Żołnierze wyklęci i PiS

BIULETYN BEZ TYTUŁU NEWS

W historii ludzkości tak się jakoś składa, że każda formacja czy to polityczna, czy to społeczna, religijna czy jakakolwiek inna, buduje swoją tożsamość na jakimś fundamencie, który daje jakieś oparcie i uzasadnienie swojego istnienia i działania. Dla kościoła katolickiego takim fundamentem była legenda o Jezusie i jego nauczaniu, choć szybko stał się on jedynie szyldem, a prawdziwym fundamentem stała się władza i pieniądze. Dla feudałów takim fundamentem było przekonanie (narzucone i nadzorowane przez kościół) że ich władza nad ludem pochodzi od Boga. Wyzysk kapitalistyczny też był uważany za naturalny porządek rzeczy, ustanowiony przez Najwyższego. Fundamentem bolszewizmu stały się myśli i dzieła Marksa, Engelsa (zresztą dość światłych ludzi) i Lenina a potem „twórczo rozwinięte” przez Stalina i jego następców a w wyniku II wojny światowej dotarły m.in. do Polski. Fundamentem nowej władzy stało się dobro ludu pracującego miast i wsi, co miało jej zapewnić sprawowanie władzy nieograniczone czasowo. W tym czasie na Zachodzie fundamentem władzy była wolność i demokracja oraz własność prywatna.
Ten krótki i pobieżny rys historyczny wyraźnie pokazuje, że nie ma czegoś takiego jak trwały i obiektywnie istniejący fundament, uprawniający do sprawowania władzy. Zawsze taki fundament ustanawiała aktualna władza, by uzasadnić i uprawomocnić w oczach podległego społeczeństwa sposób sprawowania tej władzy.
Najnowsza historia Polski też ma „swoje fundamenty”. Polacy, niezadowoleni z rządów „władzy ludowej”, pod przywództwem Solidarności z Lechem Wałęsą na czele (i – moim zdaniem – niemałym udziale najwyższych władz PRL, bo Gorbaczow pozwolił, ale i Wałęsa niespodziewanie zrobił sus do przodu, zaskakując chwilowych partnerów), zmienili ustrój na neoliberalny kapitalizm. Fundamentem nowego porządku stała się Solidarność na bazie wolności i demokracji. Szybko okazało się, że w Solidarności działali ludzie o dość zróżnicowanych poglądach na przyszłość kraju. Start w nową rzeczywistość rozpoczął się „wojną na górze” i ze zmiennym szczęściem ta wojna trwa do dziś. Ostatnie wybory wyłoniły zwycięzcę nowego rozdania, czyli PiS pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego, a trudno wymagać, żeby zwycięzca opierał swą władzę na fundamencie pokonanego wroga. Trzeba więc ten fundament zniszczyć i wykreować nowy. Rozpoczęto więc bezpardonowy atak na filar demokracji, czyli Trybunał Konstytucyjny i na wolność mediów oraz na ikonę Solidarności – Lecha Wałęsę (czy Lech miał coś za uszami 45 lat temu, gdy był tylko prostym robotnikiem, dziś jest bez istotnego znaczenia). Jarosław Kaczyński i jego przyboczna świta zdają sobie sprawę, że zawłaszczenie Solidarności jest niemożliwe, bo szef PiS nie ma kombatanckiej przeszłości, rodzina też nie (może trochę nieżyjący brat), więc na bazie „polityki historycznej” – cokolwiek to znaczy – wymyślono nowy fundament: patriotyzm bogoojczyźniany i żołnierze wyklęci na jego cokole.
Ponieważ po roku 1945 (wcześniej też) historię Polski pisano pod zapotrzebowanie aktualnie rządzących, konieczne jest przedstawienie prawdziwych faktów.
Już w roku 1943 w Jałcie a potem w Teheranie, przywódcy USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR ustalili powojenny ład w Europie, zgodnie z którym Europa Środkowa, w tym Polska miały znaleźć się w strefie wpływów bolszewickiej Rosji. Wprawdzie rząd polski w Londynie próbował wpłynąć na zmianę tych ustaleń, intensyfikował walkę zbrojną w kraju i na Zachodzie stając się czwartą siłą zbrojną w koalicji antyhitlerowskiej, ale bez oczekiwanego rezultatu. Sprawa Polski była przegrana. Pozostało tylko walczyć o zminimalizowanie strat ludzkich i materialnych. Temu celowi miał służyć rozkaz zabraniający walk powstańczych w Warszawie. Rozkaz złamano, w efekcie czego zginęło 20 000 młodych patriotów z armii powstańczej i blisko 200 000 ludności cywilnej. Stolica uległa zagładzie a prawie milion warszawiaków wygnano na tułaczkę. Gdy Armia Czerwona ruszyła z ofensywą styczniową, widząc bezsens dalszej walki i chroniąc żołnierzy AK przed niepotrzebną śmiercią i prześladowaniami, Naczelne Dowództwo w styczniu 1945 roku wydało rozkaz o samorozwiązaniu wszystkich sił zbrojnych. Znowu znaleźli się tacy, co rozkazy mieli w nosie, bo siedząc w leśnych kryjówkach uważali, że wiedzą lepiej i są mądrzejsi od przełożonych. Kiedyś taka samowola w wojsku nazywała się warcholstwem i była karana śmiercią.
