Królowie plagiatu: fragment 2

MARINOLAND

Płyn winny, który wypił, zmienił jego świat i punkt widzenia na rolę trębacza w polskiej rzeczywistości. Otaczali go teraz wytatuowani zakonnicy, a on widział w nowych snach potęgę Rosji lub Polski, tego już sam nie mógł zrozumieć. Stał na piedestale wśród tłumów robotniczych Syberii i cytował jakiegoś polskiego powstańca z lat trzydziestych minionego wieku i za nim powtarzał:

 „Nowa Polska wkrótce, jak Europa Nowa będzie wspólna i ludowa,
I zobaczy cały świat, Europejski Związek Rad.
A na fladze postrzępionej gwiazdki staną się czerwone.
Gdzie problemy, tak jak korce się rozwiąże przez aborcję,
Taki jest nasz brat, taki będzie świat”.

I płynął wśród tłumów otchłanią przeszłości, gdzie dowcipy o zaborcach, każdy Polak znał, i tylko jakieś mendy polityczne przywłaszczały sobie ich przesłanie, jak wałęsowskie gadulstwo.
Bo, gdy Marin, miał dziesięć lat i dla zabawy rakietki składał, niezwyciężona Armia Radziecka, w marszu na Czechosłowację chciała zmienić pogodowy ustrój tego kraju i stłumić Praską Wiosnę. Sowieckie czołgi akurat przemierzały miejscowość nad zalewem Zegrzyńskim, gdzie spędzał wakacje z rodzicami w ramach wymiany obywatelskiej kultury myśli twórczej.

I mały Marinek, nieprzyklejony do zbawców cenzury w dialogu ze znajomymi swojej matki z radością odpowiadał na pytanie:

– Gdzie jedziesz chłopcze?

– Do Sieellocka.

-Tak? A po co?

– Żeby zobaczyć, czy Ruscy mają rogi pod hełmami.

I wtedy, kiedy czerwone ulice szlochały, oni śmiechem poparzonych słów zrywali boki, doznając czkawki z rechotu historii: jak płatni, chorzy na pychę agenci Mosadu z Matką Boską w klapie, jak sławni prostacy, grypsujący na podpisanych kwitach łamaną polszczyzną udawane zwroty, które w przefarbowanej na czarno histerii, udostępniły pusty odcinek życia między pokarmem, a kałem, wsysając w siebie udawane społeczeństwo zamienione w kabotyńskich hipsterów i nieudawanych idiotów, omijając naznaczonych Brajlem, Sybiraków, którzy zza drutu kolczastego pozdrawiali duszę towarzysza cara traktując go, jako swojego prokurenta.

A mocno już nawiedzony i przedmuchany na wylot Marin, nie zakrywał oczom gazet, tylko podniesionym głosem wmawiał sobie i społeczeństwu polskiemu, że od dwudziestu już prawie lat udaje się uwodzić rodaków tym, że Polacy obalili komunizm, a to był tylko handel watykańskich łapsterów z białymi murzynami. Wiecznie nasza ziemia za wieczne odkupienie dla santo totamto, którego steru nie wyrwie już nikt, a każdy, kto przeprosił solidarność został łajdakiem i słyszał w oddali głosy tak namacalne, że czuł się zaszczycony medalem czy orderem nabytej prawdy, bo tylko ten godzien jest życia, który zza grobu wychodzi wciąż żywy i cudzego bytu nie widzi. A my, tacy owacy słyszymy tylko wycie z prezbiterium do naszych wiecznie niedomytych uszu o świadomości prawdy i harmonijnym układaniu działalności ambonnej z aktywnością medialną, bo kroki obłąkane wciąż wieszają pętle na szyje tych, którzy nieufnie odnoszą się do sakramentów świętych. Jak długo jeszcze parciane towarzystwa ślepej wiary i szmaragdowej łagodności będą żądały daniny składanej z gwiazd i rozmodloną stanowczość osmolą liczbami i słowami figurek zakrapianych śliną z jadem?

Zębami zadzwonił z zimna, wyrwał myśli z zadumy i usłyszał definicję przeklętego biurokraty w zakonnym mundurku.

– Dlatego też my w imieniu pana naszego i jako sąd kapturowy, uznajemy postępowanie zniewolonego, jako rachunek krzywd za gnębienie i dyskryminowanie wierzących w czasach PRL-u za niewystarczające i więcej nie narażamy wielebnego naszego brata na znoszenie ideologicznej pokuty, przez co brat zostanie wyróżniony krzyżykiem w postaci tatuażu, jaki noszą nasi bracia i noszą dzieci pokutne tej okrutnej epoki.

Po czym Marin, sam nie wiedział jak odnalazł się na drodze pełnej plemników wspomaganej modlitwą, na drodze ku zapłodnieniu in vitro i zdegradowany, wypił szklanicę wina i użył słów, które były pokutą jego marzeń!

– Rozczochrany wędrowiec bez pokutnej szaty, to ja, wasz wielebny i oddany szatan, stoję w rozkroku nad waszymi modłami i ascetycznie przyglądam się bardowym piruetom, jako prezes wielkiej firmy, który w rozpasaniu swojego ubóstwa zapomniał wypłacić pracownikom mamony. Oddajcie mi moje ruble, a zapomnę o wszeteczności tego wydarzenia, oddam wam jeszcze na chwilkę swoje jądra, żebyście wyssały do cna soki waszego kuriewstwa. Traktujcie to jak granie na trąbce, żeby wasze zdębiałe języki służyły krużgankom zakonnym za penisoidalny zachwyt w waszych dziurotworach, z których korzystacie bez umiaru. Ja, napojony zakonnym płynem trębacz, doznaję olśnienia, na które patrzę raz z zachwytem, a raz z przerażeniem. Kawałki kości pokrytych diamentami, które tu zobaczyłem niech spoczną w waszych zakonnych jamach, a nie w mojej dziurze odbytowej, za którą zatęsknicie.

– Pełzajcie za mną, liżcie moje rany, rany odkupiciela wędrowników, aby w waszych waginalnych roztworach, ubogi szatan, w nieokrzesanych konwulsjach, doznawał smaku rozgrzeszenia i czołgał wasze dusze, a wy… – i tutaj nie dokończył, bo nagle usłyszał jeden chóralny głos!

– Ty wielorybie tyranii, będziesz naszym panem, zrobimy z ciebie szlafrok i będziesz okrywał nim nasz obłudny stetryczały świat i nie znajdziesz nigdzie tak jak u nas radości odprężenia, a noce świętych będą przygrywką do nocy boskich atrybutów wszeteczności tego świata, jak zapleciony warkocz niepokalanego poczęcia Maryi, cnotliwej poganki, utopionej w miłości grzechu.
Po czym, rozczochrany wędrowiec okryty został zakonnymi łapskami i źle upudrowany spoczął w zakonnej szkatule o riazańskim namaszczeniu.

OGRODY WOLNOŚCI

W jednym czasie myśleli w trwodze, o przepływie korzyści i niespożytej chciwości czarnych charakterów, pragnęli się spotkać, lecz wspólna walka dodawała im sił do bycia przewrotnością religijnej wstrzemięźliwości, kropili mocno wódę i rozliczne roztwory żeńskiej namacalności, ale nie potrafili wyjść poza nawias strategii w demokratycznym Tarencie, gdzie wędrówka dusz pojmowana, jako przechodzenie w inne ciała, potrafiła stworzyć w ich umysłach jedność myśli i postanowień w czasie i przestrzeni. Stąd te zakony i nierozerwalny związek z poszukiwaniem riazańczyka. Jeden błądził, drugi był trudzikowcem, obaj kierowali się „ogismosem” – rozumem, kierowanym przez wiedzę, przez marksistowsko-swołoczowski paradygmat biblijny, który miał tyle wspólnego ze sobą, co palec z bożych jajec i palce z jąder pingwina. Stawali jeden nad drugim bez wzajemnej nienawiści pokazując wyższość męskiego bidetu nad wysokim obrzeżem pisuaru żeńskiego.

Czas pokazał, że Kostia i Marin, to dwa nawarstwienia buraczanej, prawosławnej religijności, która ciągnęła zakola realizmu radzieckiej namacalności i nie pozwalała dorosnąć do zburzenia własnej słabości w otrębach pokuty wierności, w której realny socjalizm mieszał się z bezbożnością – ku chwale ojczyzny towarzyszu generale lub towarzyszu pierwszy sekretarzu. A teza, aby ojczyzna rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej nagradzała niepokornych i krnąbrnych, ambasadorowaniem w stolicy Piotrowej. Obaj dostali nakaz powrotu do rozmów z własnym bogiem, jako kreatywnym manipulatorem nieścisłości pomiędzy katolicko-prawosławnym pojednaniem, a wywrotowym językiem myśli marksistowsko – putinowskiej. I tu i tam były tak zwane szwenda i bratobójcze walki, i tu i tam dochodziło do dzielenia się opłatkiem i jajkiem wielkanocnym, żeby później telewizja mogła pokazać, kto ma dłuższego kutasa i na jakim odcinku. I tu znowu była powtórka, bo padały ciągle te same pytania.

– Proszę państwa, czy na tym odcinku wszystko jest już zmanipulowane, a czy na tym odcinku proszę państwa zostały dokonane właściwe korekty?

A my, władza, odpowiadaliśmy wtedy z całą odpowiedzialnością, że na tym odcinku wszystko już zostało zmanipulowane, wiedząc, że na tym odcinku zostały dokonane korekty i zmiany, jako zmiany korekcyjne. I tak to się toczyło, żeby jeden kłamał, a później okłamywano jego, żeby jeden mówił prawdę, a prawdy nigdy nie doświadczając, doczekał emerytury, żeby prawdy doczekać, ale przychodziły chwile, kiedy wszystkie prawdziwe kłamstwa w jednej chwili zbiegały się do mnie, żeby nie umierać w pustce, którą towarzysz Roman Ce. były aparatczyk polskiej młodzieżówki, zmieniał na rocznicowych przemówieniach pod postacią „Dnia Hutnika”, nie w parominutowe wygwozdki do przedstawicieli władzy, ale walił prosto z mostu:

– Po co nam ten pomnik próżności, po co nam hektary ziemi niczyjej, wysypanej na kopcu towarzysza Wiesława w centralnym miejscu miasta, kiedy odłogiem leżą pokłosia nieskoszonych traw do realizacji czynów niespołecznych?

I nie wszyscy na tym odcinku dostawali zadyszki, bo na tym odcinku proszę państwa nie było możliwości, były wytyczne, były sztandary i była poezja, o jakiej dzisiaj nikt nie śmie zamarzyć. A te dziewczyny sprowadzane do hotelu Polonia, jak rozkładówka poczytana w czerwonych krawatach prowokowały mistrza satyry w ogólnopolskim dzienniku, w konfirmacji zdarzeń do riposty „bądźmy z nimi do dnia, tylko nie siewodnia”, i czerwone bractwa kurkowe chowały talony na projektowane wtedy telefony komórkowe i zachwaszczały dane przesyłowe do wielkiego brata, i to się kochało, i kochało się kobiety w halkach, w podwiązkach i w podnóżkach i w myśli bez skazy, a życie pisało wciąż bohomazy. Kabaret wciąż krążył w umysłach przyszłych demokratorów, z których głasnosti łamały się życiorysy.

Życiorysy upodlenia, upodlenia ku czci!!

KASETOWANIE

Aleks stanął jak wyryty dekalog na postumencie braila i nie mógł uwierzyć własnym oczom.

– Job twaju mać – żachnął się do siebie – toż to bus, który nas przywiózł.

Szukając Kosti, na zakonnym dziedzińcu kurii, zobaczył poszukiwany od miesięcy pojazd. Nie zastanawiając się ani chwili, podszedł do kierowcy i zapytał o drogę do Riazania. Zdziwiony kierowca, nieco ospale wydukał, że siewodnia Riazań jest nieaktualny, a bilety można kupić tylko na wagzale w Moskwie.

Aleks bez namysłu przyłożył mu repetę i szafior w mgnieniu oka zmiękł jak mleczny pies.

– Dla kogo pracujesz i kto tobie płaci ty mendo riazańska? – pytał trzymając za jaja nieznajomego.

– Ja dla nikogo nie pracuję, ja tylko szafior, jeżdżę tam i z powrotem – zamamrotał. – I co ty mnie od mend wyzywasz – ryknął na Aleksa. – Jaż nie menda tylko mnich na dorobku cerkiewnej tułaczki i mnie trzeba nową cerkiew postawić, a Rosja to nie Polska, że państwo na kościoły, niebiednym daje, więc ja muszę sam z kolegami mnichami grosz zarabiać dla postawienia cerkwi. I czemu ty mnie tak stargał, ty przebrzydła świnio – ciągnął cerkiewnym głosem.

I jeszcze raz nieznajomy dostał repetę w splot słoneczny i zaniemógł na dłuższą chwilę, po czym już bez chwili ociągania zarecytował sloganopanoramicznie językiem drogi krzyżowej.

– Wypierdalaj!

No i to skromne słówko pogrążyło pana mnicha razem z samochodem, którym Aleksander przez nikogo niezauważony wyjechał z dziedzińca chyba najbardziej strzeżonego miejsca w mieście tumskim.

Wiedziony instynktem aparatu władzy Aleks, pojechał do lasu i starym syberyjskim zwyczajem wyrzucił mnicha z samochodu, wykopał dół na metr głęboki, włożył gościa do rowu, obłożył trawą i zasypał tak, żeby mu głowa wystawała. Podpalił obok niego krzyżyk z wizerunkiem świętego Błażeja, którego ruchanie w dupę kościelnych prawodawców było normą i oddawało ducha prawosławnej rzeczywistości.

– No i co ty kutasie, chcesz spierdalać, czy mam ci osrać twój prawosławny łeb? – A może chcesz spróbować zająca?

Mnich milczał jak zaklęty.

– Zawiozę ciebie do specjalnej restauracji, gdzie zrobią z ciebie mamałygę i ślad po tobie zaginie. Popatrz sobie ostatni raz na zielone drzewka i roślinki i na trawkę zieloną sobie popatrz. Jutro po ciebie wrócę i urządzę tobie, ty psi swędzie pogrzeb, jakiego jeszcze nikt w twoim kraju nie przeżył, urządzę ci pogrzeb kasetowy i ślad po tobie zaginie. Opowiem tobie teraz jak to będzie wyglądało, więc słuchaj uważnie, bo czasu masz mało. Jeszcze dzisiaj załatwię akt zgonu i jutro na twoje zwłoki, przykleję nalepkę z kodem kreskowym, po czym przyjedzie ekipa z tak zwaną trumną kasetową wykonaną z pięknej połyskującej blachy kwasoodpornej. Panowie rozbiorą zwłoki do naga, usuną z ciebie protezy, implanty, rozruszniki serca i aparat słuchowy, jeżeli to posiadasz w swoim popsutym ciele. Zwłoki położą na stalowym stole wyposażonym w jezdne nóżki, które są zarazem dnem trumny i śrubami przykręcane jest blaszane wieko. Później przyjdzie ksiądz albo jakiś inny kaznodzieja, żeby odprawić stosowne obrzędy. Po ich zakończeniu kasetowa trumna z tobą w środku zawieziona zostanie do zakładu utylizacji. Podwiesza się ją tam pod suwnicę na haku. Suwnica przenosi kasetę nad specjalny kilkusekcyjny destruktor. Pod wpływem grawitacji ciało się wysuwa i wpada do pierwszej sekcji. Tu hydrauliczne łamarki łamią kości i miażdżą czaszkę. W kolejnej sekcji do pracy przystępują wysokoobrotowe piły tarczowe. Siekają zwłoki na kawałki wielkości steków wołowych. Steki trafiają następnie na przekładnię ślimakową, która przeciska mięso ludzkie przez wirujące ostrza. Tak rozdrobniona masa zamykana jest w kotle. Przez dwanaście godzin podgrzewana jest parą i mieszana z twoimi wierzeniami. W kolejnym stadium poddawana jest zgniataniu oraz podgrzewaniu do ponad stu stopni Celsjusza w celu wytopienia tłuszczu. Spływający tłuszcz gromadzi się w cylindrycznych zbiornikach. Gdy masa jest odtłuszczona, ma wilgotność i konsystencję fusów z kawy – podgrzewana jest ponownie do kilkuset stopni i wolno mieszana. W ten sposób powstaje mączka mięsno-kostna, która pakowana jest w dwudziestokilogramowe worki i dystrybuowana, jako dodatek do pasz dla kurek i świnek, a z wytopionego tłuszczu robi się smary techniczne.

– I tak, taka swołocz jak ty, mnich, będzie służyła, jako smar techniczny. Acha! Jeszcze wierszyk ci powiem ostatni,

„Poległym cześć ich pamięci, salwa i werble na placu ludowym
O zmarłych wspomnienia, rodzinie ład po pogrzebie kasetowym”

Stanisław Zając to wymyślił, znacie go z waszych bajek, wy, wilki nienażarte!

I niewiele się zastanawiając, pojechał po kolejną ofiarę złożoną na fali transformacji ustrojowej, a myśl o sekretarzyku riazańskim stała się jego przewodnią myślą, tak jak myślenie o dobrobycie narodu, narodu, co robił za marny grosz u polskich krwiopijców z „eską” w umyśle w centralnym punkcie miasta, pomiędzy piłsudczykiem a wielkim polskim królem.

A przyjechał w końcu w ten bezład bezkomórkowy, co w jego mniemaniu miał być pierestrojką i lepszym socjalnym ustrojstwem budującym „zarobkowiczostwo” w najlepszym wydaniu. Już dostanie roboty, tak się Aleksowi na początku wydawało w tak znamienitym miejscu, miało stymulować jego materialne działania obrazujące nawarstwienie ekonomicznych walorów transakcji. Po cichu, ale głośno, żeby wszyscy wiedzieli, jaki ja ważny. I w duchu zadawał sobie pytanie.

– Dlaczego ja mądrzejszych od siebie nie posłuchałem, że Czesiek z tej roboty zrezygnował! A teraz wiedział, dlaczego.

Aleks, jak wjechał na tą centralną w swoim życiu budowę, to liczył straty nie tylko pieniędzy, ale przede wszystkim straty substancji robotniczej, której ubywało, bo nie chcieli w tym parszywym miejscu, jak mówili, „niewolniczyć”. Bezhołowie inżynierskie, czepiające się poruszania po tym piedestale żydowsko – niemieckiej przeszłości gówna, utrudniało prace na tyle, że nie wiedzieli, czy mają pracować, czy przestrzegać przepisów bhp, które były wyznacznikiem dotrzymania terminów, a co się później okazało przeciągnęło budowę o ładnych parę miesięcy.

Przywiózł teraz ze sobą nawet dwa baniaki wody, bo chłopaki nie mieli gdzie się umyć, a na tysiąc pracujących osób, dwa kible to i tak chyba za dużo, bo sikać można w butelki, a drugi komponent, brąz fizjologiczny, niech zostanie na kontach panów prezesów, bo koszty jego ponoszenia wyraźnie przekraczały i tak osrany pomysł zrobienia z zabytku dochodowej galerii. Zresztą, mało obchodziło Aleksa to, czy galeria będzie dochodowa, dochodowe miało być jego i jego ludzi przetwarzanie polskiej rzeczywistości, której miał już serdecznie dosyć. Praca dla Polaków nie przynosiła krociowych zysków, bo musiał załatwiać pseudo pozwolenia na pracę i opłacać urzędników z pseudo inspekcji pracy, udających organ kontrolny naginający wszystko do granicy prawa, którego przestrzeganie było tylko dla maluczkich „rabotczikow”. Zresztą, Polacy czy Rosjanie to i tak dla inżynierskiej jak mawiali ci drudzy, prostaczki robotnicze, dla których postawienie prysznica z ciepłą wodą było zbytnim luksusem, bo robotniczy brud, poprzez biedę zaglądał wszystkim w oczy.

Renomowana budowa z renomowaną nazwą, była renomowanym chlewem socjalnym, przy którym syberyjskie baraki były apartamentami splewiałego pseudo socjalizmu.

Czterech moich ludzi jak mawiał, to jak cztery pory roku. Każdy innej narodowości. Wyglądali na Portugalczyków, którzy pracowali na budowie i nikomu się nie kojarzyło, że to robotniczy były Kraj Rad. Mieszanka różnych smaków wina i skromnego bałwochwalstwa w świetnie skomponowanej z postkomunistycznym realizmem rzeczywistości.

Aleks w białym kasku wyglądał jak prawdziwy inżynier. Jego pewność siebie wkomponowała się na stałe w krajobraz schematów robotniczych rozmów. Zawsze z masą rysunków zaglądał chłopakom w oczy i szukał w nich strachu, który pozwolił mu z nich wyłuskać prawdę o wydajności pracy. Jego oczkiem w głowie była niesamowita precyzja w egzekwowaniu prawa poruszania się po budowie. Ciągłe kontrole i bzdurne karanie pracowników zwracały jego myśli ku Rosji matiuszce, gdzie byle wykroczenie było wywrotowym kopniakiem w stronę Syberiady.

Zamyślony, wszedł do biura, gdzie wszyscy traktowali go jak swojego, bo jego wyszukany język nie tylko polski pozwalał klasie inżynierskiej oddychać innym powietrzem, chociaż przez chwilę.
I wciąż zadawał to samo pytanie.

– Czy na tym odcinku proszę panów inżynierów moja grupa wywiązuje się z powierzonych zadań? Czy na tym odcinku proszę państwa nasze zadania są na tyle wykonalne, że mogę prosić o skromny przelew dla załogi?

I nagle znikała radość z inżynierskich pustych uśmiechów i w pokrętnych domysłach, Aleksander Odcinkowicz jak go nazywała swołocz inżynierska, stawał się pustym frazesem, żeby, choć na chwilę, poczuć na sobie skórę polskiej nierzeczywistości, obrazoburczej hybrydy, co to w swojej hipokryzji i dewocji pokropku ma na kościelne bruki wręcz niewyobrażalną kasę, a na przyrobotniczy bytolizm kazała długo czekać w ślepym zaułku przekupnej finansjery.

Zdegustowany brakiem odpowiedzi, wyrywał jak z procy i szedł do chłopaków, bo to był jego świat.

Ubierał zafajdane ciuchy robocze i dołączał do swojej robotniczej ekipy, czym ciągle budził podziw otoczenia. Tłumaczył to brakiem rąk do pracy, a sam spawał, ciął konstrukcje i malował to, co przerobił, bo na tej budowie wszystko praktycznie trzeba było ciągle poprawiać, nic się nie zgadzało z projektami.

– Robimy przerwę – powiedział do Faksama, – ziomka Levina.

Pytał o Romana, ale chłopaki nie widzieli go od tygodnia. Nikt nie wiedział, co się dzieje na jego odcinku. I tylko tęsknota ciągnęła za sobą urok jego słów i nikt nie potrafił zapełnić pustki po człowieku trzeciej kategorii, jak o sobie mawiał Roman. Nikt się nad tym nie zastanawiał, co to trzecia kategoria, bo każdy chyba uważał, że to ta niższa albo najniższa.

Aleks chodził niespokojny, bo ani Kostia ani Marin też nie dawali o sobie znać, o Levinie nie wspominał, bo ten był cudakiem i chadzał swoimi drogami. Swoją obecnością Aleks zapełniał lukę po swoich apostolszczykach, wzbudzał w sobie głód eucharystyczny, jakby wzywał apostołów, jakby bez przygotowania do komunii świętej nie dostawał nagrody w postaci kuada lub przynajmniej wypasionego komputera.

– Módlmy się, mawiał do chłopaków przy kawie, przeżywajmy razem eucharystię i wyrażajmy tęsknotę za tym, co zostanie nam dane – po czym wszyscy przystępowali do komunii i intonowali wspólnie:

– My komuniści i gadzinowscy górale, tak jak felietoniści pijemy nawet w upale – wychylali stakana bimbru, wytworu minionej epoki, po czym Aleks opowiadał o tym, jak to górale gadzinowscy malowali Polaków w najczarniejszych barwach i sprawdzało się to, co do joty, bo w Polsce panowali rzeczywiście górale, ale ci z góry gór, z gór niebios w czarnych sukienkach i białych podkoszulkach, bo nie każdy wie, że czarny góral z gór, nosi tatusia podkoszulkę, żeby dotykać małą Urszulkę, najlepiej taką bez lustracji, bo to zaszkodzi teokracji, po czym wszyscy tarzali się w kolejnej komunii i przystępowali do unii takiej, jakiej każdy prawie Polak chce – z Rydzykiem wprost do RWPG. I dostawali śmiesznych konwulsji, bo czas wykonania zadań planowych nadchodził, a to zdrowiu na dobre nie wychodzi. I to był rytuał od czasu, kiedy Aleks wszedł na budowę renomowanego pomnika poczęstunku, na którym „od kanclerza do ostatniego protokólanta wszyscy kradli i byli sprzedajni”.

Jako stary, tak zwany liberalny komunista, tęsknił do wyobraźni chwili. Czuł, że jak tutaj przyjedzie to w tym kraju czasy cenzury prewencyjnej, o której wszyscy zapomnieli, bezpowrotnie minęły, a tutaj proszę państwa wracam do Europy polskiej i co widzę? – mawiał do lusterka.

– „Cenzurowszczyków na czele z oligarchą kapitalnych gazet prawicy, oligarchów telewizyjnej mównicy, oligarchów bez lica, więc co mi pozostało?” – bez ochoty mówił – tylko towarzyszka szklanica.

Wypijał kolejną zagwozdkę bimberku i myślał wciąż o rewolucji, w której sołtysi na wioskach położą podwaliny pod kononowiczowską konfederację i nie ważne to, czy w Siechnicy, Wapielińcu, czy Srycku i tak weszliśmy do Europy po czarno – katolicku – tutaj zacytował Romana erytromana, gangstera myśli przewodniej i demokratycznej, co to swoje musi mieć i o innych nie zapomni. Ale to swoje było jego fantasmagorią, było hałasem bez grosza przy duszy, gdzie dusza zadawała pytanie, czy pójdzie po śmierci do nieba i mawiała do filozofa na wykładzie uniwersyteckim u Romana.

– A jak ja nie mam duszy to nigdy nie umrę, czyli wiecznie będę żył? – pytał Roman. I tu pan filozof nie znajdując odpowiedzi w swoim katolickim filozofizmie wyglądał jak skrzyżowanie leminga z cyrkowym treserem słoni. Międlił, że kilka zepsutych jabłek w dobrej skrzynce też się znajdzie, ale nie odpowiedział na pytanie, jak to jest, jak ktoś nie ma duszy i czy schodzenie bez duszy do piekła, jest tym, czym wchodzenie z duszą do nieba, i czy oszuści katoliccy też nie mają duszy, a podobno są przeznaczeni do spożywania śniadania na stole chmur w towarzystwie złotych pierścieni i kolorowych birecików. I filozof golił głowę, ale nie sobie, swoim w duszy mędrcom.

– A ksiądz – padało kolejne pytanie – co to buduje kościół za państwowe pieniądze i nie płaci podatków jest księdzem Unii Europejskiej, która daje pieniądze na budowę, czy księdzem Watykanu?

– A komu czarni płacą podatki jak ich nie płacą, a czy miesiąc dwunasty według Philipa Zimbarda jest miesiącem pierwszym czy ostatnim?

– Co? – pytał filozofek zdumiony.

– A czy demokraci filozofii starożytnej myśleli o kościele jezusowym, jako o zaborcy i inkwizytorze?

– A czy starzy filozofowie kierowali wszystko do nas, do swoich, czyli plutokratów?

Z tych niby pytań-izmów, tworzyli studenci nową tak zwaną okoliczność, co to w układzie katolicko–narodowo–ludowym posuwała społeczeństwo do uzależnienia od wasalstwa sowieckiego do watykańskiej ruiny życia społeczno–polityczno–duchowego, jeżeli duch w tym kontekście oznaczał grabież majątku narodowego pod postacią daniny za utratę mienia zakonnego z wieków od pierwszego do dziesiątego.

I zapijał Aleks swoje myśli likwidacją Polski demokratycznej, bo taką chciał ją widzieć i w niej żyć i wyciągał wciąż ten sam kawałek gazety i ciągle czytał to samo i ciągle nie wierzył w Polskę narodowego demokraty wypromowanego przez czarne sutanny pod postacią przewielebnego sybaryty Tadka o. Kononowicza, który w swoim inauguracyjnym przemówieniu przemówił był do narodu tymi słowami: „to na głos tak ja nie mógł uwierzyć, że lepsze już było, no to radia chodzą jak nie telewizje brzęczą cały czas i gazety chodzą i nie ma mediów, tylko moherowe media zostały i trwają dla Maryi zawsze dziewicy, a my betonowy elektorat, co to z mediów już nie będzie szydził i z sakramentów pokuty i jego sensu i nonsensu dokonamy naprawy narodu naszego”.

I nie wiedział Aleks czy się śmiać czy płakać.

– Polej jeszcze jednego – mówił już teraz Aleksander do Aleksa – bo coś mi się tutaj nie zgadza. Jeżeli w 1989 Polacy wmówili Polakom, że sowietyzm był zniewoleniem i był antycywilizacją, to, czym jest obecny sojusz z kościołem watykańskim i nomenklaturą kościelną? Toż przecież sami Polacy przeszli na stronę zdrady i ta zdrada triumfuje do dzisiaj, a przecież będzie trwała jeszcze długo i nie przestanie dopominać się kary. W jakie zarośla ja znowu wdepnąłem – mówił sam do siebie. Przecież w Seceminie gdzie byłem ostatnio, na tym zadupiu, gdzie pies ogonem szczeka, na jakimś odpuście, jakiś ważniak biskupi podpowiadał zbuntowanym owieczkom, że matka radosna, opiekunka przyrody pragnie sanktuarium z pali dębowych w syntezie myśli parkowych i kościelnych wybudować.

– Aleks polej jeszcze jednego, bo ja russs…kij durak nie mogę niczym swojej wyobraźni spoić, – a w duchu myślał ile jeszcze wazeliny musi wyprodukować fabryka próżniaków politycznych, żeby zrealizować kreskówkę z próżniaczej kościelnej fantasmagorii.

I sen go zmorzył ontologiczny, w którym Levin rozmawiał z Bogiem o stworzeniu świata, i na początku stworzył ciszę, aby w spokoju móc budować lepsze jutro. I tworzył świat, lecz nie dla nas, ale dla siebie i dla swojego egoizmu, żeby móc się zabawiać kosztem ludzkiej zachłanności i naiwności, żeby być ptakiem i oleandrem i zmieniać kolory według dni tygodnia, aby w swoim lenistwie pozamykać supermarkety w niedzielę, bo zazdrość boża jest skąpana w złocie, złocie miłości i złocie nienawiści, w przebaczaniu i obsypywaniu biednych manną z nieba i pustymi obietnicami, a nie bezterminowymi kartami kredytowymi.

– A gdzie miłość osławiona, którą boże miłosierdzie tak hojnie obsypuje wiernych?

– A jest, jest, bo każdy, co śni wie, że odrobina bożej miłości jest lepsza niż sto lat modlitwy – nie pańskiej, bo ta na złotym koniu z biedy ulepionej, jeździ. „I kochajcie się nawzajem, ale nie tak, jak Chrystus, który porzucił swoich uczniów i odszedł od nich” – zacytował do kawałka lustra fragment biblii.

I spadał Aleks z drzewa jak liść zielony, i leciał w otchłań samobójczą, i był rybą, co fruwała i ptakiem, co pływał w niebiosach piekieł i nagle poczuł silny ból, bo sen zakończył na podłodze wśród styropianowych misek po resztkach jedzenia.

Sam nie wie, dlaczego we śnie pojawił się koślawy Bóg, bowiem jego bogiem myśli była teraz maszynka do szlifowania ścian. Coś, czego jeszcze tak na dobre nikt nie wymyślił, proste jak dzban pustych myśli, a jednocześnie genialne jak banan w łupince orzecha – pomyślał. Faksam już mu dupę truł, że nie dadzą rady i nie zarobią na psi obrok. Patrzał krzywo na niechciane roboty, które im wpychali, bo nie taka ich była profesja, ale kasa nie wybiera. Więc w swojej gangstersko–robotniczej mózgowce, ułożył myśl nieprzemienną na temat maszynki do szlifowania ścian. Na ręczną pacę naklejał na obrzeżach bąble foliowych opakowań i nie wysilając się, ściany, metr po metrze nabierały płaskości lustra. Ale ręka się męczyła i wydajność nie dawała oczekiwanych efektów. Żeby nie narażać ścięgien na urazowość połączył myśl praktyczną z technologicznym wymysłem chwili.

Zakupił wolnoobrotową wiertarkę marki oczywiście „made in USSR” z bezstopniową regulacją obrotów, połączył to z wałkiem odpornym na zginanie i dodał do tego ruchomą głowicę z wielozadaniową funkcją ruchów posuwisto – zwrotnych. Jako materiał ścierny zastosował papier toaletowy, a właściwie jego pokonsumpcyjne odpady, dodał deko żywicy epoksydowej z kroplą utwardzacza, zamieszał to wszystko razem i po pięciu minutach wlał litr płynu do mycia naczyń, odczekał pół godziny i sprasował to wszystko metrem kwadratowym blachy, blacha do blachy. Po dwóch godzinach papier ścierny nadawał się do idealnego, kosmicznego programu szlifowania wszystkiego, co jest przyklejone do ściany. Problemem pozostawała tylko grubość papieru, ale i na tym odcinku towarzysz Aleksander Odcinkiewicz znalazł rozwiązanie.

Czytając polskie gazety, wciąż miał uczucie niedosytu i niespełnionej rewolucji Polaków. Bo jak pamięć go nie myliła, to matka przybrana przerażona była apodyktycznym napiętnowaniem ideologicznym dzieci już w wieku przedszkolnym przez lub na chwałę towarzysza Stalina, a minęło lat zaledwie kilkadziesiąt i to, co robił towarzysz Józef Bezpokutny teraz odbywało się na wschodzie Unii Europejskiej. Pamięć go nie zawodziła i cytował z głowy w liście do matki słowa, które ją na pewno przerażą.

”Wzbudzenie głodu eucharystycznego, to nasze największe apostolskie zadanie w przygotowaniach do I-szej komunii świętej, a to trzeba zacząć już w przedszkolu. Ważne jest, aby tak zwyczajnie, na co dzień i w niedzielę, dorośli w obecności dziecka dzielili się głośno swoim przeżywaniem pełnego uczestnictwa w eucharystii i wyrażali tęsknotę, że już czekam na tę chwilę – kiedy będziemy razem przystępować do komunii świętej”.

Za naszych tak zwanych rządów, robotnicy polscy manifestowali o lepsze jutro, ale gdzie jest to lepsze jutro?

Dalej robotnicy manifestują w obronie miejsc pracy i przeciwko likwidacji zakładów, gdzie rząd posługujący się dawną retoryką z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, częstuje ludzi gazem po oczach i używa figur tzw. autorytetowych, upolitycznionych postępowo i medialnie, gdzie bez biskupa w tle nie ma żadnej telewizyjnej migawki. Ile kościelni narobili narodowi polskiemu szkody, to wie tylko chyba sambóg, który w swojej nie litości zesłał te hieny czarno – bure, tych krwiopijców, na zgubę światłych obywateli nieutożsamiających się z poddaństwem czarno-sukienkowym. I do takiego kraju chcesz wracać matko moja cierpiąca?

Świat chyba rzeczywiście się kończy – pisał myślami – jeżeli polski zakonnik miesza się i to w dodatku w kompromitujący sposób do wydarzeń politycznych, bo to, co teraz się dzieje za tych dobrych czasów trudno było sobie wyobrazić za czasów postmodernistycznej epoki gomułkowsko-gierkowskiej, gdzie humor przeplatany powagą dawał społeczeństwu więcej swobody myśli pod sowieckim butem niż obecny reżim kościelnego partyjnictwa. Przewielebny sybaryta zarządzający polską owczarnią zniewolił myśl dziennikarską do tego stopnia, że redaktorami gazet tak zwanej opozycji myśli niedemokratycznej zostali ludzie z nadania władzy, która ma teraz pod butem wszystko, co nie jest po linii…, czyli sprawdziły się słowa towarzysza Gorbaczowa, że jeszcze powrócą te czasy, lecz w bardziej zniewolonych umysłach i zatęsknicie za przewodnią siłą partii, nie partyjnictwa nieczułego na ból robotniczej niedoli. Wyrzucenie z telewizji programów kulinarnych prowadzonych przez charyzmatyczne postacie nie miało na celu wyrzucenia z jadłospisów obywateli niezdrowego żywienia, miało na celu wprowadzenie jadłospisu naszych zakonników, którzy teraz pokazują jak należy smażyć i gotować w towarzystwie przewielebnych zakonnic i braciszków od niechcianej ciąży. I wiele jeszcze by tutaj tobie mógłbym opisać rzeczy i faktów, ale ciągle myślę, że chyba trzeba było w Rasiji żyć niż tutaj dupy dawać. Jeżeli jeszcze chodzi o dawanie dupy, to wyczytałem w gazecie z drugiego obiegu, tak zwanego nielegalnego, że powstaje stowarzyszenie kościelne pustelników serca jezusowego, tak jakoś to się nazywa, które skupia byłych ministrantów gwałconych i wykorzystywanych seksualnie przez księży, od czego oczywiście czarni się odżegnują i nie chcą podobno wydać zgody na jego zalegalizowanie, bo to byłoby równoznaczne z przyznaniem się do winy. A ty mnie nie chciałaś uwierzyć, jak ja tobie mówiłem, że naszego Efrema też poruchali popi i on nie chciał później do nikogo się odzywać, a przecież jemu było dopiero trzynaście lat, a ty go za duraka uważała. I wszyscy wy tacy starzy i głupi, że dzieciom wiary dać nie chcecie, tylko tym bezbożnym warchołom łapy całujecie, kiedy oni tylko za swoje kutasy obleśne z Maryją zawsze dziewicą po rozporkach dziecięcych uważają. Ty matko moja, tak praktycznie, jak myślę, mogłabyś znaleźć tutaj swoje miejsce. Dla nabożnych ludzi w tym kraju codziennie jest jakieś święto katolickie, a matek boskich ja sam naliczyłem trzydzieści, nie wspominając o królach i pokrewnych narodowi łaskach bożych. Ja, patrząc na to wszystko, sam zacząłem wierzyć, że jeżeli Bóg istnieje, to albo jest nienormalny albo martwy. Zacząłem też wierzyć w to, że kościół chrześcijański jest złośliwym wrzodem na dupie całej ludzkości aktywnie zaangażowanym w realizację szatańskich planów. Ciągle tutaj się słyszy o wielkości bożego daru, którego nie możemy wykorzystać, a mały człowiek wielkiego narodu, ojciec, jak go nazywają, Kononowicz powtarza, że musi być gorzej, żeby było lepiej. Wszędzie tylko Bracia Mniejsi albo Więksi i wszystko w intencji dobra i promyka modlitwy, nawet przy zepsutym samochodzie. I tak to święcona woda diabelska, popijana mszalnym winem w ołtarzowej bieliźnie niesie koszyk dla wielebnego.

Nie zapomniałaś pewnie, jak to u nas, tych, co chcieli żyć inaczej i myśleli inaczej, wysyłali do sanatoryjnych pralni mózgów. Tak i tutaj to się porobiło. Niby wszystko wolno, ale wolno inaczej. Ksiądz jest sługą Boga i wszystko mu ujdzie na sucho, nawet jefremowe przypadki. A ty jesteś grzesznicą i skończysz smażąc się w piekle, chyba, że wstąpisz do stowarzyszeń o kumkającym bogu, gdzie Jezus chodzi w dżinsach, albo do prawicowo-religijnej organizacji „fajerwerk genitalny”, tam to dopiero z letnimi grzesznikami kontemplującymi o zbawionym diable, można poznać zarodkową genezę dusz, w której niemowlęta nie zdążyły nagrzeszyć, a za uszami swoje już mają. W tym kraju, gdzie umiejętne kreowanie atmosfery strachu mieli powoli mózgi młodych ludzi na mąkę, z której zostaną wypieczone kolejne pokolenia wystraszonych Polaków, „boże młyny” budują królestwo boże na ziemi, gdzie poborca w sutannie ustanawia embargo na wszystkie usługi. Mawiał już kiedyś pewien prorok poeta wykluczony z tego świata: „Nie bądźcie na miłość boską nowocześni, bądźcie rzetelni”. Inny mawiał „Bóg chrześcijański jest tak absurdalnym Bogiem, że powinien zostać zniesiony, nawet, jeśli istnieje”.

Rozpisałem się troszeczkę droga matko, ale zawsze mi powtarzałaś, że kto nie słucha ojca, matki, ten będzie słuchał psiej skóry, a właśnie teraz, twoje słowa się sprawdzają. Czuję się jak niewolnik umiłowany, czyli niepodskakujący swemu panu, którego nachodzi ochota na masturbację, ale czyjaś obecność wobec przemożnego pragnienia przyjemności powstrzymuje go od dokonania aktu samogwałtu, który jest na nim dokonywany w codziennych obrazach życia. Przeżywam chwile strasznego wewnętrznego buntu, bo żyję wśród niezliczonych bożych pamiątek sztuki sakralnej o niewyobrażalnej wprost wartości, które przez wieki nagromadzone kłują w oczy miliony sumień, ale nie tych sumień z jaskini watykańskich muzealników. Takimi słowami zakończę ten list pisany w bólu i tęsknocie do Ciebie, do matki mojej jedynej, bo tamtej chyba nie odnajdę z myślami, którymi wyznaczałaś mi moją drogę życia, ale błądzę po omacku w tym piekielnym kraju, a zadania mam tutaj poważne dla chwały naszej „matuszki Rasiji”. Twój syn Aleksander.

Pisany w bólu list do matki wzmógł w Aleksie tęsknotę za Marinem, Levinem i Wołowem. Brak kontaktu z nimi rekompensował sobie towarzystwem budowlańców z nie swojej ekipy i z niejakim Racusiem o rzadko spotykanym imieniu Salermon. Ten psychopatyczny zawodowy doginacz nie potrafił z nikim zawrzeć bliższych koleżeńskich kontaktów, ale wszystko potrafił załatwić. Miał pod sobą kilku ludzi, którzy bali się go jak ognia i nie ryzykowali wyrzuceniem z roboty, żeby donieść na niego prezesowi o znęcaniu się nad załogą. Chłopcy Salermona obowiązkowo przed pracą wypijali pół litra, na co obywatel Salomon, jak go przezywali nie reagował. Jego lekceważący stosunek do pozostałych pracowników budowy, był jak się okazało wynikiem traumatycznych przeżyć w okresie późnego niemowlęctwa, które dla niego zaczęło się w wieku lat piętnastu, kiedy to został doprowadzony przez zakonne frustratki do tak zwanych czynności innych niż seksualne pod postacią wyciągania długiej skóry z rozporka, co na widok przewielebnych owłosionych zakonnych wzgórków łonowych doprowadzało małolata do agresji i zwiększało jego zapotrzebowanie na stymulację zewnętrzną o niespotykanej sile. Jak to na wiosce bywa sprawa była nie do ukrycia i szybko trafiła do biskupa, lecz jego eminencja sam chciał, żeby dowód winy pojawił się w jego pałacu, no i wielebny, ujrzawszy niesamowitych rozmiarów organ, przygarnął młodzieńca pod swoje skrzydła z zamiarem wypędzenia diabła z duszy maleńkiego. Trzy lata terminowali przewielebni Salermonka, aż ten nie mogąc już dłużej znosić haniebnej służby Bogu, na pożegnanie upił dwóch młodych księży, związał ich i na odchodnym pobłogosławił swoim dwudziestopięciocentymetrowym, przez boga nadanym organem.

Bez grosza w kieszeni uciekł na drugi koniec Polski, ale i tutaj dopadła go kościelna zadyszka. Obeznany z meandrami służby bożej szybko zwrócił uwagę miejscowego wikarego i pod presją lokalnej społeczności został kościelnym nie swojego już kościoła. Presja psychiczna, jaką na niego wywierał przedstawiciel bożej wyobraźni miała podobny koniec jak za pierwszym razem, gdyż i tutaj wykorzystał skłonności wikarego do wina mszalnego i nieuwodzony przez nikogo dogodził wikaremu tak, że ten mało nie udusił się po kolejnym orgazmie z erotycznym mleczkiem w natchnionych ustach. W końcu przygarnęła go młoda wdowa z sąsiedniej wioski i po bożemu zaczął obrabiać małżeńskie poletko, a nie poletko pana boga. Nie był już to ten sam Salermon, lecz wkurwiający, prawie trzydziestoletni wieśniak, co to za pługiem iść nie potrafił.

O przeszłości Salermona, Aleks dowiedział się przypadkiem, jak pracowali na nocnej zmianie i lekko popijali. Jeden z jego chłopaków, mocno wkurzony na swojego pana majstra, ni stąd ni z owąd zaczął wyzywać go od długich lujów kościelnych, no i tak jakoś beknął o nim, w złości resztę i stąd Aleks miał taką wiedzę. Nie wiedział ile w tym jest prawdy, ale zawsze gościa można było lekko w potrzebie przycisnąć, a nuż widelec będzie wtedy pomocny. No i pomocny się okazał jak przyszło dźwig załatwić za przysłowiowe pół litra. Nie dość, że załatwił, to jeszcze nie chciał flaszki i to samogonu, wytworu minionej epoki, za wykonaną, tak zwaną okazjonalność chwili.

– Bierz ty Salermonie tę flaszkę, bo ja więcej do ciebie po prośbie nie przyjdę. Przecież wiesz ile by to kosztowało gdyby nie twoja koleżeńska pomoc. Ja tobie tego nigdy nie zapomnę – słodził Aleks. – Nikt tutaj ciebie nie lubi za bardzo, a ty taki gościówa jesteś, człowiek nade wyraz bezinteresowny.

– Ja tutaj niczyjej pomocy nie oczekuję, bo na odcinku tego dziadostwa, na tej pieprzonej budowie, każdy, jakby mógł to by do inwestora zaraz poleciał i mnie na tym odcinku panie Aleksy, podkablował, stąd ja jestem bezinteresowny, a flaszkę za wykonanie tego odcinka, to po pracy wypijcie sobie z moimi chłopakami, bo oni za kołnierz nie wylewają. Nie zapomnij pan im tylko powiedzieć, że to jest tak zwane pomocowe, bo będą się bali dopijać jeszcze po butelce. A ja się w to nie mieszam – ciągnął – bo jeszcze pierdolca dostanę od swojej dobroci i waszej do mnie niechęci. A poza tym muszę tobie panie Aleksy, powiedzieć, że podobają mi się twoi ludzie, nic nie mówią a swoje robią. Nikomu się w oczy nie rzucają, a ja trudnych pytań nie zadaję. Niby oni robotnicy, a jak tak się im czasami przyglądam, to jacyś podejrzani mi się wydają, lecz to też nie moja działka. Skąd wy jesteście też mnie nie obchodzi, ale jak będę w potrzebie, to chciałbym na ciebie liczyć, bo do innych o pomoc się nie zwrócę.

– Masz moje słowo – Aleks podał gościowi rękę i się rozstali.

– Chytry z niego lis i nie taki on głupi, na jakiego wygląda – zaserwował Aleks.

Sam był świadkiem jak jeden z jego ludzi siedział dwa dni w biurze i przeglądał papiery, dlatego tylko, że garbił się przy robocie, chociaż był świetnym fachowcem, ale sam Salermon i ten jego wygląd, przyprawia mnie o głęboki rechot. Aleksander Odcinkiewicz w skromności rechotu nie mógł powstrzymać łez. Pracowali ostatecznie na budowie i chodzenie w przykrótkich do pół łydki spodenkach z wystającymi goleniami, było z lekka mówiąc, behapowskim nietaktem, a jego robocze buty to zapewne kościelne ciżemki z cielęcej skórki, takie były śliczne, jak u dorodnej panienki i też podlegały zapewne pod jeden z paragrafów pań behapowczyń, które tak często i gremialnie odwiedzały budowę w towarzystwie równie ciżemkowych, jak sam Salermon Racuś, panów.

Jak państwo behapowskie wkraczało na teren budowy, to wszyscy szukali fryzjera lub krawca, tak trzeba było ładnie wyglądać, a już nie daj boże, jak pas bezpieczeństwa miał skręconą szelkę, to pani od razu podchodziła i prosiła o prawidłowe ich ułożenie w stosunku do całego ciała, bo to groziło skręceniem kręgosłupa w razie nagłego upadku z piętra na ten przykład pierwszego lub z drabiny, lub też karą grzywny w wysokości tysiąca złotych, która to kwota była symbolem wszelkich kar za tak zwane łamanie przepisów bhp. Nie karano tylko za picie alkoholu, bo ilość walających się puszek po piwie i szklanych butelek po absolucie, była tym absolutem i trzeba by zamknąć budowę, dlatego nikt na to z mieszczaństwa inspekcyjnego nie zwracał uwagi, no chyba, że potknięcie wskazywało na mowę zajadliwej niesprawiedliwości braku świętokradztwa umowy o pracę.

W pochwalaniu hipokryzji Polacy biją chyba wszystkie narody na świecie, tak mi dopomóż panie boże i wszyscy popowie Rosji. Na sto wykonanych czynności zawodowych związanych z pracami budowlanymi, dziewięćdziesiąt dziewięć procent było wykonanych w warunkach urągającym wszelkim przepisom bhp – Alek spisywał swoje statystyki.

Ten jeden procent mieścił się w granicach struktury myśli proletariackiej mającej na celu dojście i powrót ze stanowiska pracy, tak pisał kiedyś Marks i do tej pory nic się nie zmieniło. Jedyne, co się zmieniło to możliwość zażywania napojów wieloprocentowych. „Nawet strach przed utratą pracy, pozostał tym samym strachem, strachem manufaktury proletariatu, kopanego ciągle w tą samą dupę i nieporównywalnie bardziej wykorzystywanego przez świadomość właścicieli, która również jest tą samą świadomością, tylko jeszcze bardziej rozwiązłą w swej bezczelności”.

– Ach Levin – westchnął Aleks – ty gamoniu filozoficzny, gdzie się podziewasz, potrzebny mi jesteś, żeby moje statystyki nabrały mocy właściwej myśli robotniczej, bo ja, to tylko mogę za tobą książki nosić i tobie rację przyznawać – mówił sam do siebie.

Ale Levin wraz z całym towarzystwem dogorywał – na myśli chwili i cudu „riazańczyka”, która była wkomponowana w tak zwaną noc kościołów i stąd ich tak łatwe przemieszczenie do zakonnych tajemnic, które stawało się prawdą przepojoną nawiedzonym zakonnym erotyzmem.

A „riazańczy” sam w sobie stawał się w oczach podróżnych legendą, bo zanim go doświadczyli, zanim weszli w jego wielkość, już zostali wyproszeni, zostali wyzuci z wszelkich praw do jego interpretacji i jego dystrybucji bogactwa. Zostali wmanipulowani w wielką nienamacalną nierzeczywistość, która istniejąc, nie istniała, była fantasmagorią, ale nie była utopią, patrzyła na nich jak mawiał Roman -erytrotycznie. Zbudowała erytrotyzm chwili, chwili niewładności i nijakości. Tuszowali w sobie bazarową wrażliwość egzorcyzmów bogactwa, który jeszcze przeżywali, wciąż wracali do baru, z którego nie wyszli, i wierzyli, że to jest ten bar, „bar riazański”, przy którym pili wódkę i łaknęli błyszczących, diamentowych szkiełek, z których oczu rozmawiają diamenty brylantową mową, mową bez lic, bez namaszczenia świętą świętością prawosławia.

I utytłani w swoją nijakość i bezbronność, znaleźli się odurzeni za murami, za murami bezprawia, które ich nie chciały przyjąć, lecz oddały hołd ich realności, brudnej, ale bezprawnej, która zaciągnęła ich na kolejnego browara o piątej nad ranem, gdy żyli jeszcze czeluściami zakonnej, zachłannej nierzeczywistości.

Siedzieli przy stole jak patałachy, wypluci i jacyś inni, bez słów opowiadali sobie to, czego nie było i jest i się przekręca ponad miarę. Chcieli wpaść na chwilę do pana boga na wódkę z modlitwy, to wpadli, chcieli wpaść na chwilę do pana boga na kawior z modlitwy, też wpadli i wpadli w zaświaty, gdzie ból i trwoga, a stoły okryte były obrusem nagości bezgrzesznej i czuli się tak, jakby wpadli pod pociąg, pod pociąg z bezbożności, a w pociągu na sumie, na sumie z pańskiej pychy, już bez zagrychy, czarne madonny w podwiązkach rozdawały boga na pamięć bez pokwitowania, i wciąż milczeli, a w ich głowach czarna sfora w okrzykach uniesienia podpartych kijem golfowym siadała do stołu z kościelnego popiołu. Tylko Kostia, urzeczony znaleziskiem nie stracił rezonu i poczuł nową siłę, bo odnalazł cel i nową drogę, do której postanowił odnaleźć klucz.

– Posłuchajcie mnie towarzysze – wycedził. – My, pokraki bez winy w krzywym pięknie szukamy miłości bez odpowiedzi, jak grzesznik ducha szuka skazy na rozumie, a ja, teraz stalowy pracz głupoty zostałem dryblasem mądrości i w pożegnaniu radości postrzępiłem ubranie, jak strzępy człowieka i odszedłem z podziemia niemy i bez cienia, a wy przerażeni, jak trwoga na patyku nie zielonym, pyskujecie w łzach samiczki zakonnej klękającej do modlitwy, lecz modlitwy nieskończonej. Stwórzmy towarzysze republikę, a czarny kościotrup niech w welonie zatańczy kankana w rytm dźwięków proroczych i będziemy mu bili brawa, kiedy lud się zjednoczy.

– Wypijmy za nową przyszłość – i tu zaintonował piosenkę, którą przewodniczący rady państwa o. Kononowicz tak uwielbiał:

„W kieliszkach snu z rozpaczy,

pijemy w dzień tak durny,

ten polski film bezbarwny,

tylko z niejednej urny”.

– Chyba coś tobie Kostia, odbiło – Elżbieta przerażona wychyliła szklankę bełkotliwego napoju.

– A co miało mi odbić. Oglądałem polską gazetę i tam znalazłem opisywane dni, jakie przeżywa wasz wódz, bo tak go trzeba nazwać. Wróciliście do epoki głębokiego Breżniewa, a kult jednostki, wciąż trwa. Cienka czerwona nitka, która odbudowała tak zniszczony kraj może być dumna z tego, że pod butem radzieckiego okupanta jej majątku nie zagrabiły zachodnie koncerny, które teraz bardziej piją polską krew niż za czasów tak zwanego zniewolenia narodu.

– A co ciebie to może obchodzić, ty zakuta ruska pało – Elżbieta nie mogła dłużej słuchać tych dyrdymałów.

– Obchodzi, obchodzi, bo jestem starym ruskim aparatczykiem i jak tak sobie patrzę na tę gębę waszego przywódcy, to ona, jakaś znajoma mi się wydaje i myślę sobie, że to nie jest, jakiś tam ojciec Kononowicz, tylko były działacz polskiej młodzieżówki, który ze mną na kursach w Moskwie bywał i na szkoleniach z zakresu państwo, a religia. Minęło, co prawda dużo czasu, ale pewnych wrednych gęb się nie zapomina.

– A skąd ty możesz go znać, jak on w Polsce tylko przebywał i to na katolickich uniwersytetach – wtrącił się do rozmowy Roman. – Jego życiorys zna pół Polski na pamięć i coś tobie się poplątało. -Elżbieta ma rację, gadasz bez sensu.

– Sens tego, co mówię odnajdziemy wtedy, jak ja wam przywiozę z Rosji to, co on wypisywał w naszych kursowych gazetkach na temat Marksa i poprawy rządzenia krajem polskim i to poprawnym rosyjskim, a teraz pluje na tamte czasy i rządzi jak chce.

I ciągnął dalej.

– Oj duraki, wy duraki, ja, Konstanty Wołow, wiem, kto to jest i za darmo wam sprzedaję wiedzę, o której nikt nie ma zielonego pojęcia, albo ma tylko nie sprzeda, bo jest przy korycie. Levin zresztą może coś powiedzieć, gdzie takie informacje dostać i nie trzeba dużych dienieg płacić, bo Levin daragije druzja, też podpisał bumagę, jak robił doktorat z filozofii gnębienia ludu, że będzie służył wiernie radzieckiej władzy i ciągnął laskę każdemu sekretarzowi partii w podzięce za to, że partia daje mu doktorat za służbę, ale takie to były czasy – smutne i prawdziwe.

Zaniemówili wszyscy, bo znali meandry budowy społeczeństwa socjalistycznego i ciągłej naprawy przez partię błędów i wypaczeń, lecz tego, że Levin jest doktorem filozofii tułającym się jeszcze do tego po obcym kraju nie spodziewał się chyba sam złowrogi Bóg.

Levin wypił z butelki resztkę wódki, zapił piwem i w spokoju duszy, której nie posiadał, powiedział:

– Konstanty Wołow, proszę państwa zdradza teraz tajemnicę państwową i powinien wylądować tam, gdzie ja, na jakieś dwadzieścia lat i tam robić rewolucję. Pomimo tego, że państwo, o którym mówi już nie istnieje, mówi prawdę, a prawda w tym wypadku jest niestety bolesna, ale wybaczam mu jego słowa, bo dochodzenie prawdy też wymaga prawdy i to są właśnie słowa Marksa, o którym wspominał, bo ja czytałem te różne nieistotne wtedy wywody robione przez kursantów z Polski. Nam to dawali do czytania, jak nie należy myśleć o władzy i czym to grozi. Pamiętam wystąpienie jakiegoś polityka z wierchuszki, co to nam groził tymi wypocinami, i mówił, że to obala ustrój, że takie myślenie doprowadza do konfrontacji ludzi z władzą i w dalszej perspektywie zagraża państwu, a swołocz, tak powiedział, zmienia poglądy, żeby dojść do władzy nawet po trupach politycznych. I ja wam powiem, że to, co mówi Kostia może być realne. Marksa, o Leninie nie wspominając, każdy ze studentów musiał znać wtedy prawie na pamięć, a do tej sytuacji z Kononowiczem pasuje mi taki fragment, który mówi o hipokryzji myśli i władzy. Mogę się gdzieś pomylić o słowo, ale sens siedzi we mnie do dzisiaj, bo opuściłem swój kraj między innymi, dlatego, że prawda nie była powielana i dla prawdy podpisałem na siebie cyrograf kłamstwa.

– No dobrze mów ten cytat – Kostia nie dawał za wygraną.

– Cytuję – Levin wstał i zarecytował fragment marksistowskiego dzieła:

„Podobnie jak w życiu prywatnym odróżnia się to, co jakiś czas człowiek mniema i mówi o sobie, od tego, czym jest i co robi w rzeczywistości, tak samo w walkach politycznych jeszcze bardziej odróżnić należy frazesy i urojenia partii od ich rzeczywistej istoty i ich rzeczywistych interesów, odróżnić wyobrażenie, jakie mają o sobie, od ich realnej treści”.

– Piękny cytat – wtrącił Roman – ale Marks chyba nie myślał o walkach politycznych, tylko historycznych, poza tym wszystko się zgadza.

– Skąd ty to wiesz? – Levin zgorzkniale zapytał.

– A no zdarzyło się, że zmuszony byłem w byłych czasach w potrzebie chwili i dla tak zwanych wyższych celów ukończyć tak zwany Uniwersytet Marksistowsko – Leninowski, który wtedy właśnie dawał przepustkę do wielu przywilejów bycia z kimś, a dla mnie to było potrzebne do działalności społecznej, która wtedy była synonimem życia i radości z życia. Nie ma to teraz wielkiego znaczenia, ale w świetle cytatu sprawdza się jej praktyczność i tutaj Levin masz rację. „Wielu ludzi, co to kiedyś tak jak nasz przewodniczący Kononowicz, kochało ustrój ponad miarę, dzisiaj funkcjonują jeszcze, jako strzygi niezaduszone minionej epoki o smutnej twarzy podupadłego klowna”.

Elżbieta nie wytrzymała i zaczęła rechotać.

– Przecież wy wszyscy tutaj jesteście stuknięci. Jak się was tak słucha to człowiek cofa się przynajmniej o sto lat. Zaśpiewajcie sobie może pieśń „Filomatów i Filaretów”, to wam dobrze zrobi na wasze porąbane mozgi.

– A ty, po co ty mnie tutaj w ogóle ściągnąłeś. Zostawiłam swoich ruskich nie po to, żeby gnić w jakimś pieprzonym zakonnym świecie, tylko żeby któryś z was mnie przeleciał, a wy jak te cipy pieprzycie tylko o polityce zamiast zająć się damą. Nie wiem, którego dzisiaj jest, bo straciłam rachubę czasu, a gospodarka czeka i pole nieobrobione, poza tym nie ma co pić, zamówcie, chociaż tanie wino, bo uschnę z pragnienia.

– Zamknij się ty oschła nierozumna, wieśniaro – wycedził Roman językiem pełnym oszukaństwa. – Czy ty, chociaż raz potrafisz zrozumieć człowieka, a nie myśleć tylko o swojej ciągle nienasyconej dupie, a poza tym, o jakich ruskich ty mówisz? Może opowiesz coś niecoś o tym, kogo znowu oszukujesz, ty mendo prałacka.

– Dlaczego menda i to prałacka, co ty sobie myślisz, ty pieprzony rusofobie?

– No, no, czego my się tutaj dowiadujemy. To z ciebie taki przyjaciel Rosjan, że tak zwana dama, musi nam uświadomić o twojej do nas niechęci? – Levin z niewiarą spojrzał na Romana.

– Nie słuchajcie tej cholernej dziwki, która wszystko przeinacza i za niezłą kasę użycza swoich wdzięków kilku okolicznym biskupom, ale to jej sprawa i nic więcej na jej temat wam nie powiem. A wracając do rusofobii, to ma ona podłoże wybitnie historyczne. Otóż moja babcia, czyli mojej matki matka przed wojną posiadała we władaniu na terenie obecnej Białorusi, która wtedy była Polską, cztery wioski. Jak przyszła wojna to najpierw Rosjanie, a później Niemcy te wioski zabrali i po wojnie nikt nie chciał słyszeć o tym, żeby naszą własność oddać. No i byłem za młodu wychowywany w takiej cichej niechęci do Rosjan, chociaż przez cały czas młodości z Rosjanami żyłem za pan brat, a ty prałatko, wiesz dobrze, z jakiego miasta oboje pochodzimy i z czym to się wiąże.

– A to miasto to jakaś tajemnica wojskowa? – Kostia z powagą oficera wiercił temat.

– Druga Moskwa, czy to wam coś mówi. Przecież ty powinieneś wiedzieć, gdzie w Polsce był sztab generalny waszej armii.

– Ty mi nie mów, że ty pochodzisz z Legnicy. Ja tam trzy lata służyłem, póki mnie do Afganistanu nie wysłali, znam to miasto jak siebie i mam wiele sentymentu do tego, co tam przeżyłem – wzruszył się Kostia.

– Miałem przyjaciela, Igora Spawowa, lejtnanta w jednostkach specjalnych, który w Afganistanie był zginął – Kostia ze wzruszeniem i z niedowierzaniem patrzył na Romana. – A Igor miał piękną żonę, Uzbeczkę, była pianistką, często zabierał mnie na polowania w okolicznych lasach i miał bardzo mądrą córkę – Viktorię. Viki, miała wtedy chyba trzy albo cztery latka. Wszyscy oni byli zakochani w mojej siostrze, Bronisławie – Roman dołożył swoje pięć groszy.

Kostia spurpurowiał i dodał:

– Ty, już więcej nic nie mów. – A twoja siostra sprzedawała dywany dla armii radzieckiej w sklepie naprzeciwko radzieckiej szkoły i twoja siostra gadała po rusku, jak ruska, i twoja siostra opowiadała skecz o dwóch wiśniakach na rumie, czy to jest naprawdę Bronka, Bronuszka – twoja siostra rodzona?

– Wiesz Kostia, że ja mówię raz i tylko raz, a takich ludzi jak Igor się nie zapomina. Jeszcze po tym pierwszym razie jak wrócił z Afganistanu, był u nas i to był już nie ten Igor. Przyjechał przeprosić Bronkę, bo przed jego wyjazdem mocno popiliśmy i on zawsze, jak to komandos, stawiał ją pod drzwi i rzucał w nią nożami i wtedy nam powiedział, że może nie za długo, będą musieli nas zabijać. Pamiętam to do dzisiaj, bo wtedy czort jeden wiedział, o co jemu chodziło, a to było przed stanem wojennym, ale po tylu latach myśli same pałętają się w koszmarnym widzie. Ja wyjechałem do pracy za granicę, a jego zabrali wtedy do Azji, no i po kilku latach zjawił się, żeby płakać i mówić o potworności wojny. Posiedział parę godzin i zniknął z naszego życia, ale żyje na pewno, bo jego była kochanka, kwiaciarka utrzymuje z nim kontakt podobno do dzisiaj.

– To Igor żyje, a myśmy go w Afryce, tak opłakiwali. Jakie zagadki jeszcze przyjdzie nam się dowiedzieć- zapyziałą polszczyzną – podszeptywał Wołow. – Ty nie wiesz ile ja z twoją siostrą wódki wypiłem -Kostia aż wstał z podniecenia. – Trzeba to jakoś szczególnie oblać, zaraz wracam – powiedział w biegu.

Znowu patrzyli na siebie wszyscy w zdumieniu, tylko Elżbieta była markotna, bo sen ją morzył i została przedstawiona, jako zwykła dziwka i to katolicka, a ona przecież, tak uważała, lubiła tylko wielorakość doznań, a jej nad wyraz wysokie libido robiło z niej zwierzę seksualne, do biskupów chodziła nie za kasą, ale dla sutanny.

– Ja, Roman, myślałam, że my od lat jesteśmy dobrym rodzeństwem, a ty się okazałeś taką świnią.

– Świnią, to ja się dopiero okażę jak ty będziesz wygadywać takie bzdury. Myślałem, że się dobrze rozumiemy, ale ty jesteś jakaś niekumata, widocznie sperma już tobie na mózg wali, bo nie zaliczyłaś tylu, co trzeba.

– A jak myślisz, po co ja tutaj z wami gamoniami siedzę? Strąciłam już rachubę czasu i bezinteresownie chciałam twoim znajomkom trochę radości sprawić i pogadać o ważnej sprawie, prawie kościelnej, tylko ty ciągle gadasz i gadasz. Nie przerywaj mi teraz i słuchaj, bo spadniesz z krzesła.

Wrócił akurat Kostia, od ucha do ucha rozpromieniony z litrową butelką Smirnowa.

– Polej Kostia, to zaraz będę opowiadać. Otóż moi panowie, chciałam wam, a szczególnie Romanowi zakomunikować, że wychodzę za mąż, i w związku z tym udałam się do swojego biskupka – kochanka po błogosławieństwo. Zamiast się cieszyć z mojej radości, jego eminencja wypiwszy wcześniej z pól litra koniaku zaczął mi się użalać, że na remontowanej kurii biskupiej, siostra zakonna znalazła poutykane po kątach i pod połaciami dachów antyklerykalne gazety, które nijak się mają do miłości bożej, a wręcz urągają boskiej linii kościoła i bezczeszczą dobre imię jego uczniów. Był tak rozżalony, że płakał rzewnymi łzami. Remont kurii był już na ukończeniu i wszyscy byli zaszokowani tym bestialskim zachowaniem jakiegoś barbarzyńcy, który za nic sobie ma wartości chrześcijańskie i cały boży świat.

– Zakonnice, szukając czegoś tam w nieukończonej jeszcze części gospodarczej, wygrzebały stare pożółkłe gazety i jakieś wiersze pisane na pożółkłym papierze dziwnym pismem klinowym. Myślały na początku, że to znalezisko i już liczyły kasę za odkrycie woluminów. W sumie w różnych zakamarkach znalazły dziesięć rożnych gazet i kilkanaście wierszy i to podpisanych imieniem i nazwiskiem, co prawda nie polskim, ale dającym wiele do myślenia. Wiersze były podpisane po łacinie i jak biskup to przetłumaczył to dostał zadyszki. Autor podpisał się „Pocałujcie mnie w dupę”, oczywiście po łacinie.

– Najstarsza z gazet pochodziła sprzed dwudziestu lat, a wiersze to, jak mówił biskupek, chyba jakieś nowe, wyglądające na stare zapisy.

– „I życie teraz ze świadomością, że jest tego więcej, zwala z nóg wszystkich ważnych biskupów” – biskup szlochał. Cała sprawa jest okryta ścisłą tajemnicą, bo szukanie sprawcy zajmie zapewne dużo czasu, gdyż jak przyznawał sam przewielebny, dużo osób pracowało na czarno i dotarcie do ich dossier, będzie raczej niemożliwe.

– „Jak żyć ze świadomością” – łkał – „że otwieram zabytkowe drzwi do piwnicznej izby z winami, a w nich są jakieś materiały szkalujące kościół i jego synów bożych, jak mam dźwigać ten ciężar? Czy stąpając po schodach, pod marmurami nie znajdują się ukryte pornografie antychrześcijańskiej myśli. Czy zapalając światło mam mieć świadomość, że w kryształowych żyrandolach, po kilkanaście tysięcy złotych sztuka, specjalnie sprowadzonych z Czech nie ukrywa się mój zabójca, zabójca mojej duszy?”.
– „A jacuzzi?” – już prawie wył – „czy tam też, jakiś szatan zamurował szatańskie wersety, żeby mojej tłuściutkie pośladki dostawały zabrudzenia umysłu?”.

– Niezłe jaja – chłopki rechotali i wypili kolejkę.

– Mam pytanie. Jako dobrze ułożony filozof myśli proletariackiej w imieniu narodu pytam, czy te szkalujące obraz polskiego biskupstwa na pozór obrazoburcze teksty są kłamliwe?. I odpowiadam Zapewne nie!

– Ty się Roman tak nie śmiej, bo oni na poważnie zgłosili sprawę do prokuratury, a ty możesz być jednym z podejrzanych, bo ta twoja partyjna krytyka kościoła, jest aż nadto widoczna i nikt tak jak ty nie rzuca się w oczy z tym twoim antyklerykalizmem.

– A co ma do tego krytyka kościoła, przecież ja się z tym tak nie obnoszę, znam kilku księży, gram z nimi w brydża, nawet ciebie im naraiłem. Znam wiele tajemnic kościoła tumskiego i nikt tego się nigdy nie dowie, chyba, że mnie, który z purpuratów wkurzy, a poza tym oni sami ze sobą się kłócą o to, który z bogiem żyje, a który boga ma za ojca finansjery. Oni doskonale wiedzą, że dla mnie sojusz ołtarza z tronem jest jak wymiociny. Czasami, żeby się wyrzygać trzeba do gęby włożyć nie dwa palce, ale całą rękę. Rzeczywiście niezłe jaja i może to się biskupom należało, żeby ktoś im nosa utarł, ale mi takie pomysły nie przychodzą do głowy. Sam jak patrzę na ten zbytek i lukrecję dziecięcego poczęcia w postaci kolejnego Merca, to dostaję anarchii myśli błogosławionej i od razu mam wzwód, żeby kolejna zakonnica zrobiła mi laskę w imię tak zwanych wartości chrześcijańskich, których tak, jak definicji komunizmu w Polsce nigdzie nie mogę się doszukać. A właściwie, po co ty to wszystko mówisz, jak my teraz, bogactwo prawosławia mamy na głowie i na tym bogactwie proponowałbym skupić swoje myśli i kolejnego kielicha wypić za twój mam nadzieję fikcyjny ślub.

– Ślub nie jest tak do końca bardzo fikcyjny, tylko mój narzeczony, który z zawodu jest muzykiem jeszcze o tym nie wie. I po to poszłam do biskupa, żeby pomijając wszelkie możliwe prawa kościelne udzielił mi ślubu z prawosławnym obywatelem rosyjskiego narodu. Chcę mieć za męża człowieka, co to się kulą nie kłania i jest prawdziwym artystą. Jego marzeniem jest zarobienie na trąbkę, która zawojuje świat i jak średniowieczny rycerz pozbędzie się rasy panów i obłąkańczych myśli polityków, co ścigają duchy przeszłości i w szatańskich sztuczkach z kościołem poszukują prawdy tak zwanych, ciągłych wartości, wartości mamony, która sieje wiatr, a zbiera burzę. Mój mąż będzie taki, jak rycerze makeluccy, którzy z niewolników stali się panami i byli w ciągłej gotowości do spełnienia oczekiwań społeczeństwa, które sami stworzyli. Mój mąż, nie mąż – Elżbieta już płakała – będzie panem swojego i mojego życia i nie będzie podlegał rygorom polskiej rzeczywistości w tym pojebanym i feudalnym organizmie ojca odnowy Kononowicza, przewodniczącego rady państwa, który manipuluje polskim społeczeństwem.

– Ty się chyba pomyliłaś – wtrącił Kostia – nie rycerze makeluccy, a mameluccy, którzy jako wojownicy nie mieli nic wspólnego z muzyką, chyba ze grali na uczuciach tych, co to nie szanowali religii islamu.

– Czy my towarzyszu Levin nie znamy człowieka, który tutaj przyjechał zarobić na trąbkę?

– No znamy, ale co to ma wspólnego z Elżbietą, przecież to nierealne – a on nie lubi polskich dam, wypijmy jeszcze po jednym, bo dnem sięgamy dna i proponuję proszę państwa, aby udać się do swoich, tak zwanych domów i naładować akumulatory, bo Aleks chyba już jajka znosi, że nas taki szmat czasu nie ma, a o naszych tajemnicach nikomu ani słowa – bełkotał Kostia.

GENEZARETY

Wołow, spał kilkanaście godzin i pierwsze, co zrobił po przebudzeniu, to z kuchennego pomieszczenia zadzwonił do Aleksa, lecz jego telefon nie odpowiadał. Zdziwiony, spojrzał na zegarek, była druga nad ranem. Jego organizm już nie przyjmował snu. „Sekretarzyk” utkwił w jego głowie jak kolec, kłuł go niemiłosiernie, a myśl o posiadaniu tego bogactwa była teraz jego namaszczeniem, stała się jego obsesją. Postanowił skontaktować się ze złowrogim dla siebie elementem byłej wierchuszki, tak dla niego ta sprawa była poważna. Spalone przed laty łąki i pola kontaktowe pobudziły jego umysł do sformalizowania niechęci ku byłym katorżnikom jego życiorysu. Za wszelką cenę, mówił do siebie, znajdę kontakty, kontakty termiczne, przepojone dawnymi udawanymi przyjaźniami, które będąc mimozą, były fabryką wyobrażeń o istnieniu czegoś, czego nie było, a co było prawdziwe dla potomnych, chociaż było udawane.

I przypomniał sobie starego marokańskiego Beduina, który swoją uczonością odwodził go od myśli o riazańskim sekretarzyku i upewnił w nim błędną drogę istoty religijności i patrzył tylko na swoją muzułmańską tożsamość i nierzeczowość rzeczy, które tkwiły w religii islamu.

Nagły telefon wyrwał jego z jeszcze buńczucznej bezsenności. Roztrzęsiony, podniósł aparat, alkohol parował rzęsiście, a myśli uciekały niechcianym strachem. Nie patrzył na wyświetlacz, adrenalina wygrywała z rozumem, bo czuł strach przed Aleksem.
– W czom dieła – zagadał.

– No, job twaju mać, kak dieła, pacziemu ty ubieżał od swojewo druga i rabota ubieżała, eto ja, twoj bietsajdik.

Dostawał drgawek, strach przed znajomym głosem pomieszał radość ze zmęczeniem, a z posiadanego bogactwa o riazańczyku, zaczęły ulatywać kłęby czarnych parchów. Przetrząsał myśli tak, jakby odpowiedzialność za nic była więcej warta, niż nic, którego nie posiadał.

– Padażdi niemnożka – powiedział i zaczął snuć się po wertepach syberyjskich czeluści.

Nalał stakana wódki i popił swoim strachem przed głosem, głosem za straconymi złudzeniami.

– Mnie tiepier nietu – powiedział – ja nieżyw, padzwani zawtra – i pił kolejny kieliszek, kiedy znajomy głos rozdarł jego duszę na trzy wymiary.

– Riazańczyk w twajom diele, eta czto takoje?

Zamarł bez ruchu, jakby oddawał cześć bogom wieczności, w których nie wierzył.

– O czom ty gawarisz, czto eta takoje, mnie tiepier nie idiot, ja nie żyw.

– Ty panimajesz, ili pomnisz, kak my w miestie z drugami stanowili właść na ozierie Genezaret w Tryberidzie i w miestie pili charoszyj ruskij czaj i w mieście trachali chudożnyje diewoczki za dieńgi praszłowo sajuza?

Kostia zamarł kolejny raz i nie wierzył, że ktoś odkrył jego bezbronne marzenia o zdobyciu riazańczyka, był przekonany, że ten tłusty prawosławno-katolicki wieprz już dawno nie żyje, a jego kości pokrywa mgła ze świątyni przy sadzawce Betsajdy, kiedy kamieniami z góry Tabor i odległej Golgoty poderżnęli mu gardło politycznej rozróby. Był wkurzony i tym, że rusko-prawosławny aparatczyk obrzucał samego siebie swoją nierzeczywistością i tak był zakamuflowany.

Polskie bezrobocie pracy wywołało w nim enzym buntu i moralnej nijakości, której nie potrafił wywołać w nim rosyjski zryw wolności. Zawsze zależny, dopiero w tym polskim zapierduchu odnalazł bezbożną wolność Słowian i wolność przebaczenia, dopiero tutaj mimo satyryczności rządu poczuł, co to pierestrojka i brak nacisku na wolne myślenie, bo zawsze można się zbuntować, zawsze można powiedzieć – wypierdalaj – a sądy daleko. Podumał jeszcze chwilę i wywalił jak z repety, jeszcze pijackiej, ale szczerej do bólu.

– Ty mendo prawosławno-katolicka, ja były aparatczyk KGB, odmawiam tobie, jako wrogowi narodu i wrogowi partii wszelkiej posługi związanej ze służeniem tłustym aparackim sprzedawczykom, co to naród radziecki za prawosławne srebrniki i bezduszne bogactwa oddali w beznadzieje mafijnych układów.

Głos znajomy odpowiedział słowami nie swoimi, że Bóg przywrócił nam wolność przez Chrystusa, a przez grzech zostaliśmy skrępowani grzechami własnej namiętności i nałogów, staliśmy się jego niewolnikami, żeby w tajemnicy odkupienia spełnionej przez Chrystusa przywrócić święty dar wolności, a duchem życiodajnej miłości przezwyciężyć nienawiść i złość do życia poczętego nawet za stwórczym charakterem miłości, a całe nasze życie jest wędrówką przez czas, ku wieczności, żeby nauczyć się na wewnętrznym odnowieniu człowieka na nowo ducha świętego.

Słuchał Kostia tych bzdur i spazmy nie opuszczały jego jestestwa myśli. I odpowiedział znużony:

– Myśląc o was, omijałem pola, które w moich myślach zaczynały się zielenić i życie wiosenne zaczynało miłośnie pulsować, otaczając naszą wioskę strumieniem dawnego zrozumienia, ale w sakramencie pokuty muszę wam powiedzieć, że droga, którą wybraliście jest pełna wybojów i waszej prawosławnej wiarołomności bez namaszczenia, jest pełna i korupcyjnej pedofilii i bólu człowieczego, w związku z powyższym towarzyszu na tym odcinku wasza rola pocieszyciela przezwyciężyła mój lęk i oddaliła smutek i samotność, jako waszego wspomożyciela tak, że wynoście się z mojej polskiej bytności i nijakości bycia polskim robotnikiem – polska dusza dała o sobie znać, a poza tym nie mam nic wspólnego z riazańczykiem, któremu poświęciłem pół życia, i który z punktu widzenia polskiej robotniczej biedy, pozwolił mi zrozumieć, co to jest godność, radość życia i pozbycie się lęku przed takimi krwiopijcami jak wy. W związku z powyższym jeszcze raz powtarzam, że na tym odcinku towarzyszu pedofilu w sutannie, a mam na was haki, nie macie nic do roboty i jeszcze raz wspomagam was słowem, wypieprzajcie – i odłożył słuchawkę.

Był mokry potem zmęczenia, jakby złamał najświętszy sakrament w bogobojności swoich cnót, których nie dopełnia, a których rozpatrywanie autentyczności następuje dopiero po ogłoszeniu dekretu o jego heroiczności. Sięgnął po flaszkę i napił się jak hierarcha prawosławny. Przepuścił napój przez chleb, który najpierw obsikał, olewając w ten sposób wszystkie sakramenty, po czym jednym haustem całą szklanicę wlał do spragnionego gardła i poczuł w sobie rzecznika nadziei i na nowo malował obrazy z nawiedzonym riazańskim bogactwem, gdzie ogrody Edenu uprawiali Maorysi z KGB i pomniejsze kmioty reżimu byłej władzy.

Natchniony swoją wiarołomnością, włączył telewizor o czarno–białym ekranie, żeby odprężyć swoje zharatane przez bezbożników politycznych myśli. Obraz zamigotał, podkręcił gałkę ostrości, polał jeszcze jednego, urzeczony, szukał powtórek z rozrywki i nagle oniemiał:, na ekranie ukazał się On, ten niepowtarzalny jedyny grymas, którego nie zapomni do końca życia, kiedy na szkolnym łagrowszczyku, jak nazywali przerwy na wykładach w moskiewskiej szkole politycznej, ten On, zachwycony, czytał fragmenty o objawieniu pańskim i zniewoleniu kościoła afrykańskiego i jakiś fragment o człowieku, co to był współtwórcą cywilizacji miłości w kościele chrystusowym. Podkręcił gałkę głośności, żeby usłyszeć tego wiarołomcę myśli marksistowsko-leninowskiej, która karmiła przez lata jego chory umysł i dała mu szansę na zaistnienie w polskiej rzeczywistości politycznej.

Co mówił ten gryzoń i pasożyt? Kostię o zawrót głowy przyprawiały tylko złe myszodajne fragmenty o riazańczyku, ale on, Kononowicz, tak się teraz nazywał, był Przewodniczącym Rady Państwa i z tego, co Kostia zaczął rozumieć, państwa kościelnego, pod egidą wszelkich grzesznych i źle ułożonych praw, które w zakłamaniu swoim pochłonęły miliony ofiar w imię tak zwanych wartości w walce z pogańskim widzeniem świata.

I zatykały przewód pokarmowy Kostii, kolejne słowa z przemówienia.

„Dzisiaj chciałbym w imieniu wszystkich diecezji złożyć najgorętsze bóg zapłać za inicjatywę i rozpoczęcie tak odważnego i ważnego dzieła jak budowa nowej Rzeczpospolitej Pańskiej. Wszystkim architektom, inżynierom, murarzom, cieślom i budowniczym, wszystkim wam, co przerzuciliście to dzieło zgnilizny bezbożnej na mowę chrześcijańską, tak wam mówię, wsparty myślą katolickiego twórcy, rzeczywiste serdeczne zapłać z bogiem, bo zapłać z bogiem będzie naszym pragmatycznym i entomologicznym tak jak sobie życzycie, bożym jestestwem w nowej rzeczywistości. Dziękuję jeszcze tym, co to mury wznoszą, bo dzięki wam, którzy przerzucacie ziemię, wapno, cement i piasek, wznosicie stalowe konstrukcje i nie dajecie się złamać trudnościom, powstaje dzieło tworzenia i przez waszą ofiarę, tych, co to pili i tytoniu używali, powstanie nowe państwo, bez tych narybich używek i bez ciągot do wszelkich nałogów i będziecie wolni od grzechu i niepotrzebnych zamętów, bo tak jak wam kiedyś obiecałem, wszystko zlikwiduję, co to złe i obiecałem, co mówiłem”.

Słuchał Kostia tej bełkotliwej przemowy i zastanawiał się nad fenomenem kretyństwa politycznego polskiego narodu, który pełen intelektualistów dał się wykastrować takiej gnidzie, co to się dobrze wysłowić nie potrafi.

Ojciec Kononowicz, tak kazał do siebie mówić, jako ojciec narodu i Przewodniczący Rady Państwa, złamał głęboko zakorzenione przekonanie, że kariera zawodowa nie wiedzie przez wykształcenie i jako parweniusz wykorzystał ciemnotę narodu i wtargnął na polityczne salony bez tak zwanej legitymacji intelektualnej, za co pogardliwie traktowali go ci, co mu teraz podają do stołu i służą radą.

Jego język pełen niedomówień i wieloznacznych przedziwnych skrótów, który służył do opisu rzeczywistości, był bełkotem i konsekwencją przebywania za młodu wśród chłopskiej pseudo- inteligencji, co w połączeniu z drobnomieszczańską mentalnością dawało zaściankowy efekt bywania w tak zwanym świecie, co w oficerze KGB wywoływało pokłady śmiechu i kołchozowej pogardy.

„W swoich licznych podróżach po polskich wioskach i kościołach, mówił i mówił o przewodniej roli polskiego chłopa, już nie robotnika, i o przewodniej roli Boga w życiu powszechnym, która namaszczoną modlitwą daje nam ojczyźniany chleb i prowadzi ku europejskim standardom. Nie uległ też presji, czy wręcz idei samodoskonalenia się, bo nie widział siebie, jako tuzinkowego półinteligenta, czuł w sobie siłę politycznej manipulacji i często do swoich wyborców mówił o byłej władzy, że zdumiewa go fakt, w którym głos analfabety znaczy tyle, co głos profesora, a głosy mądrych głupców służą za posługaczy dla cnotliwych rzezimieszków”.

– Jak w taki sposób można rządzić krajem – podkreślał – i jak na takiej bajce, gdzie dni zostały pomylone, praktycznie można pokazywać narodowi jasne strony życia i opierać się na fantastyczności władzy?

Wcześniej, ojciec narodu, okazywał intelektualnej śmietance szacunek i uznanie, co było grą pozorów i fałszywym świadectwem fascynacji istniejącą rzeczywistością i wykorzystał długo panujący układ, w którym pan prowadził chłopa za rękę, jak się prowadzi dziecko, które jest posłuszne i się nie wyrywa i nie potrzebuje samodzielności. Podróżując po Polsce, był zaskoczony nigdzie niespotykaną w krajach europejskich usłużnością chłopstwa wobec władz gminnych, co skwapliwie wykorzystywał i budował w swej buńczuczności nowe pokłady chłopskiej wiary, która nobilitowała wieśniactwo zniesmaczone nikczemnym stanem panującej wszechwładzy. Rozliczne podróże po kraju, upewniały go, że stosunek chłopstwa do robotników jest nieufny, co stwarzało kolejną szansę do manipulacji wyborczych i tworzenia satyrycznego wizerunku dyletantów panujących na nowym bruklińskim moście władzy.

Kostia, przerwał na chwilę rozpalanie ognia w sobie.

Pozbierał szybko myśli – ubrał zgrzebny płaszcz firmowy, nacechowany jeszcze starą służbą i przeniósł znowu swoje myśli do Maroka, myśląc ciągle o Kononowiczu i o tym, po jakiej linii i dzięki komu został tym, kim jest dzisiaj. Że nikt nie odkrył, kim był naprawdę i kto stworzył jego wizerunek. Z tego, co mówił Roman, z pół Polski znało jego życiorys na pamięć, a przewodniczący ciągle mówił o wolności dorosłego chrześcijanina w Chrystusie. Czy wszyscy rozumieli przez to, że będą żyli tak jak im się spodoba, czy oznaczało to wręcz coś przeciwnego? Większość wyborców nabrała się zapewne na ten lep wolności i oddała swój głos na tego hienę buraczanego, jak o nim myślał Kostia, ale już po wyborach, Konan przetworzył swoje motto wyborcze na zdolność do bezkompromisowego pełnienia dobra, co wiązało się z pojęciem ducha świętego i otwarciem w ten sposób ścieżki do nowej formy wolności i szukania nie dwóch, ale jednej drogi, drogi niewoli, niewoli prawa, co to ustala nam żądania i ustanawia strach przed karą egoizmu ludzkiego, zamkniętego w ciele i płynących z niego patetycznych doznań żądzy, żądzy zapewne władzy – myślał oficer Wołow.

A akta KGB, z tego, co wiedział zawierały dossier wszystkich obcokrajowców, którzy przekroczyli próg, nawet knajpy w całym ZSRR. Kim był w takim razie tajemniczy osobnik pod nazwą o. Kononowicz? Tego, były oficer KGB Wołow postanowił się dowiedzieć kanałami myśli robotniczej i przy pomocy cudownych objawień myśli filozoficznej towarzysza Levina.

Kostia był znowu bez grosza i cała machina robotniczej urawniłowki musiała ruszyć od nowa, żeby tygiel pracy nabrał właściwego tempa, a ludzie tacy jak on, żyli dostatniej. Chociaż minęły miesiące, nie odczuwał nacisku władzy, czuł się wolny jak nigdy dotąd, pomimo tego, że czasami klepał biedę i mieszkał w norze. Potrzebował odprężenia po przebytych ostatnio przeżyciach, jego odporność oficerska została mocno nadwerężona, musiał odlecieć i wsiąść do swojego odrzutowca.

Brechą, wyrwał kawałek deski podłogowej, bo musiał naruszyć swój żelazny zapas, tym razem skuna, który też nieźle dawał kopa. Z półkilogramowego woreczka wyciągnął długi pasek opisany anagramem, rozdrobnił i wsypał na folię włożoną w gwint nakrętki butelki PET do połowy zalanej wodą. Dziesięć centymetrów od nakrętki wyciął otwór i rozjarzył miękki kawałek brunatnej substancji wchłaniając opary i czekał na natchnienie. Stęsknił się już za zapachem stali i kadzideł świętości robotniczych. Sam już nie wiedział ile było przerwy w tym zakonnym szaleństwie, ale wiedział jedno, że bycie robotnikiem w tym kraju było jakieś bardzo kolorowe. Oglądał czasami swoją robotę i czuł w sobie pierwszy raz w życiu namacalny dowód swojej wartości i jakiś podświadomy szacunek u innych i dla innych. Wspominał pierwsze tygodnie i Romana, co kazał za reksia postawić flaszkę. I honor za dwie dychy i jak robił z siebie kretyna, bo nie znał realiów Polski robotniczej, chociaż był po linii partii. Pomimo tych mijających miesięcy, zaglądał teraz do rzeczywistości jakże niewyuczonej praniem mózgu. Dotknął biedy, ale jakże niewymownej, biedy refleksji robotniczej, która patrzyła na ludzi wokół.

A co widział?

Nie widział tyle dobroci wśród ludzi, co kiedyś. Ludzie starali się być dobrymi, chociaż ich pulsujące charaktery były skłonne do kompromisu, co otwierało drogę do wolności i hamowało tępy rozwój religijnego partyjniactwa. Ale ten niby rozwój podyktowany strachem przed karą, zawsze kończył się utartym sloganem, że Bóg czyni dla nas to, czego nie byliśmy w stanie zrobić dla siebie. Mówienie o tym, że poznamy nową wolność i nowe rodzaje szczęścia, nijak się ma do przeszłości, która drąży ten kraj jak najazd tatarski i przed którą nie da się zamknąć drzwi.

– Pociągnę jeszcze dwa dymy gandzi – mówił do siebie. Sztachnął się mocno i znowu sam ze sobą rozmawiał, bo opuścili go przyjaciele. Zakołatało mu w głowie. Stał gdzieś teraz na konstrukcji, wysoko nad ziemią i patrzył swoim przejrzystym wzrokiem na migające postacie, przebrane za bałwany robotnicze i widział dziurę w dachu przysłoniętą płytą regipsową i cofającą się postać Jurija, młodego ekonomisty z Syberii, który nieświadomie stanął na bezsensownie położonej płycie i razem z nią spadł piętnaście metrów niżej na równie bezsensownie ułożone płyty styropianowe przygotowane pod wylanie posadzki betonowej. Sam załatwił mu u Cześka tę robotę, bo wysoko i nikt za bardzo się do niej nie kwapił, no i kasa była większa. Był przy nim pierwszy i ostatni. Wszyscy pouciekali z budowy i nikt nic nie wiedział i nie znał Jurija, który u nikogo nie pracował, tylko jakiś młody inżynier, widocznie nadgorliwy, chciał spisać protokół, bo myślał, że Jurij zemdlał. Ale gdy zobaczył krew to zemdlał razem ze swoim pierdolonym notatnikiem. Kostia zadzwonił na pogotowie i spieprzał gdzie pieprz rośnie, bo jak mawiał pan Czesiek w takich wypadkach uciekajcie do parku, najlepiej do parku bałwanów. Tak nazywał tych, którzy dali się złapać, jak pracowali na czarno, a on musiał później płacić słone łapówki, żeby mu firmy nie zamknęli.

Leciał teraz z Jurijem przypięty linami i pasami bezpieczeństwa na dach życia i śmierci, żeby pożegnać swoje przebaczenie w przeznaczeniu, którego pokuta była tylko kolejnym dżointem, ku chwale klasy robotniczej i wszystkich pojebanych roboli całego świata i świętej krainy o. Kononowicza.

Po śmierci Jurija pozbył się sumienia i nawarstwiał w sobie tylko pole nienawiści do tych, co dawali pracę i do tych, co ją wykonywali, czyli praktycznie do wszystkich, kochał tylko swoje genitalia, które go nigdy nie zawodziły i to, co miał pod deską w swojej norze. Kochał też pewną starszą panią, która będąc po trzydziestce czuła się tak staro, że załatwiła sobie rentę inwalidzką na chory kręgosłup i dojeżdżała trzydzieści kilometrów do innego miasta, żeby dorobić do renty, jako instruktorka aerobiku. Ona kochała go za to, że on ją znał, wiedział o jej podwójnym życiu zawodowym i jedyny użytek, jaki zrobił ze swojej wiedzy to regularne posuwanie jej skołatanych organów płciowych na zaspokajanie, których nie starczało mu czasu.

A teraz zakochał się w Nim i to platonicznie, czyli bez tak zwanej wzajemności, i postanowił poświęcić Jemu cały swój wolny czas, wszystkie pieniądze, których nie posiadał i wszystkie znajomości, dzięki którym taką miał nadzieję, pośle tego buraczanego zdrajcę na tamten świat, albo na Kołymę, w najlepszym przypadku na placówkę… do stolicy piotrowej.

Pociągnął jeszcze, teraz z gwinta, bo to resztka i najbardziej daje kopa i rozszerza szare komórki do tego stopnia, że ułuda staje się rzeczywistością i to namacalną nieraz rzeczywistością, której realizacja staje się faktem, a pragnienia nie lądują w koszu na śmieci.

Poczuł w sobie lodowaty ekshibicjonizm, nakrył się kołdrą i po omacku w szarych komórkach swojej wyobraźni szukał czasów, kiedy należał jeszcze do partii działaczy gospodarczych, partii, działającej na zasadach pozapartyjnych, czyli bez żadnej ideologii, partii, która miała swoją filozofię, służyła narodowi i społeczeństwu i broniła zasad sprawiedliwości społecznej. Łączyła zdobycze kapitalizmu ze zdobyczami socjalizmu i pomagała socjalnie niechronionym grupom ludności, służyła nie dogmatom, a żywym ludziom. Była to idea harmonijnego społeczeństwa łączącego światową cywilizację z tradycjami wielokulturowej społeczności, w której poszanowanie tradycji, religii i praw ludzkich było gwarantowane i chronione przez państwo. Kolaborował teraz ze swoimi myślami, tak jak czarni kolaborowali przez wieki ze wszystkimi w celu osiągnięcia szczęścia wiecznego, a mieszkał teraz w kraju, gdzie halucynacje sitwy kościelnej, łączyły się z chorą wyobraźnią i nierealne mrzonki zamieniały się w namacalność portfela i to grubego portfela, który wręcz puchł pod tak zwanymi „dobrami martwej ręki” i stawał się wrzodem na dupie całej polskiej wierchuszki politycznej odpowiedzialnej za rozdawnictwo.

Może będę dążył do spokoju umysłu poprzez wiarę, chociaż to niczego dobrego dla tego skołatanego narodu nie przyniesie – mamrotał sobie pod kołdrą. Niby sobie wszyscy chcieli pomóc, ale tylko chcieli. Tworzenie w zniewolonych już umysłach altruizmu nie powodowało braku poczucia bezużyteczności i goryczy. Egoizm był, jest i będzie domeną kościoła katolickiego, a ludzie dalej będą zagubieni, pełni strachu i obaw o byt materialny, którym kościół tak się kryguje sam opływając w dostatki. Panująca anarchia kościelna głosi dobroć, chociaż sama jest zanurzona po pachy w tak zwanym nieładzie moralnym, poprzez uczynki ciała, co dla chrześcijan jest zakazywane, gdyż duch święty niepojęty czuwa w zjednoczonym Jezusie, który poprzez swój cholerny egoizm sam się ukrzyżował dla wolności i miłości, żeby panować nad światem.

– Ale gdzie tutaj miłość do robotnika, który wykorzystywany w powojennej Polsce, dalej jest wykorzystywany i gnębiony. To, że ja, ruski czuję radość z bycia polskim robotnikiem nie znaczy, że oni, polskie rabotcziki, mają się dobrze – job twaju mać, zaklął pod nosem. – To, że ja ruski, mam w dupie wszystkich polskich robotników nie znaczy, że ma mieć ich w dupie władza i drążyć ich kieszenie. W związku z tym musimy zrobić rewolucję i usunąć zjawisko patologiczne, jakim są niewłaściwi ludzie na niewłaściwych stanowiskach. Wprowadzimy słynny radziecki system „Pulsar”, czyli będziemy okresowo wymieniać aparat administracyjny na wszystkich szczeblach władzy z przewodniczącym włącznie. Wprowadzi to prawidłowy układ stosunków personalnych w państwie, a opinia społeczna sama oceni defraudantów politycznych i wykluczy ich ze społeczeństwa pod nazwą „kuglarzy”, czyli tych łamaczy konstytucji o niewłaściwej postawie moralnej, którzy przekroczyli próg politycznej próżności i ciągną laskę biskupim fartuchom pod postacią franczingu, czyli rozdawnictwa dóbr narodu polskiego watykańskim pobratymcom.

– Ot ja, wkusnyj czieławiek – powiedział do siebie i wyleciał z łóżka, jak kosmonauta, żeby zwymiotować. Rzygał chyba z pół godziny, bebechy wychodziły mu na wierzch, organizm trząsł się pierestrojką, ale jeszcze załadował jedną lufę skuna i dopiero teraz poczuł się panem.

– Zbiorę przyjaciół i poprowadzę ich do kontrrewolucji, jeszcze wszyscy usłyszą, co znaczy rosyjski oficer łącznikowy, nie pozwolę żeby robotnik polski był gorzej traktowany od tych z zachodu, w końcu Polska to wolny kraj tylko pod butem Watykańczyków i czego tu jeszcze chcieć od życia, jak życie toczy się między bogiem a partią. Uruchomię swój system obrony, którym nie posługiwałem się już piętnaście lat, jest jeszcze czynny.

– Mój słynny wynalazek, pętelka na szyję i nożyk Obramy. Cudowny, prawie-sławny Obrama, słynny mnich, co to się nikomu nie kłaniał, jadał powietrze i ciągle powtarzał, że zanim trawa urośnie koń zdechnie z głodu. Hodował całe poletka pietruszki, karmił nią konie, a wyplute z końskiego pyska resztki dodawał do fermentacji pietruszkowego wina, które wyśmienicie smakowało nawet samemu Chruszczowowi.

Kawior Chruszczow rozumiał, wódkę krabową rozumiał, tylko nie rozumiał Obramy, że nie chce korzystać z przywilejów bycia sługą Pierwszego. Korzystał, więc Chruszczow z jego niezwykłych umiejętności manipulacji ludźmi. A kiedy nasłał na niego swoich zbirów, bo Obrama odmówił zaopatrywania go w swoje wina, jak przestali mu płacić, zakłuł dwanaście osób bez mrugnięcia okiem, tych na niego nasłanych i nikt do dzisiaj nie wie jak zaginęły i gdzie są ciała. Po tym fakcie Obrama zniknął, zabierając tajemnice wybornego wina na drugi kraniec Rosji. Przez pięć lat nikt go nie odnalazł, pojawił się, jak Chruszczow stracił władzę. Zapytywany, co się stało z ludźmi Chruszczowa udawał zdziwienie, a dopiero później mówił, że chyba umarli na śmierć. Był potem nietykalny i wykorzystywany do specjalnych zadań przez KGB. Teraz był mitem, ale jeszcze żywym mitem -Wołow już nie kontaktował.

W przebłyskach myśli, poczuł tylko lekkie kołysanie i ciepło kobiecego ciała. To chyba gospodyni przyszła odebrać dieńgi za norę, w której teraz wegetował, a właściwie uciekał, uciekał przed przeszłością i złymi mocami. Czuł teraz tylko sapanie, sapanie, sapanie.

POD ŻUBREM

Aleks objechał pół miasta i dopiero od właściciela knajpy koło kurii dowiedział się, że tacy to a tacy balowali chyba tydzień czasu, bo jak zaczęli w piątek wieczorem, pili do rana, wyszli, wrócili po tygodniu, znowu dyskutowali i pili całą noc, aż do rana. Strach było ich się nie bać, przynosili wódkę jak do swojego domu, ale płacili za wypitą w barze. Mówili o zakonie, zakonnicach, Riazaniu, meandrach życia w Polsce i takich tam pierdołach, jak to pijacy. Ich trzech i ona jedna, znana cichodajka kościelnych obwarzanków. Nie za bardzo Aleks rozumiał, o co chodzi, ale przynajmniej wiedział, że tylko pili, dlaczego, nie miał pojęcia.

Czym prędzej zaczął dzwonić w poszukiwaniu, Levina i Wołowa. Grunt palił mu się pod nogami, bo w międzyczasie odezwali się kolesie od ołtarzyka. Byli pewni, że ślad prowadzi do kościelnych, pokrętnych korytarzy. Aleks opowiedział im o zdarzeniu z kierowcą na dziedzińcu kurii i że w to wszystko zamieszany jest prawosławny hierarcha i wszyscy polscy święci ordynariusze towarzysza o. Kononowicza.

-Trzymaj język na kłódkę, jeszcze pogadamy rzekli pobratymcy i zniknęli – przypominał odbytą rozmowę.

Problemy, które dotknęły Aleksa i jego kompanów, zmiotły na drugi plan zadanie, które teraz wydawało się trudniejsze jak na początku. Cała ścieżka poszukiwania skrzynek z dobrodziejstwem riazańczyka, miała prowadzić do Niej i jej wiedzy, która przez lata tajemna, była teraz w zasięgu ręki. Praktycznie wszystko o Niej wiedział, ale kontakt pozostawiał Levinowi. Po to przecież wcisnął go na uniwerek, po to uknuli całą intrygę z pracami naukowymi, co za jakiś czas może kosztować głowy uniwersyteckich plagiaciarzy, pora, więc dotrzeć bezpośrednio do niej samej, ale najpierw trzeba z biskupami pod płaszczykiem dobra młodzieży stworzyć przy kościele szkołę dla gamoni młodopolskich. Wykładowcy będą powtórką człowieka z Bagdadi, dostroją się do makabreski, jaka ma być ich udziałem i pokaże siłę prawosławnej myśli połączonej z manipulacją, którą dowódcy sanatorium opanowali do perfekcji. Pozostanie tylko przekonanie Jej, że to też dla niej samej ten cały pochód, musi o tym wiedzieć ze szczegółami, ale teraz muszę powęszyć i poszukiwać koryfeuszy swoich wykładów.

Gnębił samego siebie, jakby przeklął życie. Jego nocne wyprawy zaprowadziły go do knajpy „Pod Żubrem” i tam, przy piedestale muzycznej biedy ujrzał stroskaną twarz towarzysza Marina. Gryzł Marin swoją egzystencję chwili w zmurszałej rzeczywistości w muzycznym kontredansie, nijaki, bez chwili radości, czekał wśród muzycznych lokalnych sław na miejsce przy muzycznym stole w towarzystwie brodatego grubasa.

– Witaj Marin – Aleks grubiańskim głosem powitał pobratymca.

Marin, jakby go nie znał, odburknął obojętnie:

– A to ty, wydrwigrosz patriotyczny, jeszcze ciebie matuszka Rasija nie zaprosiła na powrót do ojczyzny?

– Ano zaprosiła, tylko na pobratymców spotkanie, które może odmienić twoje życie i nie będziesz się musiał tułać po melinach muzycznych.

– Ty jesteś meliną w tym miejscu, a co tutaj robisz to mnie nie obchodzi, ja mam swoje plusy i minusy bycia tutaj i jest mi w tym miejscu dobrze, bo mogę, chociaż pogadać o tym, co lubię, a wczoraj nawet zagrałem ze znanym gitarzystą, który ma na imię tak jak ty, Alek.

– Ja przyszedłem w innej sprawie niż muzyka, chodzi o nauczanie w szkole za pieniądze. Możesz robić to, co lubisz, będziesz uczył młodych teorii muzyki, a może i grania. To jest stała praca, może trochę na wariackich papierach, ale daje pewne utrzymanie i gwarancje pewności.

Marin spojrzał na intruza i zadał pytanie natury przyrodniczej:

– Czy wiesz, co to są wróbelki?

– No, wróbelki to są ptaszki, tak zwane pospolite – Aleks zdumiony parzył na dziwacznego muzyka.

– A czy wiesz, co to są konwersje?

– Może konwersacje? – Aleks szukał drogi porozumienia.

– Tego możesz nie wiedzieć i to jest ta różnica między nami. Mówię o tym, bo za wróbelki wywalili mnie z roboty. Uratowałem trzy chronione prawem istoty na tym pieprzonym dworcu, wyciągnąłem je z rynny, bo pięć było spalonych. Jak odpalaliśmy konstrukcje to w rynnach były gniazda ptaków. Nikogo to nie bolało tylko mnie, Marina. No i serce mi nie wytrzymało i wyniosłem je na drzewa obok, zajęło mi to trochę czasu, ale to nie powód żeby mnie wywalać z roboty. Uratowałem trzy życia, które opłakałem i jakaś menda w białym kasku spisała raport, że siedzę na drzewie zamiast pracować, no i szef mnie wypieprzył i nie pomogły żadne wytłumaczenia, a przecież pracuję na czarno tak jak ci ukraińscy malarze, co robią po piętnaście godzin i jeszcze obiady dostają, bo takiej psiej roboty to tutaj nikt nie chce robić.

– No i zjawiłem się w samą porę, a tak w ogóle to skąd ty umiesz robić jakimś tam palnikiem?

– Wszystkich przyjmują, oczywiście po cichu, żeby nie płacić podatków i ubezpieczenia, a praca jak to budowa, wszystkiego się można nauczyć.

– Szukam ciebie od wieczności, wiem, że trochę nawaliłem, ale prawda jest pośrodku, mamy pieniądze na pierwszy rozruch i w tym jest twój udział. Byliśmy komandą i zawsze będziemy, trudności już mamy za sobą. Stoi za nami potężna organizacja natury religijnej, która może zostać w świetle tego, co powiedział Gorbaczow, „ustrojstwem na wieś czas”. Nie możesz zbudować sobie gniazda w swoim miejscu, bo jakieś pierdolone budowy dewastują ciężką pracę małej istotki, która buduje sobie domek w miejscu jej zdaniem bezpiecznym, które nie jest chronione przez tak zwane dyrektywy. W utopii demokracji kapitalizmu takie wróbelki są niczym w porównaniu z oligarchią pieniądza, który manipuluje przyrodą jak chce. A tak po prawdzie to nie spodziewałem się po tobie takiej wrażliwości na krzywdę zwierząt. Skąd u ciebie taka skłonność do umiłowania przyrody. Zawsze myślałem, że tobie w głowie tylko muzyka, dupy i alkoholizowanie się, a tutaj proszę, Marin piewcą przyrody. Nikt z chłopaków w to nie uwierzy. Już myślałem, że w środku czai się potwór, a ty reprezentujesz na zewnątrz wyluzowany swojski socjalizm, co to zwyrodniałe prawa odbierające ptaszkowi prawo do życia okupuje umartwieniem duszy i odwieczną głodówką.

– Naśmiewasz się ze mnie, ale kiedy patrzę na to, co się tutaj dzieje, to widzę zmutowane zło, gdzie niszczony jest duch narodu, deptana przede wszystkim młodzież, której byt biologiczny jest coraz bardziej zagrożony, gdzie pod twarzą katoprawicy, kościół jest zdolny do każdego kompromisu nawet z samym diabłem, żeby przypodobać się dla tego parcha o. Kononowicza. A tak generalnie to cuchną wszyscy pospołu upaństwowionym, zaściankowym klerykalizmem, podpartym kombatanckim wynalazkiem politycznego wykluczenia, jak za sowietyzmu stalinowskiego, gdzie społeczeństwo dzielono na lepszych i na gorszych, prawych i nieprawych, tych, którzy mogą mniej lub więcej. Mój ojciec, którego nie znałem, w czasie golenia swojej muzyczno-artystycznej twarzy, jako kapelmistrz pierwszej wody, słuchając radia, powiedział: „Ot swołocz”. Doleciało to do ucha ciotki Szury, która szybko szurnęła do GRU z informacją, że wróg narodu szkaluje wodza i Workuta lub Kołyma przyjęła wybitną jednostkę osobową na bazie interwencjonizmu artystycznego w komponencie twórczym, na odcinku pierestrojki wczesno-wojennej, zwęglając zmysł muzyczny w kopalnianych czeluściach ugody bezprawia. Wspominam o tym, bo reprywatyzując policyjny instytut historyczny, Kononowicz dał dowód swojej zajadłości powyborczej, prymitywnej frustracji i zwyczajnego stupajkostwa, a ja jestem teraz w podobnej sytuacji, w której nie ma wyboru, więc jestem skazany na marny i jałowy muzycznie epigonizm.

– Skąd u ciebie taka forma literacka, czyżby twoja polska dusza przemawiała językiem przodków?

– Po prostu dla mnie skończył się karnawał wyborów polityczno-muzycznych, w których nędza zwycięża biedę, a bieda pokazuje, że nędza nie jest taka zła, kiedy wędrujący świat nie pozwala jej się nudzić.

– Mówisz tak jak falansterzy, co to wodą i ogniem, którego w nich nie brakuje, chcieliby ugasić pożar nie do ugaszenia. Twoja megalomania z jednej strony wzbudza wesołość, bo przecież jesteś Polakiem za granicą, z drugiej zaś, robisz z siebie pajaca takiego, jak to udawane państwo polskie pełne patriotyczno-patetycznej mazaniny skąpanej na głuchej prowincji udawanego futuryzmu.

– Nie wiem, co to są falansterzy, ale wiem, że lubię pić cudzą wódkę, kochać nie swoje kobiety i pracować na swoją sławę. A poza tym to, co mówisz to są jakieś kancelaryjne frazesy na czarnym ryjowisku biskupich podwiązek. Musisz jeszcze wiedzieć, że w przypadku takiego cudaka jak ja, pracuje nie tylko głowa, ale i genitalia. Zbawienie we wrotach niebieskich mnie nie interesuje, bo robię wszystko, żeby świat się kręcił wokół mnie. Przeżyłem ostatnio czarne noce ascezy, bo bałem się nędzy życia. Było to niezłe widowisko duchowo-psychologiczne, które chęć nażłopania się zamieniło w krzykliwą histerię strachu i było dowodem na to, że dzieje świata i to religijnego, ociekają spermą, która przetłoczona przez machinę wolności, niezmyta, oddaje pokłony zgniliźnie życia i ludziom pokroju Kononowicza.

– Co ty bracie bredzisz? Przecież, jako lumpeninteligent nie możesz perorować jak zasznurowany w gorset wódz, którego wściekły bełkot milczenia położył na łopatki wszystkich wokół niego ignorantów.

– Niech tak będzie, ale jeżeli coś gryzę, to sercem gryzę, jeżeli coś kocham to sercem płaczę, tak jak za wróbelkiem. Nauczyłem się mowy piekielnej w czeluściach klerykalnego bełkotu, który przemawia przeze mnie. Wyszydzili mnie aniołowie Pana, istoty bez rozumu, więc ja ich teraz wyszydzam. Stąd komponent tak zwanej merytoryczności zobowiązań bez zobowiązań, stąd moje do bogów połajanie kapitalizmu racjonalnej myśli robotniczej, pierdolniętej pod sam sufit w tak zwanej śniadkowości, albo świadomości związkowej już teraz bez klasy robotniczej. Polej brachu, bo nie chce mi się już gadać, może nie jestem nowoczesny, ale jestem rzetelny i teraz zagram tobie tak zwaną muzykę. Zagram zębami na trąbce specjalnie dla ciebie, tak jak mężczyzna, który całuje pierwszy raz kobietę, właśnie zębami.

Aleks jeszcze nigdy tak naprawdę nie słuchał na żywo legendy, legendy muzyka Marina.
Rozmowie przysłuchiwali się stali bywalcy muzycznej knajpy i teorie Marina były im tak bliskie i tak ciągle powtarzalne, że wkomponowały się w atmosferę miejsca zagryzionego przez życie. Nie wyrzucały ich tylko poza nawias muzycznej myśli „Boże Młyny”, które zmieliły przybytek kulturotwórczego ateizmu muzyki alternatywnej i dołożyły piętkę chrystusowej biedy do strachu przed dokonaną eksmisją.

Marin zagrał na skrzypcach, sam, w strachu przed sobą, przed swoją niezrozumiałą ucieczką do stabilizacji, jakby czuł, że bieda jest wyzwoleniem lub po wyzwoleniu, ale w klubowym manifeście do życia pokazał, że dusza przegrywa z anarchią w bezkultowej tradycji marzeń.
Aplauzów nie było. Marin grał, jak to na zachodzie bywa, jako muzyk wyzwolony do pustej sali. Grał dla swojego menadżera.

ŚWIĘTO KONIA

Był dwudziesty drugi lipca, święto wyklętych w parkach, paranoicznych samochodów z kiełbasą do kolan i piwem lanym z beczki w cieple radości i spełnionych marzeń obywateli o dobrobycie chwili, która mogła już się nie powtórzyć, no i się nie powtórzyła. Nie powtórzyły się nigdy radości bycia ludzi wśród ludzi, gdzie na koncert z ogłoszenia przychodzili bez imienia, żeby w tłumie baloników podpartych sznurkami, zobaczyć człowieka, co nie narzekał na tłumy i bez praw przy fortepianie w tłumie braw pełnych zmarszczek, usłyszeć niechciane andante. Płynęły łzy radości braw, ale w popiersiach z betonu nie gasły myśli, bo nie było chleba przy klawiszach i niedosytu udręki wśród dziadków i wśród klawiszy czarno-białych, co tak jak dzisiaj bywa, przy piciu wódeczki, niektórzy, w resztkach mlecznego uzębienia szukają dwóch żółtych półksiężyców w „Mariocie” przeznaczenia. Nie było dla nich tylko szczepionki na czerwonkę, która była świętokradztwem za grzechy niepopełnione.

Nieliczna grupa wiwatujących na cześć lipcowego święta, oblegała ciężarówkę przypominającą parkowe samochody, które rozdawały parówkowo-piwne radości. Balony obsiadły plandekę i mruczały pomiatane słabym wiatrem, jakby chciały odlecieć w kosmos, ku swojemu przeznaczeniu. Zdyscyplinowana kolejka nie przypominała tamtego lipcowego nieporządku, który Aleks pamiętał z telewizyjnych przekazów. Stanął, więc, jak na musztrze i z banknotem w dłoniach odczekał swoje piętnaście minut, żeby spróbować zapomnianej radości.

O co ich zapytać w tym socrealistycznym parku, gdzie ludzie w podniszczonych garniturach trzymają proporce zrobione z arkuszy bristolu przybite do deszczułek z opakowań po e-pomidorach? Może pójść z nimi i całą grupą w głąb parku na kielicha i tam wspominać i płakać jak to robią Rosjanie na Dzień Zwycięstwa? Pytanie wyrwało jego myśli.

– Panu, co podać?

– A, piwo proszę i parówkę z bułką, no i może galaretę macie?

– Mamy, mamy – rzekł starszy młodzieniec o ogorzałej słońcem twarzy.

Podał Aleks banknot dwudziestozłotowy, ale pan od wydawania, skrzywił się tylko, spojrzał na nieznajomego i podstawił kartonową puszkę.

– Tutaj wrzucić proszę. Widzę, że pan nietutejszy. My częstujemy tylko swoich i nie bierzemy grosza, chyba, że ktoś tak jak pan na cele nasze grosza nie chce pożałować. Pan chyba nie będzie kontrolować tego naszego wolontariatu, bo nam tego robić nie wolno, ale pozwolenie od biskupa mamy, bo to nasze święto, uznane nawet przez przewodniczącego Kononowicza, bo inaczej nie dostałby naszych głosów. Pan jeszcze młody i nie pamięta tamtych czasów, gdzie tyle ludzie radości mieli z tamtego biednego bogactwa, które teraz wszystkim w gardle stoi. Zapraszam pana na potańcówkę, o tutaj proszę zaproszenie, to tam sobie pogawędzimy.

Podziękował i wybudzony życzliwością patrzył na nieliczną grupkę manifestujących niezadowolonych z socjalnego jestestwa, które obleczone w sztandar cudzoziemskiego deszczu wznosiło okrzyki o zniewoleniu narodu zmęczonego dobrotliwą socjalistycznością wspieraną piotrowymi sloganami o budowie autostrad do nieba. I poczuł się jakoś obco, jak każdy z tych, co nie są stąd i muszą wyjść poza własny umysł, żeby zrozumieć to, co się dzieje w tych tęskniących za tamtym życiem, głowach. Nie czuł współczucia dla protestujących, bo jego własne sprawy przytłaczały biedę radości w kraju ojca Ko. Na dodatek, kochanka Aleksa była w ciąży i chciała pieniędzy na aborcję, o czym Aleks nie chciał słyszeć, bo za to groziło dziesięć lat paki. Szło po prostu zwariować. Klimaty bezprawia, bo tak Aleks nazywał obecną sytuację w tym słowiańskim kraju. Przyjechał, tak myślał na początku, do Europy, a czuł się tak, jakby tym krajem rządzili muzułmanie. Gdzie się człowiek nie ruszył tylko zakazy i nakazy, gorzej jak w popieprzonym Sojuzie. Na domiar złego obcokrajowcy w ciągu roku musieli opuścić teren Polski, jeżeli nie mieli rodzin, pobytu i przyjechali tylko na zarobek.

A tak poza tym to wszystko było w porządku, a powiedzenie „można zwariować” traciło aktualność i jakby powiedzieli ruscy „niczewo nie lzja, tolka wsiewo nam nada”. Jeszcze dochodziło do tego załatwianie pozwolenia na pracę, które wydawała miejscowa kuria biskupia, a której Aleks zawdzięczał list gończy, bo przecież naruszył jej eksterytorialne rejony, kiedy to porwał kolesia i zakopał go po szyję w ziemi, a później urządził mu pogrzeb kasetowy. Nie był świadom tego, że w państwie prawa wszystko jest nagrywane i analizowane i jego skromna osoba zaszkodziła stosunkom polsko – watykańskiej kongregacji podstawy wiary, przez co prezydent miasta musiał podać się do dymisji, gdyż w okresie ustawowych czterdziestu ośmiu godzin, obywatel X nie został odnaleziony i osądzony, co równało się pogwałceniu konstytucji, która gwarantowała neutralność obywatelom watykańskiej państwowości i dawała wszelkie prawa na niwie szukania sprawców wykroczeń i osadzania ich w służbie watykańskiej partii pracy.

– I tak żyję sobie spokojnie na watykańskich stepach niewoli, a teraz nie wyjadę stąd, bo zamkną mnie czarne stonki – ryczał sam do siebie. Ale Aleks nie dawał za wygraną. Swojej zaciążonej, jak ją nazywał, nakazał jak najszybciej za siebie wyjść za mąż, bo ani myślał wracać do Rosji, gdzie czekała go kolejna zsyłka.

Tutaj i teraz, na obecnym etapie życia był niewolnikiem watykańskich obwarzanków i w najgorszym wypadku będzie służył w gwardii przybocznej samego papinno, jak w Rosji żartobliwie nazywa się papieży. Zaczął, więc szybki proces przystosowania się do polskiej myśli, realnej namacalności faktów, z którymi nie próbował nawet dyskutować. Uderzył w przywracanie realności życia, nie budowlanego, ale tego, co daje realne korzyści w wymiarze tak zwanej sprawiedliwości społecznej. Ulegał faktom nie mitom. Zakupił w serwerze danych pierwsze męskie ciało bezdomnego do pochówku i zorganizował mu pogrzeb. Wiązało to się z tym, że papiery pochowanego obywatela dostawał sponsor pogrzebu i miał je według prawa oddać rodzinie, czego oczywiście obywatel Aleksy O. nie uczynił. Przejął dane, rozpracował je, dogadał się z rodziną merytorycznie i dostarczył je, jako swoje do kurii biskupiej, co wiązało się ze sporym wydatkiem nie tylko finansowym, ale tak zwanym podnóżkiem, czyli przepracowaniem na rzecz kurii w ramach tak zwanej dobrowolnej rewolty myśli dwustu godzin w roku przez pięć lat, aby uwierzytelnić swoje przywiązanie do walorów pobożności, jak to nazywał biskupi wikariusz. Nie wszystkich było na to stać, ale Rosja, to nie polskaja obłast i z przyszłą żoną w poczet ideowo wiernych namiestników Chrystusa wstąpił za tak zwane srebrniki perspektywy budowlanej, czyli nadliczbowe godziny przyjaciół i pomniejszych samarkandzkich braci, wśród których czuł się jak judaszowy męczennik.

– Nie w głowie mi teraz czekać, podeprę się świetlaną ideą krzyża, żeby nie iść do nieba przez komin gazowy, obejmę się z eminencją, jak kamień z kamieniem i w bożej świadomości wypłynę na świat ponad głowami tych, co doją boże mleko z moich riazańskich skrzyneczek.

Pewny swego umówił wizytę u biskupa twardziela, z którym jak myślał lekko nie będzie.

Z lubością, przekroczył znajome progi i odczekał chwilę przepisaną rozpustnikom nie tylko z kościelnych ambon. Wielebny, zaskoczył wylewnością Aleksa, który poczęstunek i otwartość, jaką okazał biskup potraktował z przymrużeniem oka. Edukacja młodzieży przedstawiona w planach kurii miała być nowatorskim programem, który bardzo Aleksa zainteresował i z wrodzoną sobie tak zwaną nieśmiałością nie omieszkał zapytać czy edukator młodzieży to byłaby właściwa funkcja dla takiego iluminatora myśli wychowawczej, jak ja, czyli Aleksa.

– Jestem wielce rad – biskup natchniony łapał się na lep – że w waszym towarzystwie miły bracie, to zdeprawowane środowisko przylgnie do zasad wiary w Chrystusie Panu i ujrzy nową drogę ku sklepieniu bożemu.

Aleks wiedział, po co i z czym miał przyjść.

– Chcę, aby ten jeszcze datek, wpłynął pozytywnie na naszą współpracę. Wręczam wiec wielebnemu dziesięć carskich monet pięcio-rublowych w złocie. Liczę na waszej eminencji pomoc i wsparcie, o które nie omieszkam poprosić w mojej posłudze z trudną młodzieżą.

Mocno zaskoczony taką szczodrością klecha, mało nie zrobił w sutannę i z inkrustowanego barku wyjął czerwoną butelkę z przyklejoną na niej postacią człowieka znanego z telewizji, popatrzał na nią i polał po szklaneczce.

– Za przewodniczącego Kononowicza.

A gdy wypili, przycisnął mocno Aleksa do piersi, fałszywie mocno, tak po żydowsku, uśmiechając się do lustra, żeby zobaczyć Żyda wiszącego głową w dół.

Młody i nie w ciemię bity Rosjanin już widział siebie w nowej roli, jako edukcjoniera młodych, kurewsko młodych, polskich wilczków i ich garnitury życia wciśnięte w kamasze rosyjsko-watykańskiej łagrowszczyzny. Już widział tę inżynierską swołocz, jak swoją teoretycznością politechniczną, dźwiga na barkach skomplikowane priorytety budownictwa tłamszone przez osieroconego polskiego robotnika, który karmiąc bezdomne inżynierskie mózgi, wygryza ich z fundacji i defraudacji, defraudacji myśli.

Nareszcie dokopię tym prostaczkom inżynierskim – myślał, kiedy biskup, zachwycony prezentem rzekł, jakby od niechcenia:

– Myślałem o edukatorskich obozach pracy dla młodzieży szkolnej i akademickiej, które spełniałyby rolę łącznika pomiędzy szkołą, a kurią, żeby przyszłe kadry mogły nadawać ton naszemu wspólnemu życiu bożemu. Problemem jest tylko zaufana kadra pedagogiczna, która mam taką nadzieję, w twoich rękach bracie, spełniłaby nasze oczekiwania i należycie wypełniła swoją misję. Stąd moje kolejne pytanie. Czy w kręgu twoich znajomych znajdzie się kilka osób o twoim standardzie myśli, którymi byś pokierował i które są godne zaufania?

Aleks już klęczał przy wszystkich ambonach i ołtarzach, żeby tylko wyrwać ten kęs, który był dla niego objawieniem, ale zamataczył z lekka, że pomyśli i odpowie w najbliższym czasie. Już widział ze swoich pobratymców złożone nowe zagony Guderiana.

– Dajcie mi eminencjo trochę czasu, bo propozycja jest dla mnie dość zaskakująca, choć nie ukrywam, wcześniej odwiedzałem kurię, tylko jakaś siła i wrodzona nieśmiałość w mojej bezinteresowności zniewalały moją tutaj obecność i chęć współpracy dla potrzeb młodzieży, a tylko tutaj widziałem możliwości edukacji rozbestwionych pokotów, maluczkich baranków Jezusa, co w swoim umiłowaniu rodzaju ludzkiego, jakby zaniechał w swoich naukach pobożnego bytu jednostek zdeprawowanych. Stworzę, zatem w najbliższym czasie seminarium obozowe, w którym czesne musi być wygórowane, a poziom dyscypliny zbliżony do, proszę się nie obrażać, oddziałów generała Guderiana, słynnego niemieckiego humanisty, który z wojska zrobił przyboczny bastion ludzi kultury i sztuki, a jego wpływ na oficerów podziwiała cała ówczesna Europa, co mniemam, Eminencji nie przeszkadza, wszak chodzi nam o edukację i tylko edukację w pełnym tego słowa znaczeniu.

– Es modus In rebus – biskup chytrze chciał wywrzeć dobre wrażenie.

– Tak, umiar w rozumie, to trafne określenie i dobrze wpisuje się do naszego trudnego zadania – odpowiedział Aleks bez cienia zażenowania. – Musimy zdać sobie sprawę, że zaglądamy do pustego cylindra, w którego wnętrzu znajduje się próżnia, a wyciągnąć musimy z niego królika i to białego królika.

– Pomysł jest nad wyraz ekscytujący i mniemam, że osobowości nie osobliwości będą opuszczały seminarium obozowe, jak to nazwałeś synu. Moja propozycja dotyczy też spraw personalnego udziału nas obu w tym eksperymencie, czyli udziału bez udziału, tak bym to nazwał. Moja osoba nie może funkcjonować w umysłach seminarzystów, natomiast twoja rola powinna się ograniczać do wywierania wpływu na twoich ludzi i sporadycznego udziału w seminariach.

– Istotnie, drogi biskupie, mój udział w seminariach i cały pomysł jest w istocie drogą do poszukiwania darmowego obiadu, w którym fałszywy diabeł podsuwa nam danie, którego nie chcemy spróbować. Musimy skoncentrować się na pedagogicznej stronie budowania wzorców i one w boskim istnieniu muszą być spożyte przez młodych, zbuntowanych, politechnicznych humanistów. Spojrzeć trzeba na to przez teorię gier, którą młodzież wkomponowała w swoje zniewolone przez satanistów internetowych, umysły. Komplikacja tegoż zagadnienia polega na przemożnej chęci wywierania wpływu na dorosłych, poprzez manipulację logarytmem logicznym fałszu i prawdy. Niechęć młodych do wykonywania wszelkich posług nie tylko kapłanom, ale też szarym domownikom, wynika ze złego zrozumienia roli starszych w ich życiu, gdyż diabeł opanował ich dusze i maniera, której ulegli, tłamsi ich własne ego do tego stopnia, że zdradzają cele chrześcijaństwa i niedługo tak im się tylko wydaje, zdobędą Stolicę Piotrową. Pomijając rolę waszej eminencji w naszym programie, musimy niestety użyć autorytetu kościoła, jako przysłowiowej nogi motyla, który zniewieściałych młodzieniaszków i młode pliszki, wyrwie z pasożytniczej, matczyno-ojcowskiej nadopiekuńczości. Nie możemy sobie pozwolić na jakiekolwiek słabości, żeby na ruinach odwiecznych wartości stawiać nową formułę chrześcijańskiej retoryki, a zwolennicy sekularyzmu i tak zwani laicy powinni dostać szansę darmowego uczestnictwa w naszych seminariach obozowych. Nasze motto całej operacji powinno brzmieć: „To Bóg powinien się nawrócić”; co podaję eminencji pod rozwagę. Jest to może zbyt śmiała prowokacja, ale każda nawet tak niezwykła operacja na młode szczury, wymaga pewnych porządków, aby młodych wychować w cnocie męstwa i ubóstwa.

– Drogi biskupie, spotkajmy się za dziesięć dni i wtedy, mój plan, o którym wspomniałem zostanie skrystalizowany merytorycznie i na tym odcinku proszę biskupa mam nadzieję, osiągniemy sukces, bo ja, człowiek tak zwanych małych radości, mam nadzieje osiągnąć radość sukcesu w duszpasterstwie z młodzieżą.

– Żegnam i mam nadzieje na rychłe spotkanie – oczarowany biskup, bez słowa pożegnał swojego Żyda, Żyda wiszącego głową w dół.

GIMNAZJUM

Ciężkie zadanie, jakie Aleks wziął na swoje barki, miało swój cel, o którym jeszcze w Rasiji, nie śmiałby nawet zamarzyć. Muszę ich wszystkich zebrać do kupy, a dawno przecież nie byliśmy razem. Tak zwana bieda i pogoń za groszem, doświadczyły nas wszystkich – myślał. Polska rzeczywistość, wykreowana teraz przez nową interpretację nakazów bożych była gorsza od wypraw krzyżowych, które pochłonęły przecież miliony istnień ludzkich w imię tak zwanych wartości kościelnych. Minęły wieki i to, co teraz się dzieje przypomina owe wyprawy, dokładnie jak w średniowieczu. Ciągłe uliczne burdy wywoływane przez podejrzane elementy nie stanowiły o niczym, czego nie mógłbym się podjąć. Ciężko mieć dzisiaj poczucie humoru, a tego przecież nigdy w naszych narodach nie brakowało. Słowo sekretarzyk, będzie mi się od dzisiaj kojarzyło tylko z sekretarzowaniem w tym zakonnym miejscu i przyciąganiu młodych do swojego obozu.

Zebranym przyjaciołom nakazał nalewanie z próżnego w pełne i głosił myśl o magnesie i o przyciąganiu. Pisał regulamin na pergaminie podarowanym przez biskupa, a papier trudno przyjmował tekst, który burzył jego prawosławną krew, ale riazańczyk był wart tego poświęcenia.

Uczniom swoim pisał:

„Poświęcam wam swój czas, w którym będziemy szukali fundamentów wiary i prawdziwego objawienia poprzez rozum, będziemy przeciwstawiać biblię tym objawieniom, które pobudzą rozum do tego stopnia, że będziecie zgodni w swoich poglądach i będziecie się trzymali z dala od wszelkiego zła i wszelkich niegodziwości tego świata. Niektórzy z was dostaną klucz do władzy, żeby zapobiegać rozpowszechnianiu się czarnych owiec w stadzie naszego Babilonu. Pozwalam wam się tutaj zatrzymać, bo smutne to, że wy, zimowi ludzie gnacie za cienką pościelą, w której białe płótno musi być zawsze czyste jak równina na grzbiecie królika. Nie doświadczycie tutaj uczucia, tylko chłód szronów w opłotkach na tłuczonym szkle flaszki z czarną etykietą. Będziecie się ciągle mylić i szukać gorzkich słów dla wyszczerbionego kubka, w którym ciepłe mleko będzie triumfem płaczu i strat. Nie pozwolę wam tutaj na żałobę, bo tutejsza bieda potrzebuje nut i pryska jak szkło mleczne na ból serca, które uczynicie bólem miłości bożej. Będziecie żyć i umierać tak jak nakazują zegary. Wasze rozrzucone cele bezsensownych złotych monet są, jak przelotny mieszkaniec hotelu, który brzęczy nutą w cieniu drzew i nie odejdzie stąd, bo to wam jest przeznaczone i jak mawiał patron nasz, wejdziecie na naszą stronę do naszego hotelu i będziecie tęsknić za ziemią nieobiecaną, gdzie wystarczą trzy brzęczące nuty, żeby zostać drzewem w cieniu przeznaczonym na mogiłę.

A ja wam mówię, że zanim tutaj przyszedłem nie miałem praw, które teraz mi nadano, abym wybierał ciemności południa i uważał czarnych oszustów za ofiary spełnione. Będąc tutaj i łagodząc swoje obyczaje z chmury gniewnej nadacie obłok łagodny i nadarzycie ziemię sobą, żeby było łatwiej żyć, żeby wybierać północ i południe i żeby w waszym bezbronnym rozumie nie być lekkim i kalekim w trumnie. Nie stoicie tutaj, zatem pośród nocy jak na więziennym komunale. Wam podzwania Jezusowy klucz, gdzie w oddali waszych korytarzy, każdy z was może być koryfeuszem otwartych drzwi i jak zecer przetrącony losem, będziecie śpiewać piosenkę w niebie lazurowym z oddali piekła i z nieba. Będziecie się mienić, jako młodzi studenci we śnie przemijanym, który szuka rekompensaty za utracone majątki w podrobionym życiorysie. W szpitalach naszych zapadnie noc, kiedy świt zaglądnie do waszego zmęczenia. Będziecie w nim przyjmować napomnienia, ale to nie was trzeba będzie napominać, żeby w chwili smutku i zwątpienia nie płakać i przyznać się do obsesyjnego poszukiwania szczęścia, a celem życia nie jest przecież szczęście, lecz bogobojność, wierne oddanie panu naszemu, który poprowadzi was do nowych wyzwań na drodze pełnej przygód z Bogiem. I tylko wy będziecie mogli udźwignąć ciężar nowej rewolucji obyczajów i przywilejów. Musicie widzieć z daleka waszą katedrę w cieniu wieżowców rozpusty. Pajęczyna, która was oplecie przetnie stare liście w miejscach, których nie widzicie i będziecie pożerać linie na owych liściach, żeby widzieć piasek na księżycu, będziecie pożerać kamienne miasta z pustymi plażami, a piękne kobiety będą stały twarzami do słońca, żeby zegary czasu grały wam muzykę Jezusowych zmysłów. Drabina Jakubowa, będzie ciągle wracała do „teorii gier”, jak rzeka przebaczenia, która pochłania topielca i rozłamuje w zgrzycie progi rzeki.

Wasze uczucia nie spotkają góry idyllicznej, będziecie powtarzali wciąż mowę o zegarach ciała, że wywodzicie się z jednej rodziny kosmosu. To, co chcecie i do czego dążycie, zostanie powiedziane tutaj, na waszej nowej nie drodze, a ścieżce życia, będziecie przygotowani do nowych wyzwań i odkryć i będziecie walczyć o naszego nowego Jezusa Pana. Wasze wychowanie będzie dążyć do tego, że w nowym referendum ogólnokrajowym sprawicie, że nadanie nowego wymiaru rzeczywistości tego kraju i nadanie nowego godła państwowego będzie prerogatywą w naszym życiu.

Ruch, który będziecie tworzyli zgromadzi tysiące członków, ale wy będziecie kopać doły i głosić Jezusa królem Polski, nowej Polski. Będziecie głosić hasła i ich bronić, że Polska, jeżeli przyjmie Jezusa za pana swego, to zginie. Będziecie ostoją nie tylko państwa, ale będziecie ratunkiem dla Polski i być może staniecie kiedyś na czele nowego rządu. Musicie pamiętać, że obecne władze kościoła nie rozumieją istot tak zwanych świętych, które były bliskie naszemu papieżowi i odmawiają uczestnictwa w przykazaniach bożych nowego świata Jezusowego.

Mówiąc waszym językiem należy im się potężny kopniak i to w imię środowisk twórczych, które tak wspierały krajowe duszpasterstwo pod czerwonym pomponem. Jest to może objaw walki z osobowością i permanentnie przez rękę zniewalanymi hormonami w istocie bytu ciała bezpłodowego, do którego zapewne będziecie bezrozumnie dążyli.

Mówię wam, że w świątyniach zacnych patronów i pospólstwa wszystkich kumpli, odprawiane przez nabożnych biskupów ewangelie mają charakter iście teatralny i powoływanie się na patronów dziesiątej muzy gładzi tylko oblicza muzułmańskich statystów chrześcijaństwa. To „imamowie” katolicyzmu, ludzie bez twarzy, stworzyli kult przeobrażania obrazów w relikwie i intronizowali kolejne kopie kopii, jako oryginały, które doprowadziły społeczeństwo do zburzenia harmonii i porządku stwórczego świata, co przypomina kolejne laboratoria frankensteinów in vitro i zachcianki na niepełnoletnie dzieci. Kościół nie wyjaśnił społeczeństwu biedy, która nieskrobana, nie zorganizowała życia zgodnie z prawami bożymi, w którym zboczone czarne morderstwa nie uratowały nawet waszego człowieczeństwa w imię małpiego rozumu. Stąd do was moje skromne zawołanie!

Nałóżcie na siebie krucjaty różańcowe i módlcie się w środkach komunikacji miejskiej. Pokażcie naszą wolę zwycięstwa i rozliczajcie tych, co się z wami nie modlą”.

Przerwał na chwile pisanie i czytał to kilkakrotnie, insynuując wykład, jako rzeczywistość, w której przebywają młode wilczki. Już rozmawiał z młodzieżą, ciągle myśląc o Niej, tej niepokornej opozycjonistce, bo bez Niej dotarcie do prawdy, było jak strofy nocy bez wierszy ulubionych poetów, w których perły były tylko dodatkiem do odwagi i częstego niezrozumienia tajemnicy skarbów, skarbów, bez których do Rosji nie było po co wracać.

I nagle usłyszał głos, jakby wieko pękło od pioruna.

– O kurwa, to przecież niezgodne z konstytucją – blondyn brunatny, nieśmiało wypowiedział. Alek tylko z lekka się żachnął i szeptem myśli, dalej pisał z błogą miną dialog swojego przeznaczenia.

– Wygląda na to, że słowa waszych pieśni stawiają wysoką poprzeczkę dla kościoła artystów, jakim się będziemy mienić, a apostolski wymiar naszych założeń programowych i ideowych, będzie poznawczym studium dla apostolskiej teologii myśli.

– Wystąp synu i przedstaw się nabożnym członkom odwagi poglądów pana naszego.

– Jam jest Inicjatyw Obywatelski, tak się nazywam i w pokłonie nowemu Panu ślę urocze pogorzelisko myśli, bo człowiek, który zaprzecza swoim poglądom i lekceważy je pozbawia się szczęścia.

– Będziesz, zatem naszym seminaryjnym samorządowcem, jako nowo narodzone dziecko in vitro, gdyż możesz wyrosnąć na człowieka instytucji, która może być nową inkwizycją, wyrosłą w poczuciu winy rodziców i dewiacji godzin nadliczbowych. Będziesz, poza tym łącznikiem pomiędzy mną, a całą grupą.

– Ja tutaj nie jestem od tego, żeby za was wszystko robić, śpiewać, modlić się i was nauczać. Jestem od tego, aby was prowadzić. Za filarem waszego nieszczęścia będzie stał taki człowiek jak ja, który słowo litość ma w dupie, a jego maksyma to: „Owce nie dyskutują”. Specjały, których tutaj posmakujecie są jak tamiflu, likwidują pasożyty wszelkiej maści. Będziemy nasączali wasze wnętrza od zewnątrz, aż zapałka uczyni z was bursztyn o smaku soku malinowego. Będziecie burakami pokrojonymi w plastry odstawionymi na dobę, po czym znowu tutaj wrócicie, żeby zrobić z was mamałygę, albo jadeitowe amulety. Nie szukajcie fałszywego blasku swoich zachowań, wasz socjalny byt będzie poczerniałym zgliszczem nieczułych serc. Pozwalamy wam tutaj zostać, żeby żałoba waszych zachowań nie była biedą polskiego chrześcijaństwa. W dzień i noc będziecie wracać w nieczuły świat otoczony czernią i myślą o czerni, która was otoczy fałszywym kirem niemożności. Poznacie tutaj biedę i pychę i na poczerniałych zgliszczach będziecie więźniami nie lata, a zimy, zimy, ogromnej i białej, żeby powrócić w świat żywych i umarłych, tak jak świat trzydziestu srebrników, o których nauczał Jezus, pogrążył się w świecie krzyża, który stanowią dwie tylko przekątne owiane nimbem skandalu, a bez nich przecież Jezus nauczał prawdy i pojednania i bez kropidła przenosił góry Arktyczne. Materialne wyobrażenie krzyża i używanie tego symbolu, jako symbolu prawdy nie ma nic wspólnego z Chrystusem, jest tylko bałwochwalczym insygnium solarnym, przejętym siłą przez wynaturzone papieskie indywidua.

– O co więc teraz tłuste pingwiny robią tyle hałasu? Po co władze tyle lat po pierestrojce, uwikłane w seks skandale z ozorami pokalanymi oralnie namiętnym lizaniem kleszych dup, bronią dwóch przekątnych w niekonstytucyjnym opętaniu?

– Ogłupieni, powoli zatracą instynkt samozachowawczy i wszystko będzie możliwe, i pozwolą sobie wmówić, iż krzyż nie jest przeszkodą w byciu wolnym człowiekiem, a któregoś dnia nastąpi przebudzenie i być może będzie ono bardzo bolesne, będzie chrześcijańskim bełkotem ideowym bez tożsamości swojego istnienia, bez obdarzenia godnością dziecka Bożego. Obudzicie się i powrócicie znowu do świata żywi i nieżywi, będziecie niecierpliwi, kiedy szron sypnie na wasze skronie chwile spędzone tutaj i w fanatyzmie odgadywania prawdy, snów i ciemności, a zwłaszcza cierpliwości, w waszych umysłach narodzi się nowy Bóg. Mędrzec powiedziałby, że starczy, że Bóg się narodził i po przebiegnięciu dwóch tysięcy lat nie ucieknie przed samym sobą, tyle zła w jego uczynkach, ale wy macie stać się pochodnią podpalającą z ukrycia wszystko, co się do was zbliży. Wasza tutaj nędza ma być ciemnością i utrudzonym spoczynkiem, a wasze schylone grzbiety będą bogactwem, piosenką i ciężką ziemią na waszych spadających powiekach pod naporem zła i ludków w czerwonych bucikach.
I tak zakończył pergaminowy regulamin mówiąc, do swoich uczniów: „Rozejdźcie się i zapełnijcie pustkę, która w upadłej naturze człowieka, pod znakiem ryby czeka na wyłowienie z sieci zbawienia w duchowym przebudzeniu i odrodzeniu”.

WYKŁADOWCY

Zaproszeni do udziału w wielkiej reformie przemian, Kostia, Levin i Marin nie widzieli siebie, jako tak zwanych nauczycieli przeklętych bachorów. Niewymuszony w swych zgrzebnych wypowiedziach Aleks potrafił rozbierać słowa na czynniki pierwsze tak, jakby mówił przebrzmiałą polszczyzną mandaryńską, dla normalnych ludzi już niezrozumiałą, jak „Bogurodzicą” wplecioną w piosenki rockendrolowe. Chodzące po mieście bojówki robotnicze też nie wróżyły nic dobrego, a nikt jakoś na to nie reagował. W tym całym galimatiasie, jaki się tworzył nie rozumieli tego, jaką reformę i co zamierzał prowadzić, tego nie mogli się nawet domyślać. Czy zagubiona we współczesnej realności gówniażernia wymaga aż tak gwałtownych nawróceń? Czy ci gniewni półanalfabeci, których samopoczucie wtedy się poprawia, gdy kogoś pobiją, czy obrażą, są warci modernizacji w wygibasach nacjonalistycznego klerykalizmu i represyjności? Czy scentralizowane państwo patriarchalne, pełne nadużyć z komponentem tradycjonalizmu i populizmu nie jest już dostateczną izolacją wszystkich porządnych obywateli?

– Dla nas ten kraj to będzie teraz ziemia maryjna, chociaż miała być obiecana – Levin, smutny i nijaki zająknął się siarczyście.

– Powinieneś jeszcze dodać: „aby dać wyraz woli utrwalenia pokoju powszechnego i chcąc przyczynić się do wielkiego dzieła zgodnej współpracy miłujących narodów” – Kostia tylko się żachnął i wyciągnął zeszyt.

– Przeczytam wam wiersz, który napisałem przed wyjazdem z Rosji, bo widmo powrotu wisiało nad moim życiem, więc druzja. Posłuchajcie!

„Stałem z pustymi oklaskami od wczoraj,
Do dzisiaj z mokrymi rękami siedziałem
W poczekalni i płakałem,
Wycierałem czarną plamę na policzku
Znowu mnie bili kolczastym wieńcem
Wolności na dachu nie doczekałem”

– Poeta, strzelec wyborowy, Wołow, okazuje się wierszokletą patriotycznym, piszesz tak, jakbyś był prorokiem słowa, może jesteś Melachjaszem prawdy, prawdy końca pewnej epoki czasu onego, gdzie proroctwa niespełnione, jak prawdy traktowane, są supermarketami z przecenioną żywnością, a tak poza tym, wszystko jest na poziomie przynajmniej Bułata Szawłowicza i zgadza się poetyka historyczna, a może ty, Marin, napiszesz do tego kilka taktów muzyki i będziemy mieli pierwszy przebój nowo-ustrojowy, żeby już teraz, jako polska klasa robotnicza mieć swój hymn na tych parę wykładów, po których czarne sukienki nas wyrzucą w imię hipokryzji strachu.

– Co ty, Levin możesz wiedzieć o czarnych sukienkach. Ja bracie, przeżyłem z zakonnicami, jak uciekłem z tej pieprzonej wioski, przygodę nie tylko miłosną, ale prawie sataniczną, z różnymi zaklęciami i całym katolickim obrzędem grzechu pierworodnego. Widziałem tam takie rzeczy, o których wam się nie śniło. Masa szkieletów obleczona w kamienie szlachetne i diamenty powlekane ludzkim nieszczęściem. Dobrze, że piłem dużo wina z jakimiś narkotycznymi ziołami, bo inaczej bym nie przeżył całej tej nierealnej przygody. Tylko jakieś zaklęcia, opilstwo, porozbierane stare zgredki, jak wytłamszone gacie nieprane od miesiąca. Wyrwałem się stamtąd tylko dlatego, że stara przeorysza chciała, żeby ją przelecieć w łanach pszenicy, no i tak ją przerobiłem, że związałem łapy i tłuste giry, a pieprzoną brochę wypchałem kłosami pięknego polskiego zboża, owiniętego w ekologiczny worek foliowy od benedyktynów, co to miał po trzech dniach rozkładać się, jak nici chirurgiczne reklamujące ich wyroby, tym razem na waginie opuchlizny owłosionego grzmotu, napuchniętego do rozmiarów ropuchy i taką zniewoloną, jeszcze na koniec polałem swoim rzęsistym moczem, żeby szlafrok, w który chciała mnie ubrać, czy zamienić, już nie pamiętam, śmierdział jej do końca życia.

Patrzyli na siebie z niedowierzaniem i znowu wrócili w myślach do riazańczyka.

– Jesteś pewien, że kości były wykładane diamentami, czy byłeś nawalony jak autobus – Kostia nie wytrzymał presji chwili.

– Czy wiecie, co to jest riazańczyk? A jak wam powiem, że mówiły coś o riazańczyku, to też byłem nawalony i naćpany i co tak się gapicie, przecież wiecie, że jestem ulem i lubię pobzykać, to chyba dla was nic nowego.

– Myśmy też niedawno przeżyli wizytę w zakonnych murach sióstr zakonnych i widzieliśmy niestworzone bogactwa ukryte w kościach i w oczodołach czaszek drogimi kamieniami, brylantami i złotem pod każdą postacią, tylko wyszliśmy stamtąd nie wiadomo jak. Jakaś siła nas przeniosła z zakonnych piwnic do miejscowego baru, w którym zaczęliśmy dyskusje, w której uczestniczył jeszcze nasz polski przyjaciel Roman – dyżurny członek klasy robotniczej i jego dobra kumpelka, podobno siostra, Elżbieta, co to ruskich zatrudnia.

– Co ma do tego jakiś pieprzony polski robol, przecież wy żyjecie tutaj na własny rachunek, zwłaszcza ty Levin, jesteś jakiś poustawiany i uczysz studentów o stosunkach polsko-rosyjskich, i znowu jakaś Elżbieta, moja chlebodawczyni też była Elżbietą, no i co z tego?

– Ja, Konstanty Wołow mówię tobie, że ten polski robol, to dla ciebie będzie pan Roman, tak masz się do niego w razie czego zwracać, jest szczególnego rodzaju jednostką osobową, która pokazuje nam meandry życia w tym zabużańskim kraju i poprawia wizerunek państwa polskiego w oczach obywateli byłego Związku Radzieckiego, a jednocześnie oczami tutaj obecnych wzmacnia więź pomiędzy bratnimi narodami Rosji i Polski, co w obecnej sytuacji pozwala nam brać udział w czynnym szkoleniu młodych kadr polskich rewolucjonistów, wyrwanych z okopów beznadziei wychowawczych metod chrześcijańskiego imperializmu religijnego i postkomunistycznej biedy w strukturach samowładztwa pampersów i snikersów. Mówiąc inaczej, straciłeś okres naszego tutaj pobytu na zarabianie na trąbkę, a gdzie trąbka i gdzie twoi polscy przyjaciele? I jeszcze jedno. Tutaj, jak sam zauważyłeś, każdy myśli sam o sobie lub o przewodniczącym Kononowiczu, bo bez katechizmu uczuć niczego tutaj nie zwojujesz. Kim ty właściwie tutaj jesteś, czy zadałeś sobie, chociaż raz to skromne pytanie?

– No, jak kim jestem, jestem muzykiem, co przyjechał zarobić na trąbkę!

– I gdzie twoja trąbka? Tobie się wydaje, że jak nikt ciebie nie ściga i nie poszukuje, to, że co, jesteś wolnym człowiekiem? Popatrz na to, co się wokoło ciebie dzieje. Niby jest tutaj jakaś wolność, ale tak naprawdę, to Polacy żyją pod dyktando różnej maści oszołomów katolickich. My tego nie odczuwamy, bo nas tutaj nie ma. Nikt nas nie ujął w swoich statystykach. Ciągle panuje hasło „jak nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam”, coś to nam przypomina, już chyba raz to przerabialiśmy. Twój kretyński punkt widzenia świata widzi tylko czubek własnego kutasa, żeby wyruchać nawet jeża, aby tobie było dobrze. I w takim plus minus kraju przyszło nam teraz żyć. Kim ty jesteś, że wyzywasz naszego Romana od roboli? Nawet robolem tutaj nie jesteś. A Roman podzielił roboli, jak nazywasz budowlańców na cztery grupy, nawet nie wiesz, z kim przyjdzie tobie pić i zacznij w końcu czytać, bo właśnie robole, to są ci, co nie czytają. Jesteś tak zwanym burakiem, mówimy o tym kraju, który nas utrzymywał przez dziesiątki lat, czy do ciebie to dociera? Czy wiesz, że większość polskiego żarcia, szła na utrzymanie nas, żołnierzy, którzy okupowaliśmy ten kraj. A co mówiła propaganda? Że to my, Wielki Kraj Ojczyźniany dajemy Polaczkom koryto i tak propaganda nas gotowała i prała nasze mózgi, a polski robotnik i polska robotnica doginali na nasze niedożywione brzuchy, żeby wykarmić swoich okupantów. Straciłeś tyle czasu po to, żeby bzyknąć kilka panienek, a tutaj dzieją się naprawdę wielkie rzeczy, których polskie społeczeństwo nie widzi, albo udaje, że nie widzi. Walcząc o komfort materialny nie tylko Polacy, ale my wszyscy zapominamy o wartościach duchowych, zatraciliśmy w sobie źródła radości i wciąż myślimy tylko o zmęczeniu naszego portfela. Sami nie wiemy, czy nasza obecność w tym środowisku pomoże Aleksowi w jakiś sposób wyciągnąć nas na wyżyny pierestrojki ustrojowo-politycznej tego pięknego kraju. Komplementując samych siebie wkraczamy w kręgi, tak zwanej manipulacji myśli erytrotyzmem robotniczym, który już raz uwiedziony poległ jak bury pies na suce, która nigdy nie miała cieczki, spodziewając się potomstwa.

– Musisz jeszcze zrozumieć, że między nami istnieje też ideologiczna różnica w reakcji na reakcję, bo taka jest istota rzeczy i na tym polega patologia tego kraju, że opanowana przez sklerykalizowanych polityków tak zwana piąta władza, która notabene jest pierwszą, przekroczyła tak zwane progi wolności demokracji. Prowadzona przez Watykańską Kongregację Wolności Słowa otumaniła lub przekupiła czołowych prawicowych dziennikarzy i wlazła w dupę samemu papieżowi, który wrażliwy na wielkość swoich pierścieni pozwalał pampersom i snikersom atakować wątrobę Prometeusza, która dla Etrusków była siedliskiem duszy, a dla nas jest organem reagującym na złość, urazę, na wszystko, co kąsa. Jeżeli zaczniemy tutaj szkolenia młodych polskich sukinsynów, to tylko na warunkach, jakie postawimy. A to wiąże się z tym, że żywe musimy zastąpić martwym w rozumieniu, że marzenie rodzi się z pragnień człowieka, ale nie młodego, młody jest zdeterminowany, tak jak był Kononowicz, kiedy w Moskwie robił z siebie rasowego komunistę, a teraz ciągnie laskę Watykańczykom i komu się da, a właściwie już nie da, bo każdy mądry polityk dla niego jest trupem politycznym, a on dla nich. Więc jeszcze raz powtarzam, jesteś z nami albo przeciwko nam, tym bardziej pytanie jest słuszne, że przechodzimy wspólnie własną drogę sekretarzyka riazańskiego, bo jak będzie Aleks to dogramy szczegóły, a naszego narodowego skarbu nie oddamy grabieżcom majątku narodowego naszej matuszki Rasiji.

– Z… zamknij się w końcu, bo nie można już ciebie słuchać. Ja mam w dupie wszelkie rewolucje, mnie interesują tylko polucje, tego będę się trzymał i nie potrzebuję waszej łaski, bo nawet żebranie na tych ulicach jest lepsze od słuchania waszych bzdur. Może chcecie stworzyć nową księgę rodzaju i wśród tych seminaryjnych, pełzających zwierzątek zaśpiewać sobie Alleluja. Tylko debil może uwierzyć, że wkurwiony małoletni łobuz, zamiast fuknąć na kumpla „nie pierdol”, będzie mówił, „nie mów takich rzeczy”. Ja nie jestem dobrym samarytaninem. Jestem „niezłym jebaką” i nie zadałem sobie nigdy pytania, co by było, gdyby dzisiaj Chrystus żył i czy miałby darmową kartę kredytową i numer na życzenie z jakiejś niekatolickiej sieci komórkowej. Jedynie wam podpowiem, jak macie to zrobić, bez konwulsji i ceregieli kościelnych.

– Przeróbcie dla dziatwy ścieżki wiary Jezusa i oświećcie ich salą ruchu, gdzie stworzenie świata będzie takim multimedialnym widowiskiem, jakim widział go Darwin, wrzućcie do tego trochę kopanej muzyki z pod znaku Jimiego Hendrixa i żeby działała im wyobraźnia sprawcie im raz w tygodniu łomot pod znakiem ukrzyżowanego Żyda, co to niby zmartwychwstał i zniknął z pola widzenia na dwa tysiące lat. I wtedy zadajcie pytanie, czy chcecie żyć w takim kraju, gdzie dialektyka konieczności seksedukacji w marksistowskim pojęciu wartości chrześcijańskich jest bliska teorii względności Einsteina „Nie lękajcie się”. I co wam odpowiedzą?

– Że jesteście dmuchane prezerwatywy i nawet nie wiecie, co to jest młode dziecię, które żyje w myśl twierdzenia „do nieba nie chcę, a w piekle mnie się boją”. Dodadzą przy tym jeszcze, że równowaga w grzechach kradzieży w ich mniemaniu, to połączenie anarchisty i ograniczonego komunisty, który jako kościółkowy celebracik, posłuje w myśl modlitwy „Jezu, Jezu, moje słonko, pobłogosław to jedzonko”. Jedno, w czym się z wami zgadzam, to anarcho-prymitywność polskiego społeczeństwa, które nie wie, co to jest ogniwo Leclanc”a.

– Wam, to też nic nie mówi, bo żyjecie triumfem zatęchłych wartości, w których życie toczy się po równi pochyłej, gdzie kościół, ta ostoja ciemnoty, chodzi w aureoli dobroczyńcy i od wszystkiego umywa ręce, a państwo ponosi skutki jego zachłanności. Piękne idee, którymi się karmicie i chcecie podobno o coś walczyć, są jak stadnina koni, w której jeźdźcem jest Watykan, państwo osiołkiem, a my, jako naród karmicielem watykańskich zaborców. Mówię tutaj o polskiej rzeczywistości, o polskim zdewociałym społeczeństwie, reprezentowanym przez tak zwanych polityków, którzy są sługusami seksualnych zboczeńców uczonych w piśmie i otumaniają was kadzidłem, jak poezją obrzydzenia, mając w dupie swojego Boga.

Aleks stał w przedsionku i ze zdumieniem słuchał wywodów Marina, kiedy poczuł dotyk dłoni tak miękki, jak dotykają kobiety kobietę.

– Widzę synu, że nie marnujesz czasu na nauki dla niewiernych – usłyszał znajomy głos. – Czy po to ja ciebie tutaj wzywałem, żeby słuchać wywrotowych myśli szkalujących nasz wspólny cel?

Aleks, chciał się obrócić, ale mocna dłoń przytrzymała go za krocze i człowiek, co to widział Żyda wiszącego głową w dół szyderczo powiedział.

– Za wolność naszą i waszą, tak to ma wyglądać, bo inaczej urwę ci jaja ty wschodni pomiocie. Jak nie będziesz posłuszny, to nasycimy cię śmiercią, oprzemy jak krzyż na ścianie, a łańcuchy na rękach będą biczowały twoją dupę jak stukot sandałów, bo my oprawcy, idziemy własną drogą i nie kłaniamy się w pokorze tym, co całują nam dłonie. Pamiętaj, że kiedy na wschodzie urodzi się księżyc, schyleni bracia zbiorą ziemię nieczystą i będą się modlić nad ranami stworzonymi dla bożka, a nie dla nas, bezgrzesznych.

Aleks zdębiały czuł mokro koszuli miedzy ogniem i wiatrem, porażony i upokorzony milczał, a łza jak wodospad płynęła mu ze środkowego oka. I czuł, że musi szukać grobu dla swoich marzeń. W pierwszej chwili pomyślał, że zrobi sobie z niego święto pustej czaszki, ale znalezienie medium nie jest wbrew pozorom takie łatwe, i że złomowanie czarnego jak złomowanie zabójców musi się odbyć w namaszczeniu dzieciątka, a nie tak, jak to poszło z kaszalotem mnichowym od riazańczyka, w trumnie kasetowej.

– Poczekaj, ty czarny skurwysynu, pocałujesz jeszcze kiedyś trawnik Siwca pod stopami i drżącymi wargami będziesz wołał o odślubiny z moim czerwonym nosem i nie myśl sobie, że nie ma boga, oprócz Boga – warknął do przewielebnego.

Ten już nie posyłał całusów, już nie kręcił globusem, poczuł się jakby wziął tabletkę wczesnoporonną i nie dokonał aborcji.Warknął tylko zajadle.

– Kontynuuj nasze dzieło – i zniknął tak jak się zjawił.

Aleks wszedł do sali, gdy Marin jeszcze nadawał o bezbożności polskiej elity rządzącej i bezbożności w prawie.

– Witajcie chłopaki – zagaił.

– Moja obecność tutaj jak sami wiecie jest spowodowana propozycją przewielebnego biskupa, który chce stworzyć w tym miejscu szczególnego rodzaju ośrodek nie tylko dla trudnej młodzieży, ale dla tak zwanego performance odnowy. Ma to związek z dosyć sporym dofinansowaniem przez Unię Europejską, i to jest moja wiedza, którą muszę wam wyłożyć. Ksiądz biskup to bardzo ofiarny człowiek i mam nadzieje, że pod jego egidą damy młodzieży dobrą szkołę życia.

– Napisałem wam kilka zdań, które niech będą przez was zapamiętane, jako motto waszego pobytu w przybytku bożego słowa i utorują wam drogę, taką mam nadzieję, ku chwale pana wiecznego w duchu ojca świętego, naszego pana i żywiciela.

Puścił kartkę w obieg i wszyscy przeczytawszy spojrzeli na siebie i w duchu świętym teraz naprawdę niepojętym, w swoim duchu rzucali brzydkimi słowami i to wielkości ogromu samego kościoła w czeluściach własnych dusz.

Marin, poczuł przypływ radości, na kartce dopisał kilkanaście niezrozumiałych dla nikogo nut i zawył do boga, do muzycznego boga.

– Panie, czekałem na ciebie czterdzieści lat, oddam tobie całą duszę, wszystkie siły, tylko prowadź mnie i kieruj mną w otchłani kapłanów tej religii, która oddaje ducha marzeniom i spełnieniom niespełnionych marzeń. Jesteś moją wymarzoną trąbką, wymarzonym celem jak zapach rosy, krwi i wygnania.

Konstanty Wołow, ten arabski sybaryta, palacz marihuany, robotnik polskiej nierzeczywistości, zniewolony przez Reksia i obywatela Szypowa -rzekł pobudzony:

– Przepraszam, mersi – i wyrzekł słowa tak znamienne, że w demokratycznym, kraju dostałby posadę w psychiatryku, i zarecytował – dopóki ojcze święty, Rosja nie uzna, że podstawową zbrodnią wobec Polski było narzucanie przez pół wieku sowietyzmu, wszelkie pojednanie będzie zakłamane i iluzoryczne, zbudujemy tutaj błotniste Eldorado i zawiążemy supeł niespełnionej reakcji – i na kartce dalej dopisał: „dopóki czarne pedofilie nie oddadzą narodom wolności i przyznają się do mordów w imię tak zwanego walenia pedofilskiego wieprza i chrześcijańskiego trzepania staruszce płatków lilii wargowych większych”.

A Levin, jak to człowiek nad wyraz kijem podparty, klęknął i krzyżem rzucony przez chwałę pana odrzekł:

– Każdy wyrok w tej bulwersującej sprawie daje początek ludzkiemu życiu i chroni jego wyłączność na światopogląd katolicki, upokarza język nienawiści i język wartości chrześcijańskich, w czym tkwi wola większości i moc trwałości patriarchalnej rzeczpospolitej rosyjskiej w imię więzi dotyku z wyznawcą Chrystusa.

– Zajmijcie, zatem miejsca i skupcie się na modlitwie w Panu, aby oddał młodym odwieczne wychowanie w duchu Ojca Świętego – Aleks czuł się jak nowo narodzony biznesmen. – Entuzjazm, który nas ogarnia obecnie, może potrwać jeszcze rok może więcej. Powinniśmy jednak pamiętać, że w walce, którą wypadnie nam toczyć, nie ma nic prócz rzeczy drobnych. Wokół nas są tylko drobne sprawy gospodarcze. Może odkryjemy kiedyś w naszej tutaj bytności jakiś głębszy sens i jakąś tajemnicę strony, w którą się zwracamy. Szturmująca te mury młodzież musi być przekonana, że wielki bój się zaczął, że dziesięć tysięcy spraw drobnych to obrona naszej idei, która jest podkopywana. Katolicyzm się u nas, to znaczy w tym kraju rozwinął i tak się rozbudował, że stał się codziennością, a stoi za sprawą milionów. Zwróćmy wiec na to uwagę, jak żyjemy: w dzień praca, ciągle ta sama, wieczorem pusty pokój z serialem o nierealności życia, kumoterstwo się tuczy, a błędy odciskają się na lata na szarych obywatelach, co to niepomni wypaczeń bezduszności i odgórniactwa hołdują – tutaj napisał na kartce „watykańskim warchołom”, zasadom odwiecznej manencji życia w Chrystusie.

– Proponuję teraz otworzyć towarzysze okno, niech wszyscy jeszcze raz się wypowiedzą, żeby w świeckim klasztorze zbudować nieznaną Polskę, która karmiona językiem wielkich słów żyje w węglowym czadzie i w powolnej męczarni chce doczekać robotniczej tyrady w gwałtownym rozedrganiu rozdrapanych ran.

– Ja, w waszym towarzystwie czuję się jak nowo narodzony i pokazuję swoim tłustym palcem drogę, którą nam wyznacza biblia i jeszcze raz daję wam na kartce słowa, które niech ciągną wasze sumienia waszej bezbożnej przeszłości.

– Zachowajcie to w swojej pamięci i nie chełpcie się ekspansją myśli wam podanej jak oczyszczalnią ścieków.

Tutaj siedli chłopaki do kartki i zdębieli po raz wtóry. Przeczytali tylko: „Nie potrząsaj dzieckiem:” i dalej, „to dzieci niczyje i walmy je w ryje, podpisane, fundacje dzieci niczyich„ i cicho siedzimy na dupach bez odgłosu i rozmawiamy o bogu już bez patosu.

– Rozejdźmy się zatem do naszych pokoi na modlitwę i dziękujmy naszemu biskupowi za daną nam szansę na uratowanie młodych dusz.

– Czy tą obiecaną modlitwą rozchmurzymy nasze dusze, bracie Aleksandrze?- Marin, uderzał kantem dłoni w szyję, pokazując butelkę z nalepką, która w tym wypadku smutną radością była.

RADOŚĆ O PORANKU

Biła trzecia nad ranem, kiedy Bóg nieuchronny w szczerozłotym brzuchu riazańczyka tchnął w Aleksa Odcinkiewicza gaz rozweselający, który lodowatym obudził go potem. Trąbka Marina grała „Pod Żubrem”, a nogi radości poszukiwały reszty riazańskiej swołoczy, wybudzonej teraz pod wrażeniem porannego telewizyjnego przekazu: gwałtu na naukowcu i nieposzanowaniu praw do prywatności przez swołocz uniwersytecką. Nagrał przypadkowo program, który ogląda się, kiedy sen przeszkadza myśleć. Powtarzał go kilkakrotnie, aby ujrzeć swoje światło wiedzy, światło drogi do riazańskiego cudu. To tak wygląda Ona. Ta, co zniknęła Wołowowi w zakamarkach marokańskich pism, traktowanych przez niego samego jak daktyle, które teraz stoją w gardle strzelca wyborowego, robotnika Wołowa i gardle radzieckich służb specjalnych łącznie z sowiecką kongresówką w Maroku. To Ona przecięła w czterech miejscach więź, żeby już nigdy daktyle nie zasmradzały religijnego bogactwa prawosławia, bo Kostia, duży chłopczyk o małym rozumie zapomniał, na czym polega służba ojczyźniana, i zamiast pilnować dojścia do komody wiedzy riazańskiej wysłał do Ojczyzny dla szeregowego generała tonę najlepszych jego zdaniem daktyli, żeby dostać awans na majora, a został ambasadorem szeregowych strzelców wyborowych jak zamorduszka, na zawołanie do zamordowania.

– Przez ten długi czas pobytu w zamordyzmie kononowiczowego ludobójstwa wolności myśli, nie przyszło mi do głowy, nie kusiło mnie, żeby na nią spojrzeć okiem pragnienia skarbu urojonego, który teraz się okazuje, istnieje. Bo Ona na równi z nim, też jest teraz dla nas skarbem, już teraz nieurojonym – bez pamięci rozumował swój błąd braku czasu, dla Niej, Aleksander Odcinkiewicz. Widział to, co widział bez refleksji swojego pustego barabana i nie zazdrościł tej kobiecie koszmaru uniwersyteckiego ludobójstwa, jakie na niej popełnili skandaliści bezmózgowego uniwersytectwa. Kładł na siebie poetykę Jej nieskonfigurowanego ubóstwa, wciąż nie wierzył, że te oczy patrzące z ekranu są prawdą riazańskiej nieskazitelności, są tymi oczami skopanymi przez oligarchów w obronie tłustych nazistowskich uniwersyteckich dup, inaczej nie mógł tego nazwać. Szlag, trafiał szlak bezmózgownic i tępych zmanierowanych organizmów, bo niezrozumienie wysyłki na naukowe koło podbiegunowe nie mieściło się w szaroburej mózgownicy biedy syberyjskiej, na jaką ją skazywali, nawet dla takich morderców jak ja, muzyk Marin, filozof Levin, i Konstantym Wołow, o którym gawarit nie lzja.

Tak dobroduszny umysł, nasza solidarność prawosławia, wyrzucana przez jakiegoś kaszalota, który sadzał na swoim wzwodzie studentki magistrowane na stypendiach w oczach, które same się zamykają? A ten ból połączony z rozpaczą w koszmarze tęsknoty do pracy naukowej, czy nie powinien wystarczyć do spopielenia smarowego na obozie wędrownym, do workuckich palm w imię naukowej myśli profesora Zająca? Ot, nam tiepier wkusna i Stalina nam nie nada, ubojom wsiech, albo w jasyr na koło podbiegunowe.

Telewizyjna myśl technologii prawdy sprawiła, że nagle pojawili się poszukiwani listem gończym obywatele nie tego świata, jak zjawy nieurojone, które Marin, nie wiedzieć, dlaczego ściągnął Aleksowi na głowę w najwłaściwszej z możliwych chwil. Nie zadawali głupich pytań. Ważne, że byli. Kostia, jakiś taki zmieniony nie wierzył chyba w to, co mówił. A mówił o tym programie, i jak zobaczył na ekranie jej oczy, to wrócił znowu do swoich arabskich błędów i dostawał zadyszki.

– Nie znacie tych oczu, tego głosu i jak tak widziałem ją teraz, to nic się nie zmieniła. Ona się nie starzeje, a minęło chyba z lat trzydzieści, to jest jak z baśni tysiąca i jednej nocy. Myślałem o samobójstwie w imię strachu przed samym strachem, ale to, co zobaczyłem dodało mi sił i teraz towarzyszu Aleksandrze nasza spójna współpraca musi nabrać kolorów, a dla Levina widzę już zadanie, którego zaniechał, musisz bracie w końcu się z nią skontaktować i przekazać jej nasze pozdrowienie, bo czas dojrzał do tego, aby karząca ręka prawdy boskiej dorwała gwałcicieli z sanatoryjnego ubóstwa.

– Ty tak Marin nie patrz na mnie jak na wariata i nie zadawaj pytań, które niczego nie wyjaśnią. My przyjechaliśmy tutaj w poszukiwaniu skarbu naszego i razem Aleks nas poprowadzi do walki o nasze relikwie. Widzieliśmy z Levinem część naszego bogactwa, tylko jakaś manipulacja wyrzuciła nas z tego miejsca, ale my tam wrócimy i zarżniemy złodziejstwo metodami słynnego mnicha Obramy, o którym opowiadałem samemu sobie, bo legendy nie wolno zatracić w niepamięci. Powiedz nam Aleks, co masz powiedzieć i zróbmy to w końcu, bo życie ucieka.

I kiedy już ucichli po rozgardiaszu długiej rozłąki, a miał ich wszystkich przy sobie za Dostojewskim, powiedział: -„tisze jedziesz, dalsze budiesz”. Oni umilkli, a on nawet nie kiwnął palcem, żeby się skrzywić do swoich, było nie było przyjaciół.

– Wyrwałem dla was z siebie, kawał swojego rosyjskiego, bydlęcego żywota, chcę żebyśmy tutaj razem wzięci popłynęli z naszą organizacją pierestrojkowej, robotniczej parafrazy umysłu do przestworzy nowopolskiej agencji pracy tymczasowej, która jest ostoją nowobogackiej oligarchii, zapijającej pod pośredniakiem swój żywot mercedesami nieróbstwa urzędniczej rzeczywistości. Riazańczyk podciął nam trochę skrzydła, ale pierdolenie o Faronie daje nam szansę na opowiadanie o sobie w trzecim przypadku, który ciągle powtarzany zrobi z pseudodemokratycznej rzeczywistości pamflet robotniczy. Będziecie pedagogicznym ciałem w tym raju ubóstwa, które sami musicie okazywać. Zadawanie zbędnych pytań będzie samoczynnym podrzynaniem sobie gardła w niedokończonym świecie łgarstwa kanonicznej rozpusty, bo seminarium obozowe, w którym wasza obecność jest tak pożądana, ma wskazać rozwydrzonym smarkaczom dopominającym się wpięcia krzyża w każdą klapę marynarki obywatela, że to nie gwiazda budzikowca. Dostaniecie fundusz reprezentacyjny na zmianę swojego wizerunku i od tej chwili każdy z was chodził będzie w marynarce, bo kto chodzi dzisiaj w marynarce?

– Czy widzieliście panowie, żeby jakiś młodzian protestował przeciw pejoratywnym meandrom robotniczej myśli, wkomponowanej w charytatywny odwiert odbytu? Wiem, że takie słowa są po części niezrozumiałe i niektórych z was mogą zaboleć, ale taka uliczna wersja naszej edukacji musi przybrać formę uniwersalnej myśli w celu zrównania racji z pretensjami. W związku z powyższym, że zadawanie pytań w moim towarzystwie jest niestosowne, zapraszam wszystkich panów na zalewanie tak zwanego gruczoła, co mam nadzieję podniesie morale waszej myśli, jako wykładowców i twórców tak zwanego prymitywizmu ustrojowego. Zapewniam, że będzie nudno, ale nastrojowo.

W pierestrojkowej dyskusji, która zamieniła się w dyskurs o tym, że najważniejsze jest być, a nie mieć, Aleks, wzmógł w sobie wstręt do słabości i radości i sam do siebie zaczął mówić – „lepiej się nudzić, jak się bawić”.

– Co ty pieprzysz, – burczeli na niego pobratymcy od skrętów i napojów swojej roboty. – Powyginało chyba twój inżynierski mózg, że ty, nasz pierewodczyk, sprzedajesz nudę w imię nic nie robienia.

– Ja wam Aleks, ciągle Aleks, nie Aleksander, mówię, że są tak zwane imiona inne, które jako hybrydy naszego życia nadają sens naszym działaniom. Jeżeli chcecie lepiej i sprawiedliwiej żyć, to poddajcie się bogom i swoim stwórcom, a wasze stawki roboczogodziny wzmocnią wasze portfele i spłynie na was łaska ojca narodu polskiego, ojca Kononowicza, który wyznacza drogę ku chwale wiecznej ojczyzny. Wasze ciągłe narzekania na narastający despotyzm kierowniczej roli partii katolickich są zanikiem waszej wrażliwości na zmysły Owsiakowej filozofii natury, która was otumania, a Owsiak proszę państwa nie podlega stanowi wiecznego przepływu i powinien być, jako jednostka atakowana poddany badaniom nie teorii gier, ale teorii wiecznej idei, która całkowicie i permanentnie pomija elementy istnienia. Powinien być przedmiotem poznania, który daje prawdziwą mądrość i sprzeczność Jano-Pawłowej teorii ocalenia. Świadomie musimy zredukować poglądy wykraczające poza ustalenia pierestrojkowych filozofów, które uwłaczają materialnej części naszej rzeczywistości i zrozumieć, na czym polega podatek tak zwanego nawarstwienia bezpodatkowego, inaczej Owsiakowego, który „towarzysz” Owsiak w swojej fundacji musi odprowadzać, a nawarstwieniem podatkowym, tak zwanych fundacji pierwszomajowych, które sprowadzają wszystko do tajemnego dekretu Bogów skrytego w poematach „o naturze”.

– Owsiak, proszę panów, poeta biedy i bogactwa, uwikłany w cykle życia różnych istot i grzesznik wcielony, nie potrafi dopuścić się mordu krzywoprzysięstwa i w poemacie do swoich krewnych i owieczek, w drodze od jednej nieszczęsnej drogi życia do drugiej, ciągle wraca do świata Bogów i wyrasta ponad innych śmiertelnych i nieśmiertelnych, widzi i wie, to, co niedane było innym i nie zna wyroku przeznaczenia wśród żywych. Z natury przyjmuje koncepcję duszy nieśmiertelnej, która nienawiść widzi tylko w meandrach wiecznego odkupienia na niesplamionych ołtarzach wiecznego oczyszczenia. Jako strukturalna doskonałość natury w swojej biedzie potrafi wybaczać tym, co niszczą rytm czasu w niedoskonałych normatywach życia nie widząc w sobie cenzora „Tytanów”, których przesłania czarnym, jedwabnym lustrem. I teraz my, też w tym lustrze musimy się przejrzeć i zrobić porządek w komodzie, zabałaganionej strachem i wyczyścić wrzody ludzi, którzy w lochu gniją i szemrają po kątach o tałatajstwie zwyrodniałych umysłów.

– Teraz, jak powiedział Kostia, Levin musi dotrzeć do Niej, bo przecież jest tajemniczym wykładowcą o popularności z tego, co się dowiedziałem, filozontropa, co ułatwi nam korzystanie z sanatoryjnych zakamarków w tym bezhołowiu umysłu i taniego plagiaciarstwa, za co tylko i wyłącznie podziękować możemy taniej chciwości zakonnego uniwersytectwa, no i oczywiście towarzyszowi Levinowi.

– Marin, nie bądź taki zdziwiony, w odpowiednim czasie wszystkiego się dowiesz. A teraz każdy bierze swoją kopertę z zadaniami do wykonania, i czekamy na znak od Levina, bo ma najtrudniejsze zadanie.

ROZPORKOWCY

Siedząc na krzesełku splecionym z PRL-owskiej wikliny, Levin nie dowierzał rzeczywistości, która pozbawiła go miałkiego bytu i środków do życia. Nie żałował tak do końca kromki chleba, żałował studenckiej atmosfery i donosu na samego siebie, jak to określał. Słowa Aleksa podniosły go na duchu, jednak zatrudniony bez papierków i pozwolenia na pracę, zwierzył się przy kościelnym kochanku o źródłach swojego utrzymania. A ten z kolei nieświadom swojej naiwności podał biskupowi dane organoleptyczne Levina. Biskup chcąc uciąć związek, nadał bieg nieformalnej treści do dyrektora instytutu, którego nieformalnym władcą był monarchistyczny aparatczyk, zwany „rudobrodym”. Nie tolerował on innych, czyli nie swoich. Bunt sprzeciwu w akadyjskim mózgu rudobrodego był jak wyrok, czego doświadczał teraz nie tylko on, Levin, ale i Ona, kobieta, o którą się otarł przypadkiem w zaułku uniwersyteckiego korytarza. Oglądał teraz już kolejny raz jej twarz w lokalnej telewizji i nie mógł zrozumieć kontekstu wypowiedzi redaktora programu. „Pogromczyni plagiatów”, tylko tyle zostało jemu w pamięci po tym programie. A przecież pokazała swoją książkę wydaną w Emiratach Arabskich, która została zlekceważona i zdyskredytowała ją nawet biblioteka uniwersytecka namotana przez rudobrodego, ośmieszając wydawnictwo, które ją wydało. Ale w magmie polskiego życia uniwersyteckiego jest potrzeba tak zwanych priorytetów wyższych, czyli ukłonów do wzajemności przepisywania w przepisywaniu, przerabiania tekstów w przerabianiu, które konfiguruje tak zwaną niezależność w środowisku. O ogromie pracy, który włożyła w rozwój tego, co robiła, słyszał „pa tichańku”, bo chyba jej skromność przerosła ją samą i przeszkadzała nijakości uniwersyteckiego życia. Związana mocno z Al-kaidą miękką, ale tą reformowalną, postępową, czego rudobrody nie był świadom, odcięła od siebie świat uniwersytecki, swój drugi dom.

