniądze, to tylko część tego, co możesz otrzymać, ale nie wykonałeś do końca zadania i jak tego nie zrobisz to będziesz musiał je oddać.

Patrzał teraz Aleks na znajomą, dawno niegoloną twarz, tego bez palców i teraz już spokojnie zaglądnął do torby.

– Sporo tego, jak na takie zamówienie. W pierwszej chwili nie poznałem ciebie, Hakim. Twoja ręka trochę mnie przestraszyła, ale pamiętam, że jak ty się zjawiasz, to albo do nieba, albo do piekła drzwi stoją otworem, innej drogi nie ma. Prędzej zguby swojej mogłem doczekać, niż oczekiwać ciebie tutaj. Centrala podawała mi kogoś innego na talerzu, a tutaj taka niespodzianka.

– Jestem, jak sam wiesz tylko do spraw szczególnego rodzaju, a sprawa, która mnie tutaj przywiodła jest ponad wszystkim, czego się do tej pory dotknąłem, wiesz chyba, o czym mówię.

– No, nie za bardzo, bo to, co przywieźliśmy nie dotyczy chyba spraw państwowych, a tak poza tym, dlaczego tak długo nie dostawaliśmy pieniędzy, pytam, bo całe ekipa mi się rozleciała, nie mieli kasy i się pozatrudniali.

– Oj Aleks, Aleks, czegoś tutaj nie rozumiesz. To, co było na wierzchu, było w razie jakiejś wpadki i po to byli potrzebni ci twoi inteligenci. Dzięki temu, że władza radziecka chciała ich się pozbyć mieli specjalne paszporty, które wzbudzały zaufanie i dawały sto procent gwarancji na udaną wycieczkę i pozbycie się kilku szumowin politycznych.

– Wiedziałem, co wiozę, ale przede wszystkim ludzi przywiozłem, a co wy jeszcze kombinujecie, to już ja tego nie winien. Pieniędzy na czas nie było, to ja musiałem ze swojego karmana płacić, żeby oni nie myśleli, że to wszystko tylko przemyt. Przecież przywieźliśmy bez problemów komponenty, o które prosiłeś i w czom teraz dieło?

– Ty nam tu nie gadaj bzdur, przecież musiałeś wiedzieć, że nie chodziło o jakieś tam komponenty do amfy, tylko o rzeczy, których świat dotąd nie widział, powiedz po dobroci, gdzie macie „riazańczyka”, zrobionego z kości waszych cerkiewnych braci ozdobionych złotem i brylantami.

– Co ty wymyślasz, jaki „riazańczyk”, co to takiego? Jak mogliśmy przewieźć w busie jakiś duży przedmiot, jakiegoś perłopława, którego nie widzieliśmy na oczy? Jak kocham swoją Bogurodzicę przewielebną, my przyjechaliśmy do kontenera Rotmana, tak jak przykazali, daliśmy dwie butelki kamczackiej, pan ochroniarz, zobaczył nasze plakietki z nazwiskami i o nic nie pytając zaprowadził nas na miejsce naszego pobytu. Kluczyki z papierami od samochodu w kopercie oddaliśmy też jemu i czekaliśmy na dieńgi, które nas rozdzieliły. Po tym my w kontenerze siedzieliśmy dwa dni nikogo nie zagłuszając swoją obecnością. Czerkieska moja grażdańskość nie pozwala mi, by jakaś tam twoja pierdolona gęba obrażała moją uczciwość. I ty mi tu nie wymyślaj, bo ja ciebie zaraz poślę w pizdu. Moje ludzie to nie robotnicy, oni tylko chcą zarobić na swoje marzenia, których nie daje im rosyjskie posiadanie paszportu, o czym wy nie macie pojęcia. Wszyscy, co ze mną przyjechali, to „pabożniki”, tak zwana, jakby po polsku powiedzieć, inteligencja robotnicza, ludzie z przeszłością i bez pozwolenia na życie w cerkiewnej pobożnej matuszce Rasiji. Jeden jest z KGB i jak chcecie to was rozpierdoli na drobne części. Nie zadawajcie pustych pytań, bo moje psy zaraz was wyruchają. Pabożnyje, to jeszcze po rusku, łagrowszcziki, kak pa naszemu gawarjat, to ludzie z przeszłością, to tak jakby z polskiej Solidarności wyrwać kawał historii i wszystkich Wałęsów posadzić na plebani, żeby obciągali biskupom druty wiekuistych rachunków za prąd – Aleksiej nie wytrzymał.