Walka garstki szaleńców z nowym, komunistycznym wrogiem, bez jakiegokolwiek zaplecza materiałowego, z dala od ośrodków miejskich, gdzie stacjonował wróg, bez poparcia wiejskiej ludności, która miała dosyć wojny, była fikcją. Cała działalność sprowadzała się do walki o przeżycie, o jedzenie, o w miarę bezpieczne schronienie. Żywność i odzież zdobywano rabując miejscową ludność a opornych często mordowano. Ludność zagrożona taką działalnością „leśnych ludzi” niejednokrotnie wzywała władze na ratunek, narażając się na oskarżenia o donosy i współpracę z komunistami, co prawie zawsze skutkowało brutalną zemstą. Prawdą jest, że nowe władze – oprócz organizowania powojennego życia na nowych zasadach opartych na własnych fundamentach – wyłapywała nie tylko leśnych, ale także nieaktywnych, byłych oficerów AK jako potencjalnych wrogów nowej władzy. Większość zginęła, często nie wiadomo gdzie, kiedy i jak. Część ściganych nie miała innego wyjścia, jak schronić się u leśnych, co nakręcało spiralę terroru władzy i zbrojną reakcję ściganych.
Były to bardzo trudne czasy, trudne wybory postaw i czynów i nic nie było czarno-białe. Decyzja Naczelnego Dowództwa o samorozwiązaniu i zaprzestaniu walk miała na celu uniknięcie takich sytuacji i nie dawanie pretekstów usprawiedliwiających brutalną reakcję.
Niestety, niektóre działania „leśnych ludzi” do dziś budzą grozę w wielu regionach kraju. W miejscowości leżącej w Białostockiem, jeszcze przed nadejściem Sowietów, w puszczy ukrywali się miejscowi Żydzi z całymi rodzinami. Pewien członek lokalnego zbrojnego oddziału chadzał do lasu i dla „rozrywki” strzelał do ukrywających się ludzi. Zabił m.in. znaną mu kobietę i jej córeczkę. Po wojnie sąd skazał go na sześć lat więzienia. Powinien dostać „czapę”. W latach dziewięćdziesiątych został ‚zrehabilitowany i dostał sześćdziesiąt tysięcy zł. odszkodowania jako ofiara stalinowskich represji. Ostatnio w prasie jeszcze niezależnej sporo się pisze o zbrodniach tych, których dzisiaj nazywa się „żołnierze wyklęci” i stawia się im pomniki, jak np. bandycie Kurasiowi ps. Ogień, grasującemu na Podhalu. „Bury” i „Łupaszko” mordowali ludzi tylko dlatego, że byli wyznania prawosławnego. We własnej obronie wskazywali władzy, kto ich morduje, więc byli winni zdrady i współdziałania z UB, więc tym bardziej byli prześladowani.
To były trudne czasy. Sześcioletnia wojna zdemoralizowała wielu, bo strzelanie do ludzi, choć wrogów, zobojętnia na zabijanie. Takie są skutki każdej wojny, bo każda wojna jest niemoralna i wielu demoralizuje. Niezależni badacze tamtego okresu szacują, że żołnierze wyklęci to w większości młodzi ludzie, którzy w dorosłość wchodzili walcząc w partyzantce i nie potrafili żyć cywilnym życiem. To tez jest demoralizujący skutek wojny. Tym bardziej, że wtedy nastąpiło zderzenie Polski przedwojennej z nową Polską komunistyczna i nic nie było jednoznaczne i oczywiste. Także moralność. Tyle dygresji historycznej. Wróćmy do teraźniejszości.
Zastanawia mnie, dlaczego Jarosław Kaczyński za fundament swoich rządów wybrał właśnie tamte czasy i właśnie takich ludzi, których nieposłuszeństwo rozkazom (warcholstwo) wówczas musiało zaprowadzić do zbrodni i śmierci, bo innego wyjścia nie było. Wielu współczesnych analityków na łamach prasy zastanawia się nad sposobem myślenia przewodniczącego PiS. Już prezydent Wałęsa wyrzucił go ze swego gabinetu zarzucając mu destrukcję. Cała jego polityczna działalność to wprowadzanie rozłamu w społeczeństwie, dzielenie Polaków na lepszy i gorszy sort, niejasna jest przeszłość tylko jego wrogów ale zabrania szperać w życiorysach swojej rodziny. Cała ta gra esbeckimi teczkami, czyli historią, służy wyłącznie jego narracji, bo tego, co było już nic nie zmieni.
Widzę w tym działaniu pewną skazę istniejącą w nas – Polakach, przekazywaną z pokolenia na pokolenie: zamiłowanie do warcholstwa, które jest rozumiane jako pewien rodzaj bohaterstwa, a najczęściej tworzy destrukcję tak dzisiaj, jak w 1945 roku, jak w 1944r. w Warszawie i w każdym innym czasie.
Jerzy Chybiński

1 comment for “Żołnierze wyklęci i PiS

  1. Bruno
    2 marca 2016 at 19:12

    Historię jak od dawna wiadomo piszą zwycięzcy. Nie po raz pierwszy też w ujęciu historycznym przestepców stawia się na piedestalach. Tym łatwiej jest to robić, kiedy kwalifikowanych przestepców mozna umieścić dla niepoznaki miedzy ludźmi niewinnymi, a snop światła rzucic na tychże przestępców. Miejmy jednak nadzieję,że chwilowi zwycięzcy wylądują w końcu tam, gdzie jest ich wlaściwe miejsce czyli na historycznym śmietniku. Będzie wówczas czas na pisanie prawdy na którą na razie nie ma miejsca na szerokich publicznych forach.Pomimo niebylejakiego obecnego bezprawia pierwsze jaskółki już można zauważyć, chociaż są one słabo dostrzegalne na pierwszy rzut oka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *