Jednak państwo potrzebne

Kapitaliści, a zwłaszcza neokapitaliści, przez ostatnie kilkadziesiąt lat przekonywali, że im mniej państwa, tym dla gospodarki lepiej. Twierdzili, że państwo tylko przeszkadza, bo narzuca różne regulacje, normy, zasady, które krępują swobodę gospodarowania, a przecież rynek sam wszystko wyreguluje. Nie wiem, czy rządy różnych państw w minionych dekadach podzielały ten pogląd z całym przekonaniem, czy poszczególni jego członkowie byli „przekonywani” odpowiednimi gratyfikacjami, ale takie stanowisko dominowało w gospodarce światowej. Każdy, kto miał inne zdanie, był „lewakiem”, „komuchem” czy wręcz idiotą. Na skutek dominacji tej doktryny nad zdrowym rozsądkiem, nastąpiło olbrzymie rozwarstwienie dochodów społeczeństw; ci co wytwarzają dochód, czyli olbrzymia większość, cierpią niedostatek a nieliczna mniejszość, ta, która nic nie tworzy, tylko przechwytuje lwią część dochodu wytworzonego przez innych, posiada kilka razy więcej pieniędzy, niż wartość światowego PKB. Wraz z upadkiem „komuny” doktryna neokapitalizmu zawitała do Polski. Państwa było coraz mniej, fortuny nielicznych coraz większe a bieda większości coraz większa. Wprawdzie oficjalne dane statystyczne pokazywały jak „krzywa rośnie” (ulubiony zwrot Gomułki), lecz do statystyki brano tylko wysokie i bardzo wysokie dochody około 50% bogatszej części społeczeństwa, a bezrobotni, „samozatrudnieni”, zatrudnieni na umowy śmieciowe, czy pracujący w małych firmach o małym dochodzie i małych płacach, do średniej nie byli liczeni. Od początku polskiej „demokracji” we władzach różnego szczebla oraz w ławach sejmowych zasiadają ludzie często o dość dziwnych poglądach, wiedzy i inteligencji, jak np. wicepremier Goryszewski, który chciał „zburzyć wszystko, co komuna zbudowała i Polskę budować od nowa”. Udało się częściowo zburzyć zakłady pracy, ale na szczęście nie zburzono domów mieszkalnych wybudowanych za PRL-u, natomiast udało się zdecydowanie ograniczyć budownictwo mieszkaniowe do poziomu potrzeb najbogatszych. Około połowy Polaków nie stać na kupno a nawet na wynajem mieszkania na wolnym rynku. Z tego powodu ponad 30% ludzi w wieku 30 lat musi mieszkać z rodzicami. O założeniu rodziny i o dzieciach mowy być nie może. Z innych polityków warto wspomnieć posła, który lamentował, że za 9 000 złotych żyć się nie da (co najmniej połowa Polaków musi żyć za mniej niż 2500 zł). Niedawno sam urzędujący prezydent przekonywał publicznie, że mieszkając w rządowym mieszkaniu z czynszem 1000zł i pensją netto 7000zł. nie da się przeżyć miesiąca. Od roku 1989 Polską rządzą ludzie zupełnie oderwani od rzeczywistości, w której żyją Polacy. Ludzie, którzy potrafią dbać tylko o własny interes i o interes partii, do której należy i która – gdy jest u władzy – sprzyja interesom swoich członków. Obiektywny interes kraju i interes pospólstwa mało się liczył, bo „państwa miało być jak najmniej”. W takiej sytuacji nadeszła pandemia koronawirusa.

Okazało się, że ani rząd, ani samorządy zupełnie nie były przygotowane na taką sytuację. Nie było żadnych planów działania, żadnych rezerw niezbędnych materiałów i urządzeń medycznych, bo za komuny były, ale co komunistyczne, to trzeba było zlikwidować. Żeby nie być gołosłownym przytoczę autentyczny fakt, bo sam brałem w tym udział. Otóż w latach osiemdziesiątych ub. wieku pracowałem we wrocławskim Zespole Opieki Zdrowotnej. Do moich obowiązków należało m.in. zabezpieczenie kadrowe militaryzowanego na wypadek zdarzeń nadzwyczajnych Oddziału Pierwszej Pomocy Medycznej i ścisła współpraca z szefem zakładowej obrony cywilnej. Współtworzyłem z nim plany działania na wypadek różnych hipotetycznych zagrożeń – w tym epidemiologiczne – i mapy ich ewentualnego zasięgu. Miejska Obrona Cywilna decydowała jaki zakład pracy w jakich zagrożeniach miał zapewnić niezbędny sprzęt, materiały i ludzi. Ja sam rysowałem mapy na wypadek powodzi, jej spodziewany zasięg przy różnym natężeniu opadów i plany zabezpieczenia medycznego, a miejska OC ustalała odpowiedzialnych za różne odcinki. Po zmianie władzy, na dwa lata przed „powodzią stulecia” ówczesny prezydent Wrocławia Bogdan Zdrojewski uznał te plany za „wymysł komuszy”, przeznaczył je na przemiał a zakładowe obrony cywilne zlikwidował. Gdy nadeszła powódź, nastąpił na początku wielki chaos a sposoby przeciwdziałania były organizowane na gorąco, bez przygotowania fachowego i bez fachowych kadr. W telewizji pokazywano umordowanego Zdrojewskiego kładącego worki z piaskiem a w różnych punktach miasta dowodzili akcją ci, co najgłośniej krzyczeli. Zamiast skanalizować i przyśpieszyć przepływ wody, w wielu miejscach worki kładziono w poprzek nurtu zatrzymując ją na długo w mieście, powodując tylko większe szkody. Niezorientowane społeczeństwo uznało Zdrojewskiego za bohatera, co umożliwiło mu dalszą karierę polityczną.

Opisuję tamte zaszłości tak szczegółowo dlatego, że dzisiejsza pandemia koronawirusa także zaskoczyła państwo polskie, zupełnie do tego nieprzygotowane, bo nikt o takim i innych zagrożeniach wcześniej nie pomyślał i kraju nie przygotował. Całe przeciwdziałanie jest organizowane ad hoc i na kolanie, bez rezerw niezbędnych środków i materiałów a Andrzej Duda robi sobie darmową kampanię wyborczą, jak niegdyś Zdrojewski.

Obecna pandemia ma olbrzymi wpływ także na gospodarkę. Biznesmeni – niepomni dawnej doktryny że jak najmniej państwa – żądają wręcz od rządu podjęcia działań ratujących ich firmy przed bankructwem. Twierdzą, że to państwo ma obowiązek wziąć na utrzymanie ich pracowników niepracujących z powodu kwarantanny czy opiekujących się dziećmi pozostającymi w domach. To żądanie „więcej państwa” rozlega się nie tylko w Polsce, lecz także – a przede wszystkim – w bogatych państwach zachodnich. Sądzę, że jest to zwiastun ery innego myślenia o gospodarce, społeczeństwie i roli państwa jako regulatora i nadzorcy nad wszelką działalnością. Niebezpieczeństwem jest możliwość przechwytywania władzy przez różnych satrapów, którym wydaje się, że wszystko wiedzą najlepiej i nikt ich nie ma prawa kontrolować, czyli może to być zagrożeniem dla demokracji.

W dzisiejszej sytuacji trudno nie odnieść się do destrukcyjnego działania polskich hierarchów kościelnych, którzy z całą perfidną świadomością przyczyniają się do rozprzestrzeniania się koronawirusa wmawiając naiwnym baran(k)om, że w kościołach jest Bóg a nie wirus. Obowiązujące w Polsce prawo umożliwia przywołanie ich do porządku, bo dobro Polaków jest ważniejsze niż ich pycha, władza i mamona, czyli ich prawdziwa Trójca Święta.

Pandemia pokazała też że bez współdziałania wszystkich państw walka z tym – i innymi – zagrożeniem jest bardzo utrudniona. Znowu okazało się, jak bardzo potrzebny jest jeden ośrodek decyzyjny, który koordynowałby niezbędne działania, a nawet miał prawo i środki ich wymuszania.

Jeśli miałoby to doprowadzić do powstania Federacji Europejskiej, to jestem „za”.

Jerzy Chybiński


Źródłem obrazków w poście jest Wikimedia Commons

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.