– Ty Aleks nie masz tutaj nic do gadania, my ciebie firmujemy i jesteśmy okiem proroka, który wszystko widzi, jest zmrokiem, zmierzchem i bólem, który w perłowej masie poszukuje bezkrwistej galarety, rozumiesz i to jest ta tajemnica, o której ty nawet nie wiesz, ale w samochodzie było kilka tajemniczych skrzynek z rysunkami i figurami, które miały pokazać drogę do tego bogactwa, a ono gdzieś w tych okolicach się znajduje.

– Jak jesteście tacy przewidujący to powiedzcie, gdzie są moi ludzie. Za wykonaną robotę pieniądze powinny być od razu, żeby oni nie musieli tułać się po kątach. Wkurwili się i poznikali. Jeden robi na wiosce, drugi uczy studentów filozofii, a trzeci z tego, co wiem robi, jako pomocnik spawaczy. I takich to mają promotorów ludzie, co nie wiedząc nic o przemycie nadstawiali głowy i zostali bez grosza przy duszy i żyją jak nędzarze, a wy mi tu pierdolicie o jakimś „riazańczyku”, który chyba istnieje w waszej chorej wyobraźni. Dlaczego od razu jak przyjechaliśmy nie chcieliście tego waszego bogactwa, tylko po takim czasie pytacie o bzdurę, o jakąś fikcję. Czy to kredens jakiś nabożny, albo kościotrup z salonami wypełniony waszymi wymysłami? Może to coś jest pulsującym kłębkiem świata i nadaje takim jak my tytuły szlacheckie albo może jesteście pod wpływem narkotyków – Aleks fantazjował – a może ma upiorne trupie powieki i ze smaganego znoju życia i z odsłoniętych kości wystają resztki naszej przyszłości? A może zapytajcie samego Don Kichota, może on w wiatrakach to przechowuje.

– Dosyć żartów, ty nie wiesz, że my tylko tak w skrócie na niego mówimy, a to jest wielki skarb narodowy, z wielu setek kamieni szlachetnych, brylantów, złota, kości naszych carów, których jeszcze nie było jest poskładany. My też nie wiemy jak wygląda, ale jeden papier, który ja widziałem- Hakim podniecony zapomniał o tajemnicy – pokazywał go, jako sekretarzyk, jak jakąś piramidę, która nasze prawosławie pokazuje inaczej i to tylko tyle, ale masz milczeć, bo to tajemnica.

– Samochód, który was przywiózł zniknął z pola naszego widzenia i ktoś nadał na ciebie, że ty to wszystko wywiozłeś i dlatego tu jesteśmy i po dobroci nie po pańsku, mówimy tobie, gdzie masz nasze bogactwo, bo inaczej marnie z tobą i strzeż się, bo na ciebie jest polowanie.

– Nasz samochód, który nas przywiózł pojechał jeszcze do jakiegoś kościoła, do zabytkowej dzielnicy nad rzeką, tyle usłyszałem, i to tobie powtarzam – mówił podenerwowany Aleks. Mieli trochę ruskiego wina dla biskupa i bardzo się z tym spieszyli, nawet moje ciuchy, co były w takim kartonie, zamienili i myśmy te wino prawie wypili, bo nikt po nie nie przyjechał, zresztą flaszka chyba tobie jeszcze się znajdzie. To tyle, co mogę tobie powiedzieć. Ja sam jestem ciekaw tego, co tym mówisz, bo już podobną historię słyszałem, że coś takiego istnieje, że wszyscy patrzą na to jak na bursztynową komnatę, której do dzisiaj z tego, co wiem, broni polski kościół i nie chce jej oddać.

– Skąd wiesz, że pojechali do kościoła?.

– Mój człowiek, co pracował dla KGB, rozmawiał z kierowcą, od niego się dowiedział, bo oni koleżki, a tamten mu powiedział i stąd ja wiem.

– W takim razie będziemy w kontakcie, bo i tak nie powiesz, gdzie ten twój człowiek jest, a my i tak znajdziemy kierowcę.

– Ja, Hakim nie jestem twoim wrogiem, tylko nie lubię nieuczciwych kontrahentów i też muszę teraz ich szukać po całym mieście, żeby zachować twarz, bo oni i ja ludzie honoru. Dałem dupy i teraz muszę ją wybielić, bo ten od kierowcy nikomu nie przepuszcza i jeszcze mi głowę urwie, o muzyku bandycie już nie wspominając.

– To już twój problem, wierzę w to, co mówisz, bo mi się sprzeciwiłeś, ale trzymaj rękę na pulsie, bo z czarnymi w tym kraju nie jest lekko, większość to mendy gorsze od mafii i dla pieniędzy zrobią wszystko. Żegnamy was towarzyszu i da swidania.

UPIORY PRZESZŁOŚCI!

Był koniec lat pięćdziesiątych. Młoda, przystojna kobieta wysiadła z zatłoczonego pociągu na legnickim dworcu. Czuła się jak uciekinier z miejsca egzekucji. Jej troje maleńkich dzieci, opatulonych szalikami było jej sensem życia, które zabrała z pijackiego dobrobytu, zostawiając w nim swoje marzenia. Sama nie pamięta, jak w zimowym rozgoryczeniu dotarła do siostry Longiny, która w ubóstwie swojego życia odnalazła wiele miłosierdzia, żeby podzielić się z nią swoją biedą i przyjąć ją pod dach, dając schronienie swoim bliźnim na długie lata. Ile trzeba mieć w sobie altruizmu i zrozumienia, żeby oddać większą część siebie i swojego nic, po to, aby inni w nijakości bezgrzesznej mogli cieszyć się życiem, życiem ubogim, lecz spokojnym i pełnym radości. Mirosława, wspominając przeszłość, czuła się naga i opuszczona przez męża, czuła wiatr gehenny, który rozszarpuje jej szaty w biegu i przenosząc od brzegu do brzegu roznosi ją na strzępy. Męski egoizm jej męża, przepojony oparami alkoholu z dodatkiem niepojętej dla niej przemocy, pozbawił ją złudzeń, co do dalszego bycia razem, więc zabrała dzieci i zjawiła się z nimi w nowym dla siebie krajobrazie życia, w otoczeniu dobroci, gromkich uśmiechów, jakie śle niebo, żeby w ziarnkach piasku rozganiać wspomnienia przemocy utytłane w ubogie bogactwo futerkowych zwierząt hodowlanych.

Dwudziestokilkumetrowy pokój, który ofiarowała im siostra zajmowali razem z matką Franciszką, gnieździli się tak jak ich praojcowie wśród nizin rosistych, czekając na błogie tchnienie lilii, które odtąd, zawsze i wszędzie były dla niej i dzieci, jak błękitne wzgórze w wesołej dolinie, pełnej śniegów i radości z przyrody. W trosce o dzieci i trud egzystencji zrezygnowała z bycia nauczycielką i zatrudniła się w kombinacie odzieżowym i przez sen życiowej biedy spełniała swoją powinność matczynej miłości obleczonej w głośne odmawianie wieczornych pacierzy, przewleczonych apostolskim hymnem cierpienia, w którym widziała dopełnienie dzieła miłości do Chrystusa i potępienia tych, co od niego odstąpili.

Radość, wyrosłą z cierpienia syberyjskich notabli, tak bliskich jej sercu, wypełniała często podróżami do pobliskiego Bobrowa, małej, zatłoczonej przez wspomnienia prorosyjskiej tułaczki, wioski, która w rozgoryczeniu miłością, była niezastąpioną do mężczyzny tęsknotą, była jej strawą u progów nowego życia. Sanie, ciągnęły jej wspomnienia z Lidy – Głębokiego, teraz białoruskiej mieściny, gdzie się wychowała, gdzie pasła pierwsze gęsi i w nagich butach dzieciństwa ratowała z wojennej tułaczki matczyny dobytek, który ich późniejszą, legnicką egzystencję, dzięki posiadanym matczynym złotym rublom, pozwalał zaprowadzić do maleńkiej cukierenki i kupić dzieciom landrynki, cukierki o smaku tak niepowtarzalnym, jak smak rzeki z nadgłębockich brzegów.

Z podróży na zachód, z pociągów towarowych zatłoczonych nie tylko przez ludzi, ale i zwierzęta, w milczącej do siebie modlitwie, w bezgłowiu własnych pragnień, pamiętała woreczek ze złotem, który w ostatniej chwili wcisnęła jej matka, którą wywleczono z pociągu do kontroli osobistej. I dwunastoletnia wtedy Mirka w jakimś nagłym dziecinnym olśnieniu wrzuciła na świńskie ryje, co to miotały się w kącie wagonu w zurynionej słomie, ten bezcenny, jak się okazało skarb, który teraz dzielił biedę na równe części bez powrotów do przeszłości.

I tak wracała z biedy do biedy, z biedy wyrosłej do biedy nauczonej, z biedy bogactwa do biedy ratalnych zakupów, kiedy po przepracowaniu pierwszego roku w „Hance”, mogła kochanym dzieciom kupić pierwsze buciki i nowe nieznoszone prze innych, ubranka.

Nie myślała o mężu, który nie interesował się dziećmi i prawdopodobnie za kolejne zarobione pieniądze w oparach barowej wstrzemięźliwości zatruwał kolejną zakąską, kolejny meandryczny fragment swojej wątroby. Dzieci jakoś za ojcem nie tęskniły. Chodziły do szkoły i na średnich ocenach przechodziły z klasy do klasy, nie czując ubóstwa życia bez ojca. Dopiero po paru latach, Bronka, starsza córka Stefana, pisywała do ojca, który odnalazł się w zakamarkach podkudowskiej wsi, i tam przy rozpustnym stole spędzał kolejne wigilie.

To pisanie zakończyło się miłosnym westchnieniem i po ośmiu latach rozłąki, skruszony tatuś wrócił do swoich dzieci, które traktował, jak uprawianą działkę pełną chwastów, które trzeba wyplenić. Były też chlubne wyjątki jego ojcowskiej dobroci, której nikt chyba dzisiaj nie pamięta oprócz nawiedzonej pod sam katolicki refektarz Bronki, co to z bratem Romanem, grała z nim w karty, żeby nie przepił resztek wypłaty, dając matce, czyli swojej żonie fragment kopalnianych dobrodziejstw.

– Zatruwam swoją młodość oparami alkoholu – mawiał Stefan – bo wy nie czujecie na sobie stalinowsko-ubeckiego buta, który mnie, młodego leśniczego zaprowadził do ubeckich kazamatów na długie cztery lata.

I rozwodził się nad swoją niewinnością, jak nieupolityczniony aparatczyk akowskiego podziemia, który widział miejsca, gdzie różne balsamy same rozkwitały traktowane inaczej i bagnet trzeba było podnosić, żeby wytoczyć kubeł krwi czerwonej, który w przyszłości radością może być, albo zgubą naszą, i płukał swój ból przeszłości wiaderkiem łez, trzaskając pilśniowymi drzwiami mieszkania w budynku z wielkiej płyty, które dostał za swoje nieróbstwo w kopalnianej poniewierce miedziowego bogactwa. Wracał późną nocą i wszyscy musieli kolejny raz słuchać opowieści o tym, jak w wadowickiej leśniczówce ugościł partyjną delegację pod egidą towarzysza Cyrankiewicza. Brak mięsa zastąpili pokaźnym bernardynem potraktowanym, jak młodą jałówkę, zamieniając go na kotlety mielone. Wymieszane z leśnymi ziołami psie mięsko było głównym daniem dla partyjnych notabli, którzy zachwyceni smakiem potrawy, po dwóch latach od spożycia, awansowali pomysłowego leśniczego na głównego pensjonariusza wadowickiego pierdla nie znajdując usprawiedliwienia dla czerwonej materii politycznego rozboju, który teraz Stefan zamieniał na zwęglony pocałunek miłości do PRL-owskiej odnowy polityki prorodzinnej w swojej nieświadomej radość bycia z ukochaną kobietą.

Kiedy w swojej ulotności, Mirosława odkryła, że jest w szóstym miesiącu ciąży, świat starego życia został wyzwolony i doznał olśnienia. Wszyscy, łącznie ze sprawcą tego niepokalanego cudu natury już byli zakochani w Elżbietce i wszyscy oczekiwali narodzin dziecięcia tak nieoczekiwanego i tak już kochanego. Stefan szalał z radości jak to w takich razach bywa, ale kiedy okazało się, że na świat przyszły trojaczki, przelał miłość ze wszystkich swoich dzieci na tylko jedyne, które od tej pory było katalizatorem jego zachowań i pragnień. Głaskał, przytulał, nosił na rękach, o ile nie był pijany, i każdy grosz oddawał swojej kochanej małżonce, która żeby utrzymać dalej rodzinę musiała znowu podjąć pracę w swojej ukochanej ‘Hance” i zatrudnić niańkę do opieki nad trojaczkami: Magdalenką, Katarzynką i Elżbietką, która od tej pory była jego oczkiem w głowie i stała się powodem źle skleconej rodzinnej rzeczywistości. Jej szczęście niepamięci o ojcu wynikało zapewne z dobrobytu, jakim ją obdarował i opowieściach matki o jego wybornej roli w tworzeniu rodzinnego stadła. Cała pozostała piątka łącznie z Romanem nie zapomniała Elżbiecie krótkiego, pięcioletniego eldorado, jakie stworzył jej ojciec. Doprowadziło to po jego śmierci do podziału uczuć, a mała, przewrotna rozpustnica została pozbawiona przywilejów i nie mogąc znieść upokorzenia wstąpiła w szeregi urszulanek, pokutnych zakonnic cierpiących z braku bogactwa. Zamarłe kontakty podsycał najstarszy syn Mirosławy wypominając matce wychowawcze tortury, kiedy mając trzy latka, ojciec posadził go na piec, a właściwie na płytę kuchennego pieca. Ogień strawił jego granatowe flanelowe spodenki i przypalił pośladki, po których blizny przypominają o tamtym zdarzeniu i o miłości ojca do pierworodnego syna.
Zresztą najstarszy syn Mirosławy, chyba w podzięce losowi za barwne dzieciństwo, doświadczał jeszcze kolejnych meandrów pragnienia ojcowskiej miłości i jego dobrodziejstw w postaci sekcji zwłok, w której musiał bezczynnie brać udział po śmierci ojca i tłumaczyć lekarzowi, skąd u jego kochanego tatusia, który nie pil, nie palił, zniszczona wątroba i śledziona jak sito, nie wspominając o nerkach, organie takim jak ich pieprzone życie namaszczone głośnymi modłami w kościelnych ławach. Ciepło życia rodzinnego, jakie zapewnił dzieciom Mirosławy jej ukochany mąż, znajdzie zapewne miejsce w ich wspólnej mogile, o której marzy tak bardzo, aby miłość jej życia tak jak nakazuje Chrystus w liście do hebrajczyków była pomniejszona o chwałę i cześć ukoronowanego przez nią samą cierpienia”. Nawiedzona swoją szlachetnością w chrystusowej miłości, co wieczór odmawiała anioł pański kończący się słowami, „Ubiorę czyste trzewiczki i czasem zniszczone dłonie i okrutne rękawiczki, ty jesteś we mnie ja płonę. Ty tylko milczysz i patrzysz i o nic mnie nie pytasz, podają twe wiotkie dłonie, nie wino, a In vino veritas”. Myślała oczywiście o nim, o Jezusie z Nazaretu, którego po czterdziestu latach odwiedził jej pierworodny synalek.
I patrzał teraz Roman na pokryte nową dachówką zakonne dachy, które przywodziły na myśl bezowocne jak we mgle msze i roztrwonione na całunie o powrót ojca, modlitwy, który ich opuścił jak miał pięć lat. Matka całą energię marnowała na kształtowanie religijności dzieci, które dzieciństwo jak senny szept męki pamiętały w odwiecznej modlitwie kościelnej zgryzoty i na stare lata olały kościół. Ciągłe myślenie przez nią o dziewicy Maryi, do której się porównywała i ciągle modliła, było ciężką zasłoną w jej rozdartym życiu i miało na celu powrót jej zalkoholizowanego męża na łono rodziny, aby w grubiańskiej i chropawej miłości oczekiwać go jak nowej gwiazdy, nowego dziewictwa i klucza do wolności, sukcesu i szczęścia. Duch kościelnego nawiedzenia przeniknął do jej domu, gdzie ultrakatolickie połajanie, jak dyscyplinka pogaństwa i wróżba wielkiej mamony dla kościoła spływał głośnymi modlitwami w kościelnych ławach na łonie rodzinnej biedy. Alabastrowe obietnice dziewicy Maryi spełniły się po ośmiu latach, gdy wrócił jej odalkoholizowany mąż, utytłany w grzechu zdrady małżeńskiej, co jej nie przeszkodziło w ratowaniu katolickiego związku, który teraz natchnięty dobrocią i refleksją pomnożył dobro kościoła o jeszcze trzy jednopołogowe owieczki, które jak kubek malin leśnych zubożyły rodzinny byt o niechciane trojaczki.

-Ale co począć – mawiał wielki guru bogactwa – jak w domu dzieci wiele to i Bóg z biedą przychodzi, ale bogactwo Boga pozostaje.

I patrzał Bóg teraz na Elżbietę, jako radosną córę kościoła i patrzał na Romana i na dwie dekady barbarzyńskiej miłości, jakie dzieliły rodzeństwo teraz nieco alkoholizowanych grzeszników, radosnej córze kościoła nie wypominając przeszłości. A przekraczali zakonne mury i przez słabo padające światło na dziedziniec Roman Pierwszy Molestowany w wieku dziecięcym, ujrzał witrażowe drzwi, a na nich przygnębionego Jezusa, jako symbol rozpasanego okrucieństwa, które tak pokaleczyło życie młodego Romeczka, jak mówiła do niego matka, której nigdy nie powiedział na „ty”. Liczył na to, że w oparach stęchłego kadzidła i widoku odrażającego krzyża usłyszy skowyt zakonnic ukrzyżowanych w sczerniałym oknie, a zobaczył blade widmo jak cień ikony na krucyfiksie posmarowanym niewidzialnymi pająkami. Przeniknął go chłód i dreszcze od stóp do głów.

Patrzał na Levina, który ziemiście pobladły ledwo trzymał się na nogach, coś mamrotał, że jeszcze nie był w tak tajemnym miejscu i boi się zhańbienia, braku erekcji u siebie i rozpasanych zakonniczek, których orgazmy są produkowane w watykańskiej fabryce, skąd dolatują czarne kruki i wydziobią jego jądra. Wwiercał się spojrzeniem w przekleństwo nieśmiertelności tego miejsca, które wyczuwał w chorobliwym smrodzie, jaki roztaczał się w kuriewnych podziemiach, a złowieszcza atmosfera, jaka zapanowała po wejściu w zakonne korytarze, oddychała przeszłością i seksualnością zakonnicy-hydry prowadzącej Elżbietę, której rozpięta do połowy bluzka pokazywała wiszący na szyi złoty krzyż wysadzany czarnymi certyfikatami podziemnego bogactwa.

Roman i Levin w zbliżonych myślach stąpali po suterenach przepychu a widząc senne bogactwo, poukręcaliby łby i zakręcili kurki dopływu mamony do zakonnej kieszeni. Chcieli widzieć w ekstatycznych drgawkach radość z upadających kościelnych wież i zbudowania nowej przyszłości bez burych ścieżek pielgrzymów, gdzie kościoły jak owcze zagony będą leżeć na zboczach gór ze złożonymi nieruchomo rękami.

Wracając do przeszłości i myśląc o tym, co księża wyrabiali z nim po religii, Roman zastygał jak szpik kostny i był tak wypalony jak mieszanka z krwi i żółci nienawiści, czuł się jak obrzezany znachor, którego życia polegały na dawaniu dupy kościelnym pedałom bez przyzwolenia. Demony, stężonym ogniem smagały jego chude ciało i biczowały strażników na górze nieczystości. Sam za swój ból smażył ich sumienia w piekielnej chrzcielnicy wrzącej ze strachu, a ich jądra na części pokrojone jak strzaskaną boską glinę widział w trumnie wąskiej jak ich katolickie mózgi. Zmuszał się, by nie pożerać ciągle własnych słów i spuszczał przed sobą oczy, gdy widział klęczących klechów i ich obwisłe brzuchy pełne pogardy i pokościelnych popłuczyn. Siedziało w nim to, że powinien zostać żoną biskupa albo nawet papieża, urodzić im kilkanaścioro dzieci i niech tatusiowie sobie pieprzą swoje bachory w imię kościelnej sprawiedliwości i doktryny piotrowo – watykańskiej. Myślał o sobie, jako o doktorze katolicyzmu, co posiada dwa ciała, dwie dusze i dwie płcie, był mężczyzną, a czuł się kobietą od czasu, kiedy katolicy zrobili z niego kobietę, uwłaczając jego młodzieńczej godności dziewictwa. Jego płonne nadzieje na sprawiedliwość pokościelnych grzeszników spełzła na niczym, jak będąc w szkole Elżbiety, gdzie sprawiedliwością bożą dzielono się jak skarbnicą pańską, dostał od matki i siostry po tak zwanym tobolskim ryju, jak go obie nazywały, kiedy w przypływie bożego smutku wyznał cierpienie i wskazał palcem na jednego z grzeszników udzielającego pierwszych sakramentów nabożnej Elżbiecie, sekutnicy pańskiej pod postacią baldachimowej sukienki.

Przekonanie, że korzenie jego dzieciństwa to zatrute pogorzelisko matczynej bogobojności, dawało jeszcze szansę na pogański stosunek do grzesznej rzeczywistości jego ojca, który w rozpustnym życiu pełnym kościelnych menstruacji cierpiał jak czarownica na miotle, co to łodygą nie włada i śle pogromy nie dając pocałunku.

Nagle zakonnica padła na kolana i w modlitwie prosiła boga o przebaczenie, że nigdy więcej nie dotknie mężczyzny ani żadnej rzeczy pokutnej.

