Bliskowschodnia „beczka prochu”.
Samowolny kandydat do pokojowej nagrody Nobla zaatakował zbrojnie Iran, chcąc wesprzeć społeczeństwo tego państwa w walce o wolność i demokratyzację stosunków społecznych. Wsparcie irańskiego społeczeństwa w tej walce z okrutną religijną dyktaturą to bardzo chwalebne działanie. Pamiętamy uliczne protesty społeczne i brutalne zamordowanie około 10 tys. protestujących przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej i oburzenie światowej opinii publicznej na takie postępowanie. Błyskawiczne i precyzyjne zabicie najwyższych władz religijnych i państwowych Iranu – wydawałoby się – powinno rozwiązać problem szybko i skutecznie Do wojny natychmiast dołączył Izrael usiłując zlikwidować irańskie bojówki Hezbollahu stacjonujące w Libanie, które stanowią stałe zagrożenie dla ludności Izraela, podobnie jak Hamas w Gazie. Niestety działania te nie przyniosły żadnych pozytywnych skutków, a tylko same szkody i w Iranie i w światowej gospodarce.
Prezydent Donald Trump, podejmując tak dramatyczną decyzję, nie kierował się ani wiedzą historyczną, ani znajomością mentalności społeczeństwa irańskiego, ani wreszcie należytym rozpoznaniem możliwości militarnych Iranu, lecz tylko emocjami i pragnieniem pomocy Irańczykom. Skutki wszyscy znamy, więc nie będę o nich pisał. Zajmę się tematami, których Trump nie wziął pod uwagę przed rozpoczęciem wojny.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych rządził Iranem Szach Reza Pahlawi, który był dość światłym człowiekiem i dążył do zbliżenia z Zachodem, bo zdawał sobie sprawę, że tkwienie w mentalności religijnej sprzed wieków nie pozwoli dążyć do nowoczesności tak mentalnej, jak i technologicznej i cywilizacyjnej. Kontra propagandowa przywódców religijnych okazała się bardzo skuteczna i religijne społeczeństwo obaliło Szacha. Idąc za ciosem, szyiccy przywódcy religii irańskiej zapragnęli rozszerzyć swoje panowanie na sunnicką resztę Bliskiego Wschodu. Spotkało się to z kontrą Iraku (wojna o Kuwejt i z Iranem przy aprobacie umownego Zachodu) i pewną separacją Iranu na sunnickim Bliskim Wschodzie. Wsparcie Zachodu dla przeciwników rozpętało w Iranie antyamerykańską i antyzachodnią propagandę, dżihad (wojna z niewiernymi) stał się obowiązkiem „prawowiernego islamisty”, a brak kontaktu ze światem cywilizowanym sprzyjał antyamerykańskim postawom. Uderzenie wojsk amerykańskich na przywódców religijnych Iranu potwierdziło w oczach Irańczyków słuszność dogmatu głoszonego przez ajatollahów, więc ludność Iranu stanęła w obronie ojczyzny i wojna kierowana dobrymi chęciami przyjęła skutki odwrotne od zamierzonych. Te skutki dowodzą, że Donald Trump ani intelektualnie, ani mentalnie nie jest w stanie prawidłowo pełnić swojej funkcji. Przypominam jego plany wojny o Grenlandię, chęć przyłączenia Kanady do USA jako kolejny jej stan, groźby pod adresem Meksyku, pretensje do NATO (układ obronny) że nie przyłączył się do agresji na Iran, szastanie groźbami celnymi itd. Itp.
Moim zdaniem najsensowniejszym rozwiązaniem irańskiego problemu nie jest wojna. W dzisiejszym Świecie naładowanym elektroniką, w którym praktycznie każdy ma komórkę i do każdego można dotrzeć z konkretną informacją, najsensowniejsze jest propagowanie nowoczesnych idei, sposobów myślenia o przyszłości, pokazywanie wolności i dobrobytu w państwach wyzwolonych ze średniowiecznej mentalności- słowem propaganda wspierająca wiedzę, postęp, demokrację i dobrobyt oraz pokojową, obopólnie korzystną współpracę między państwami. Każdy rozsądny człowiek poprze taki kierunek działań i każdy rozsądny człowiek będzie przeciwny wojnie. Gdyby Trump podjął takie działania a nie wojnę, pewnie niedługo w Iranie rządził by syn byłego Szacha, czego gorąco życzę narodowi irańskiemu.
Jerzy Chybiński