Sparaliżowana ślepym wstydem w wulkanicznym bezwstydzie, ściągnęła habit i oczom gości ukazał się siermiężny, skórzany, nabijany ćwiekami strój uwydatniający jej piersi i mocno owłosiony przedział krokowy, który broczył bezbarwną mazią jak niewychłostane, cierpiące sado-maso w otoczeniu którego, wycieńczona drapała do krwi uda i odmawiała nowenny. I ciągnęła ich po krętych schodach, gdzie wystające nagie korzenie tworzyły wprost niewyobrażalną bryłę kruszcu.

– Czołgała się jak nieboże i ciągnęła ich w buro-ciemne komnaty coraz głębiej w otchłań nierzeczywistości. Raz krzyczeli z przerażenia, a raz milkli jak szmery drzew, aby w jękach wód oddać frasunki podłości i zniszczenia. Skowyt jej bólu, cierpień i degrengolady w niespaczonym jeszcze umyśle utykał jej zmysły tak, jakby bursztynowa komnata, o której opowiadała była wypaczeniem rzeczywistości zmysłów. Otaczała ją coraz głębiej nieświadomym pnączem i czuła się jak bursztyn płowy w orfickiej konstelacji krzyżowej o złocistym umyśle, przyozdobionym barwami bolesnej jednakowości. Przy szerokich filarach sklepienia, do których dotaszczyła swoich gości, kamiennym językiem, jak łasiczka rzekła:

– Jam orędowniczka fałszu i obłudy, poczęta z pątnika niespożytego przez wiarę naszą, co w swoich myślach wygnał mnie jak niemartwą istotę i w mych lamentach przygarnął w swym wiekuistym pragnieniu.

– Wchodzę w krainę nabożnej odnowy, aby odnaleźć zbawienie, żeby mój korytarz życia się nie kurczył i horyzonty moich myśli były skierowane ku Bogu, który wypaczył moje widzenie świata. Kotary mroku niech wyścielą apokalipsą przestrzenie i dzień sądu niech przyczłapie się do plugawych odnóży riazańskiej tajemnicy, niech światło ostatniej nadziei na kościach zmarłych diamentników odtworzy wymiary przeszłości na gruzach imperium kościelnego zła.

– Jestem nieżywy i pijany, ręce i dusza mi opadły, i co mam począć – wołał Levin – przecież twoja Elżbieta nas tutaj przywiodła. W Gruzji nie dają takich ostatnich patrzących świtów nadziei.

– Otwórzmy te zatęchłe, ozłocone kośćmi okna w tęgim odorze dopełnienia i wyciągnijmy nieckę z jej blasku. Popatrzmy na te bose skały diamentów i zgniłą czarną maż kości w wylocie u karych drzwi sklepienia – wołał nie swoim głosem.

Przewracali się wszyscy, gubiąc myśli zakazanego bytu. Zakonna siostra w otchłani potępienia wyglądała jak spieczona psia skóra otarta z kobiecości. Jej, teraz bezkształtne piersi w huczących pomrukach furczały pornografią, a uda charczały pluralizmem stęchłych wynaturzeń zakonnej rzeczywistości. I otwierali tę skrzynię oplutą zgniłą mazią i w środku ciemności widzieli tylko księżyce nierzeczywistości cierpienia i pokręconych krzywd w czarnej czerni sadzy, gdzie gdławe, pokrewne czernie dławiły dusze diamentów jeszcze niewyszlifowanych i uspokajały sumienia, żeby oddać to złoto wylane na odkupienie riazańskich grzechów przez niepokutnych pasterzy.

Kostia zwymiotował, myślał, że jest marabutem i w fantazji gry oddaje hołd wiernemu towarzyszowi rycerskiego szlaku. Czuł się jak na odpuście wróżbitów. Wiedział, że katolicyzm to pustka i próżnia umysłu, ale nie spodziewał się tak zabobonnych i sugestywnych przeżyć na tak ruchliwym szlaku karawany swojego życia. Przeżył już niejedno i widok zatrupiałych wątków przeszłości w klasztornych otrębach murów wywołał w nim przesyt rzeczywistością. Nie spodziewał się, że szkice riazańczyka, które wyrysowała przeszłość w jego głowie, zmaterializują się w tej oplutej mazią skrzyni. Alkohol szybko parował i jego meandryczna, oficerska zagwozdka postawiła ucznia Suworowa na nogi.

W napięciu oczekiwał reakcji tłumu, bo poczuł niezwykłość tego miejsca i szansę dotarcia do meandrów tajemnic riazańskiego sekretarzyka, którego poszukiwaniu poświecił połowę swojego oficerskiego życia. Przypomniał sobie ogrom prac, jakie wykonała wierchuszka KGB, żeby dotrzeć do tajemnic prawosławia, które podobno ukrywał „riazańczyk”, jak go nazywali naczelni wodzowie. Płynęły w nim zapisy „Kodeksu Nowogrodzkiego”, najstarszej księgi dziesięciowiecznej Rosji, miał ją w rękach, ale okazała się mitem, którego zdobycie pochłonęło dziesiątki ofiar w kazamatach prawosławnych zakonów. Drgało mu ciało i w pierwszym odruchu chciał włożyć rękę w otchłań kościelnej tajemnicy pokrytej ludzkim cierpieniem. Jego wiedza o „riazańczyku” nieporównywalnie była teraz bogatsza, poczuł w sobie moc dotarcia do prawdy, która nie istniała i do awansów, których go pozbawiono, kiedy w marokańskim zakonie, muekkit – duchowny astronom, oszukał jego nadzieję i wyrwał jego umysł z oblicza prawdy, że coś takiego nie istnieje i tylko jedna muzułmańska religia nie posiada rekwizytów – relikwii, o które walczą abstrakcyjni naukowcy w wymyślonych przez siebie grallopodobnych konwersjach.

Jego wątpliwości były wypisane na bosych skałach w brudnej czarnej ciągle mazi, a zamiatane ciemności w zagłębieniach zakonnej sutanny dawały szanse na dojście do drugiego pomieszczenia, które diametralnie różniło się od poprzednich i w niepowtarzalnych falach nabierały barw o nieznanych kształtach przypominających rogowaty obryt, jakby pulsujący pępek świata.

Podszedł bliżej, wzrokiem sięgnął bryły przedmiotu i wciąż się powtarzały nago-blade trupie lica i odsłonięte żuchwy z uzębieniem mowy i czuło się, że to coś przemawiało. Tylko gdzie był głos, co ginął w smaganych znojem, wygnanych przez powieki oczodołach. Błyszczały światła diamentów pokryte plastrami złotych wyrębów uzębienia, a ubytki kości gryzły i gryzły diamenty w swojej błyskotliwości, oddawały bogom byty, żeby zrobić parafrazę przymuszenia, co w orfickiej religii było regułą zniewolenia i oddania. I te oczy diamentowe patrzyły i nie patrzyły wcale, patrzyły w niego tak, jakby zamykały brylantowe powieki i udawały swoją ślepotę, a żuchwa mamrotała histeryczną czkawką i wyrywał się z niej żelazny krzyk, jakby krzyk sokoła, co imituje głosy wielorakich istot.

Nie zastanawiając się ani chwili, złapał zakonnicę za skórzane odzienie i siłą wepchnął ją na obrzeża relikwii, czując w sobie moc, jaką przywoływały do niego czuwasko-syberyjskie złe duchy. To syberyjskie nawiedzenie, poświęcone zaklinaniu przez ośmionogie plemiona budowało granice górnego świata, jaki rozsypał się dla niego po rozpadzie ZSRR, kiedy przebywał na syberyjskich stepach, chroniły przed wszelką nieczystością i wyzwalały moce mowy, mowy wyobraźni, która teraz, kiedy trzymał zniewoloną zakonnicę za grzbiet, przemówiła:

– Upadaj twarzą w dół i przyrzekaj wesprzeć mnie, jeżeli ja upadnę na wznak, obdarzam ciebie językiem pozbawionym mowy, obdarzam ciebie językiem obdarzonym wzrokiem środkowego świata, który masz oddzielić od ziemi mojej.

Po czym wciskając jej ciało w zarys relikwii, już zmienionym metalowym głosem zawołał:

– Otwieram dla ciebie wszystkie łagodne przejścia, obdarzam cię siłą chroniąca twój przód i tył, aby twoje zatłuszczone cielsko pochłonęła szamańsko-chrześcijańska rzeczywistość – i wcisnął ją jeszcze bardziej w otchłań czaszek i oczodołów.

Zniewolone ciało zakonnej erotomanki nie dało za wygraną i anielskim falsetem zawołało:

– Nasyć się pożywieniem ze świętego ogniska, ale spożywaj szybko i niech twoje pozłacane kopyta rozpalają ognisko w cieniach zmarłych zwierząt.

Roman Cupał

 

Fragment książki Romana Cupała „Królowie plagiatu”.

Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.