Kiedy zobaczył ją pierwszy raz w „Aliansie”, budynku splecionym z PRL-owską rzeczywistością, wydawała się jakaś taka niedorzeczna, jak wyzywający ptak w ptaszarni, co to egzotyczny, nie stroi się w piórka, lecz krzyczy w swej bezbożnej samotni-bez modlitwy, na smyczy. Otaczała ją gęstniejąca, wywoływana przez rudobrodego, zawiść i jak powiedział jeden z jej zwolenników, udawany przyjaciel, za szybko szła do przodu w uniwersyteckim cyrku ignorantów. Gdyby mogli, pożarliby ją wszyscy swoim egoizmem, takim powszednim, morderczym jak poemat na jeden głos.

– Kak dieła – zagadywała go, kiedy wpadała na Szewską z kolejnym listem do dyrektora, który unikał jej jak ognia, a rosyjski w Jej wykonaniu przypominał Levinowi samego siebie, gdy został zesłany na Kamczatkę za nauczanie o wolnej myśli demokracji, gdzie nazywali go „kaszalok”, czyli ty inny, ruski, jesteś miękki, jesteś nie z naszej kieszeni, nie jesteś z naszego worka, nie mieszaj nam tutaj ze swoja prawdomównością, bo nasze kieszenie nie są takie jak ty. I ciągnęło się to całe zamieszanie z rudobrodym miało i całkiem inny kontekst niż ten z telewizji, a początek końca miłości pomiędzy nim a Nią, kilka lat wcześniej, kiedy Ona wytknęła jemu błędy przy splagiatowanych pracach licencjackich i zanegowała jego postępowanie, które nieskromnie mówiąc było pospolitą izbą wytrzeźwień w senacie niezamierzonej mądrości dla pracującego ludu nauki.

Nieomylny, wszechwładny, niezastąpiony, mogący wszystko i nieznoszący sprzeciwów rudobrody podporządkował sobie nawet strach, który stał się naukowością samą w sobie w imię nauki i dobrych obyczajów, których nośnikiem był fikcyjny rzecznik dyscyplinarny i „komisja etyki”, ciała złożone, a właściwie rozłożone przez rudobrodego na czynniki pierwsze tak, żeby nie działały. Były tylko sflaczałym organem, służącym jego rudobrodej rzeczywistości.

A rudobrody, ten z telewizji, przypominał, jak sam do siebie mówił Levin „brzydkiego człowieka o niekompletnej twarzy, z powieką przymrużoną, jak barowa firanka, co niedomknięta i wpół zsunięta na oko z kneblem na ustach i z krwią na wargach rozdawała uniwersyteckiego boga na pamięć w magmie z bełkotu”, zapartego językiem pokawałkowanym fizycznie przez pożądanie władzy ku zagładzie gatunków w pulsującej temidzie, która zdziesiątkowała marzenia już nie urawniłowki jeżowszczyzny, ale terazzzzz… ,w malinowym chruśniaku miały zaciskać się dłonie, pulsujące życie zamierać, a zaślepiona temida w pozornej sprawiedliwości, dziesiątkować marzenia w zdradzieckim świecie sprawiedliwości, żeby wypasione wyziewami pory rudobrodego mogły oszukać chwile, dziesiątkując marzenia tych, którzy nie nabrali pewności, że muszą swoją goryczą oszukiwać innych bez wytłumaczenia i zagryzać ślinę potokami ptasich myśli w ślepych uliczkach tułaczy.

– Chciałbym powiedzieć za poetą, śmiał się do siebie Levin, że lepka to epoka to uniwersyteckie życie i chyba nie mylił się geniusz, że wyperforował tezę o zakamczackich gubernatorach, z których jeden tylko był uczciwy i też prawdę mówiąc, świnia, a świat, w którym powaga drwiny pomieszana z liryzmem był doliną, w której zamieszkała gorycz nieczułego tłumu ludzi, który w duszy swojej zalewał się łzami na swojej pustyni uczciwości, jak w świecie bez powietrza. I to był świat niezgody na układ, tak sugerował Levinowi, jego kochanek, który w swojej naiwności wierzył w miłość bliźniego.

Rozumiejąc Levina, jako wykładowcę, dawał też do zrozumienia, że czasami życie naukowca jest gwałtowne i dramatyczne, nic nie trzeba dodawać i nic interpretować. Wystarczy tylko czasami przyklaskiwać buńczucznym świadectwom prawdy, osobnikom z tak zwanego towarzystwa.

Starał się Levin teraz zgodnie z sugestią Aleksa wejść w Jej skórę i poczuć na sobie spojrzenia zakłamanego strachu, jaki Jej towarzyszył w uniwersyteckich budynkach. Czuł w Niej jakąś bliżej nieskonfigurowaną dumę za zaściankową dyrektorską swołoczą, tak była od nich daleko z tą swoją naukowością i bezinteresownym dobrem, które z niej płynęło. Nie miała w sobie nic z dyktatu wielkiej mądrości, taka zwykła kobieta z obrazów Niestierowa, poety malarskiego prawosławia, który poszukiwał ulicznej prostoty, prostoty religijnej melancholii niczym nienamaszczonej, którą historia malarstwa naznaczyła rytem przejmującej inności sztuki przemijania. Nie malował na swoich obrazach nic z towarzystwa leśnych dziadów, włączał tych, co służyli rozwojowi jego malarstwa i kraju, który kochał, bo taki był właśnie Niestierow.

Dziady leśne krasnalowe, jako nieurodzajny rodzaj kiczu, to według Levina, wysłużone konserwatywne mózgi niesłużące rozwojowi całego uniwersytectwa. To zakamuflowane za statutem mumie naukowców, którzy zamiast rozwijać naukę stoją w miejscu broniąc swoich etatów i nadają tak zwanej naukowości wymiar cofania się w czasie. Doświadczył tego Levin na własnej skórze, kiedy niczego nieświadom, skopiowane prace wielu rosyjskich wykładowców wypożyczył do przeczytania poznanym profesorom. Posłużyły później do splagiatowania i przywłaszczenia ich dorobku przez wyższe czynniki władztwa uniwersyteckich cezarów w tak zwanym, bez światopoglądów naukowych, środowisku.

I teraz ateistyczny monarcha Levin patrzył na siebie okiem rudobrodego monarchisty, który zarządzał demokratycznym humanizmem uniwersyteckiego półświatka i gęsią skórą oblekł całe swoje jestestwo, rozumiejąc swój obecny wyrzut uniwersyteckiego niebytu. Przecież tego już miało nie być. Jedynowładztwo miało być zlinczowane, tak jak kapturowe sądy i umysłowa inkwizycja.

Żonglował myślami, kiedy uniwersyteckim niedowiarkom powtarzał jak mantrę „łowka nie łowka pasierod wierowka, dumaj nie dumaj carom nie budiesz”, a dzieciakom z gimnazjów, rozmawiając o Bogu, też prześmiewczo nadawał: „jak mam nie wierzyć w Boga, kiedy smażę się w jego piekle?”.

Wywoływało to na początku masę śmiechu, ale później widział, że prawda docierała do młodych, bo oni sami nieraz musieli to piekło przeżywać rozumiejąc inaczej swojego boga. Teraz Levin miał boga swojego, Boga Rudobrodego, który niewykluczony, jak mawiał Majakowski, mieścił się gdzieś pomiędzy Leninem, a samym Bogiem, którego sam Bóg ze swojego życia nie wykluczał, żeby nie być pomówionym o demokratyzowanie religii.

W żałobnej hipokryzji, wtedy już pana z długim wąsem, Majakowski pojechał do Ameryki, żeby napisać „Most Brooklyński” i ukazać margines kapitalistycznego „ludowłactwa”, ku chwale inżynierskiej sztuki budowlanej, gdzie futurystyczna wizja nowego świata nie komponowała się z ofiarowaniem robotniczego bytu, który wtedy stracony, teraz w oczach Levina odzyskał nową prawdę, prawdę powrotu do strachu o zabarwieniu mocno czarnych chorągiewek, które muszą wiać tylko w jedną stronę. Patrzył teraz na Nią, jak na zjawisko z jeszcze większym zrozumieniem, jak skażony dyletant, co dyletanctwo decydentów w uniwersyteckiej ostoi humanizmu musi traktować inaczej, a złotego bożka rudobrodego i wolność posiekaną na kawałki, chłostaną przez moralność, która dla niektórych może okazała się bardziej przygnębiająca, niż „ograniczony umysł wyżywający się na Jej nieograniczonych ambicjach” w rezydencji na wyspie spopieli być może rudobrody, jako mędrzec butikowych oligarchów z uniwersyteckiej wierchuszki.

Skóra mu się marszczyła na całym ciele, kiedy myślał o Niej, a właściwie o nich. Poczuł tęsknotę za kamczackim życiem, bo tam łowienie ryb było łowieniem prawdy, gdzie bez wędki było się pisarzem, a zostawało się wędkarzem bez karty wędkarskiego życia, do którego teraz powrót był niemożliwy. Czuł się już zdradzony przez swojego kochanka, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, że tutaj, żeby być wolnym trzeba kłamać w imię uniwersyteckiego namaszczenia. „Muszę chyba iść do psychiatry, bo co innego widzę, a co innego słyszę”. To coś takiego jak przepis na dobrobyt w zakamczackim sanatorium: chcesz lepiej żyć to podłącz lodówkę do telewizora, ale już telewizora do lodówki nie, bo za dużo zobaczysz i co gorsze możesz w to nie uwierzyć.

Myślał, że wieści, które słyszał w zakamarkach korytarzy uczelnianych to tylko plotki, ale teraz po tym, co widział w telewizji nabrał dystansu do ludzi. Myślał, że tak jak Ona był oszukiwany w swojej naiwności i wśród gierek prowadzonych przez rudo-podobnych. Jego byt i tak długo przetrwał w imię niezrozumiałych naiwności losu. Zdał sobie w końcu sprawę, że był przetrzymywany tylko i wyłącznie w celach pseudonaukowego kiermaszu próżności. Ktoś go inwigilował, ktoś przymknął oko na beztytułowy charakter pracy i w końcu ktoś przywłaszczył sobie dzieła nieznane, jako swoje w imię dobra nauki, bo przecież autonomiczna republika uniwersytecka ma charakter zamknięty, a w autonomii wszystko wolno. Stąd te spięte twarze, stąd wieczorne libacje ze studentkami na kolanach w dyrektorskich biurach zakrapiane łososiem i prasowanym kawiorem w maślanych bułeczkach i udawane radości podwładnych jego wysokości barona, które stymulować miały przyjaźń zakrapianą kołtuństwem nieetycznych zachowań. W polityce czołobitności rudobrodego, iluzja siły działała usypiająco zwłaszcza na doktorantki, które belgijską kwerendę zaliczyć musiały, jako obowiązkowy test na drodze do uniwersyteckiej wolności i przyszłych awansów. Jednostki oporne, jako specyficzne uniwersum, uniwersytecką sławę zamienić musiały na brylowanie wśród szaraków, bo w tak zwanej nieuniwersyteckiej już autonomii, intelektualiści potrzebują dużo wolności, a większości jest ona zupełnie niepotrzebna. Przez ten krótki okres zesłania na obrzeża nauki polskiej widział tylko to, czego teraz był świadom, czyli rozdawanie kasy bez żadnych podtekstów, wyrywanie każdej garści złota do rozbudowywania własnych układów i szukania ciągłych dowodów na istnienie Boga, którego „żydostwo” akademickie skonfigurowało na własną modłę, ale w swej doskonałości, rudobrody, zapomniał o istnieniu zastępców, którzy czyhają na jego stołek i w zapomnieniu donosów pogrzebią jego szczurobrody mózg na nieskonfigurowane pragnienie zostania rudobrodym ufoludkiem.

– Zatłoczę telefony – Levin w szaleństwie myśli już stwarzał kontakty z byłymi oficerami KGB. Mamrotał coś do siebie, żeby wytworzyć instynkt samodoskonałości, ale nie rozumiał polskiej prawdy sądowej, która z prawdą kapturową była pomieszana. Czuł się jak magiczny stwór, mówiący do siebie: jesteś pod każdym względem dowodem na istnienie Boga, Boga, którego rudobrody zna na pamięć, ciągle bez pokwitowania!

I co najgorsze, ta prawda w Boga zabolała Levina. Czuł się już teraz jak wuj Sam w wyższej szkole trzeźwości i niczego nie mniemał, stawał tylko na baczność przed kolejnymi nakazami, czuł się jak papparazzi, który dostał eksmisję za obiecaną nagrodę, kiedy pytał o Nią w dziekanacie.

Pomimo tego, że znały jego skromną osobę kadry uniwersyteckie, nie dostał informacji o nagradzaniu Jej dokonań, o których tyle słyszał. Przeszukał wszystkie portale internetowe i ani słowa o przypięciu do Jej klapy marynarki, chociażby samej wstążki o monetach nie wspominając. Z magmy internetowego bełkotu pokawałkowanego na użytek władzy uniwersyteckiej widać było tylko taneczne pośladki rudobrodego w manifeście przemiału przeciwko prawdzie, którą Ona przykryła jego zezowate oczy, a on z bezradności razem z tymi, co wyżej, ściągał majtki Muzie nauki zamieniając ją w świetnie funkcjonujący, aliteracki początek uniwersyteckiej rozsypki.

W końcu Levin, wiedziony nakazem, zebrał się w sobie i zauroczony uniwersyteckim chamstwem postanowił Jej powiedzieć, co o tym wszystkim myśli.

– Nie powiem Jej, kim jestem, nie będę bronił swojej tożsamości, która wyrosła w irytacji zdarzeń uczuciowego kalectwa, nie powiem jej, że uwodzę chłopców. Powiem jej tylko to, o czym nie wie i czego się nawet nie domyśla.

Do „ULA”, budynku zajmowanego po wojnie przez ubecję trafił bez trudu. Ona akurat miała konsultacje. Odczekał długą chwilę i pełen napięcia wkroczył do Jej gabinetu.

Kiedy ją ostatnio widział wyglądała jakoś inaczej, jak amazonka spod znaku Pegaza. Teraz nie widział błysku w jej pięknych oczach, była jakaś taka nieswoja. Spojrzała na niego zgorszonym wzrokiem, jakby upominała się o spokój, była zgaszona, bez twórczego rozpędu, z niechęcią do wszystkich ludzi-tyle było w niej krzywd.

– Chyba mnie nie kojarzy – myślał, kiedy przeglądała jakieś papierzyska, ale nie.

– Piszą do mnie jacyś ludzie i przeglądam listy – powiedziała. – Proszę niech pan siada. Słyszałam trochę o pańskich kłopotach, które mam nadzieję nie przygnębią pana tak jak moje mnie. Dziwi mnie tylko, że pan tutaj bywał, pracował właściwie, a wszyscy udają, jakby pana tutaj nigdy nie było. Zawsze zadawałam sobie pytanie, jak z wolontariatu można wyżyć, albo, kto pana finansuje. Spędza pan lwią część swojego życia w różnych uniwersyteckich budynkach i tylko przypadek sprawiał, że czasami widywaliśmy się na korytarzu. Lubię język rosyjski, bo kojarzy się z sielskim, zaściankowym malarstwem i świetnie opisuje życie tułaczy, a pańska osoba, o czym pan zapewne nie wie wywołuje wiele kontrowersji i zazdrości, co powinien pan poczytywać za komplement w naszym marnym uniwersyteckim bycie. A tak właściwie, co pana do mnie sprowadza?

Levin był w kropce po tym, co powiedziała. Czuł, że była zaskoczona jego obecnością, ale widział też w Niej radość z tego, że się pojawił. Nie docierało do niego to, co mówiła, ale narzuciła jemu swój „szarm” i poczuł w sobie inny uniwersytecki oddech. Nie stała za sztucznym uśmiechem i za tym, co powiedziała, czuł to tak, jakby siostra zapraszała brata na kawę, a w kawiarni kelnerka na ucho szeptała im obojgu, że może o szóstej nad ranem, plugawa łapa będzie przetrząsać ich biurka i nie będzie już tego całego teatru, który jest wołaniem do wiatru, bo wiatr nieśmiały nie wyrywa drzew

– jak mawiał – poeta.

– Może napije się pan kawy?

– Tak z przyjemnością.

I kiedy parzyła tę kawę przyglądał się jej z bliska, pierwszy raz i już nie musiał uciekać wzrokiem, kiedy szła korytarzem, jakby mrużyła oczy w słońcu. Słyszał, że mobbinguje, słyszał, że naraża dobre imię ich wszystkich, a tak właściwie to nic nie słyszał, bo kiedy, kto i kogo mógł mobbingując narażać? Jedyne, co teraz widział to dobroć właśnie, nie taką na pokaz. Teraz widział, że mówiła dobrocią, witała się z dobrocią, z bezinteresowną dobrocią połączoną z bezradnością, o którą ją wszyscy oskarżali manipulując dobrocią, a właściwie dobrocią dla samych siebie.

– A może kieliszek koniaku, taki pan małomówny?

– W pracy koniak? – powiedział bez zastanowienia.

– W naszej tak zwanej pracy wierchuszka pija regularnie, więc, co mnie biednej począć w swojej bezradności, a tak prawdę mówiąc, to pomyślałam o panu czysto fizycznie, że pański żywot może być umęczony alkoholem, ale nie mam na myśli pańskiego alkoholizmu, tylko tego, że pan tak jak ja po prostu nie pije alkoholu, no chyba, że przy okazji takiej wizyty, którą nie wiem, czemu zawdzięczam, ale sprawił mi pan swoją osobą przyjemność. Pamiętam pana jeszcze z „Aliansa” i nieraz korciło mnie porozmawiać z panem, ale tłumy wtedy przychodziły na pańskie nienotowane nigdzie spotkania, co było pewnym kuriozum jak na ten budynek, który po części był moją własnością, tak polubiłam kameralny spokój, jaki tam panował, no i pan go zburzył tą swoją charyzmą i rosyjskością. Kiedyś mimochodem opowiadał pan o malarzu Niestierowie i od tamtej chwili przeprowadził mnie pan przez wiele galerii z malarstwem powiązanych. Nie zapomniałam oczywiście o Niestierowie, który religijność potrafił przekazać niezmiernie poetycko. Byłam niedawno w Petersburgu na zaproszenie jednego z uczonych rosyjskich, który był moim gościem na konferencji, no i wymogłam na nim zaproszenie w ramach projektu badawczego robionego razem z japońskimi uczonymi z Osaki. Powołałam się przy okazji na pańską u nas obecność. I proszę mi wierzyć wiele o panu słyszał, no i że był pan prześladowany i wywieziony na Sybir, czy jakoś tak. Pańskie nazwisko kojarzy się niektórym ze starą Rosją i łatwo wpada w ucho, stąd wiele się o panu dowiedziałam. Problemem pozostaje wciąż pytanie, po co pan do nas przyjechał, przecież nie do pracy tutaj. Myślę o tym, że jest pan wykorzystywany do niewiadomych mi celów. Z tego, co słyszałam, jest pan zagrożeniem dla niektórych filozofów, bo wykłada pan nieszablonowo i studenci szybko wychwytują tok rozumowania, jaki pan narzuca, co w filozofii przedkłada się tylko na chęć pogłębiania tematu i dalszych studiów, a pan odwalił za moich tak zwanych kolegów kawał roboty, która znając realia naszej władzy zostanie przekazana na konto tych, którzy władzę popierają i bez najmniejszych oporów się pod nią podpiszą. Napijmy się po kieliszeczku i wysłucham pana w oczekiwaniu na nowe plotki o uniwersyteckiej bohemie.

– Zacznę może od tego, o czym pani powiedziała przed chwilą. Po prostu jest to wniosek z moich tutaj obserwacji, a pani tylko podbudowała moją tezę o tych ludziach, z którymi miałem do czynienia i którzy dawali mi na utrzymanie, jak to pani ładnie nazwała. Otóż moim zdaniem całe uniwersyteckie kierownictwo to kliku mitomanów, którzy tuszują przykre czy niewygodne dla siebie przypadki tych, co się rozwijają idąc własną ścieżką drogi naukowej i po prostu robią to za szybko, co jest zagrożeniem dla nieuków i kombinatorów. Smaczku temu wszystkiemu dodaje jeszcze tusza tych, co rządzą, bo za nią jak za pierzyną, ukrywają swoje kanty. W swoich działaniach przypominają mi dawny aparat władzy, który chciał ze mnie zrobić czubka i odesłać do psychuszki w Kazaniu. Uratował mnie tylko mój gruziński język i to, że wychowywała mnie ciotka, tak wylądowałbym na targu dla wariatów. Nasz słynny poeta Władimir Bukowski spędził prawie czternaście lat w takim zakładzie, gdzie stworzono jemu warunki do pisania poezji, a później wszywano mu ją pod skórę, tak, że bez leków był pół wariatem.

– No i pan wylądował właśnie w takim kraiku. Tutaj też robią z niewygodnych ludzi nauki wariatów i wyrzucają na bruk, i musi pan uważać na tych ludzi, oni robią to w białych rękawiczkach. Proces uśmiercania duszy trwa dwa, a nawet trzy lata, później nadaje się pan tylko na portiera i to chyba tylko w domu dla wariatów.

– Proszę jeszcze o kieliszeczek, bo jestem trochę spięty, a chciałem właściwie powiedzieć o tym, co dotyczy pani. Z tego, co pani powiedziała, wynika, że nasz pogląd na uniwersyteckość, jest zbieżny. Do czasu, aż mnie nie zwiedli z tymi pracami, byłem pełen nadziei na prawdę, jaką jest wasza nauka. Myślałem, że ułuda szczerości, której uległem przyniesie jakieś wymierne dla mnie korzyści. Pracę, jeżeli można tak powiedzieć załatwił mi mój przyjaciel, a właściwie kolega, Aleks. On nas tutaj przywiózł, ma tutaj układy, on zna Polskę i ludzi tutaj. Przyjazd dla mnie do waszego kraju był jak lek na duszę, bo w Rosji nie było dla mnie miejsca, no i jakoś tak znalazłem się na uniwersytecie. Początkowo było trudno, bo akcent skazywał na rosyjskość i wiem, że nas za bardzo tutaj nie lubią. Ktoś nad tym zapanował, żeby to, o czym mówię przyciągało tłumy. Jestem teraz pewny, że połowa z tych, co przychodzili słuchać, była przymuszana. Zdobyli moje zaufanie i teraz jak tak pomyślę wstecz, chwaliłem się Aleksowi swoimi znajomymi z nauki i o tym, że w Rosji ciężko coś wydrukować, i że oni przyjechaliby tutaj, jako naukowcy na konferencje, a później mogliby zostać i legalnie kilka miesięcy nauczać. Aleks się zgodził, ale chciał koniecznie jakieś ich prace, żeby przekonać się, jaki poziom reprezentują, bo tak chcieli profesorowie. Niby to logiczne i sprawiedliwe, lecz ja myślałem, że Polska to teraz nie Rosja, a okazało się, że też korupcja i oszustów masę, zwłaszcza na takim uniwerku.

– Za bardzo się rozgadałem, a u pani czasu na pewno nie ma, więc powiem, z czym przychodzę.

– Może jeszcze jednego?

– A tak, tak, poproszę.

– Otóż byłem przypadkiem na spotkaniu, na którym wręczali doktorat honorowy dla człowieka właśnie z Rosji ukraińskiej. I poznałem tam profesora z instytutu nauk politechnicznych niejakiego Michaiła Morozowa. Po części oficjalnej była mała imprezka, na którą mnie zabrał, jako swojego przyjaciela. I tam zaczął już krytykować polską pierestrojkę, tam też wspominał o tajemniczym organie uniwersyteckim, za którym stoją notable z całego waszego kraju. Jest to twór, którego centrum jest na tym uniwersytecie, coś na wzór naszych instytutów badawczych dla opozycji, a nazywa się to przy uniwerku „Analiza chłonnych laborantów”. Wiem, to też stąd, że w tej delegacji naukowców był ktoś, kto często tutaj bywa. O tym też mówił Morozow. Po tym spotkaniu poszliśmy do hotelu i trochę popili, no i jak to zwykle bywa gościu się wygadał i pytał, kto to jest ta Ona, co to w telewizji obraziła cały dobry uniwersytet i jego namiestników. Ja oczywiście o niczym jeszcze nie wiedziałem i on otworzył mi oczy i powiedział o tym organie chłonnych laborantów. Jest to jakby nie ująć z tego, co mówił, wykańczalnia na wzór psychiatrii i obrazów ludzkich na szczeblu jak najwyższym. Proces, tak jak pani zauważyła trwa dosyć długo i zmierza do psychicznego unicestwienia jednostki w imię dobra partyjnych notabli. Tym się to charakteryzuje, że takich jak pani zwalnia się w takim trybie, o jakim pani mówiła. Tylko nie dosłyszałem, za co chcą panią zwolnić, bo przecież nie za to, że pani wydała książkę albo organizowała konferencje. Stałem tam dosłownie kilka minut i widziałem rudobrodego jak rozmawiał z drugim takim profesorem. Rudobrody to jest człowiek, co mi zaszkodził i przez niego nie mogę już przychodzić na uniwersytet. Zabrali mi też moje rękopisy prac mało znanych w Polsce naukowców rosyjskich i nie chcą tego oddać. Jak się upomniałem, to dostałem dyplomatycznego kopa. Niby nie miałem umowy, ale ją obiecali. Załatwiłem wszystkie pozwolenia na pracę na jeden rok. Nawet ambasada rosyjska cieszyła się, że jednego dysydenta ubyło, który z dysydencką robotą wspólnego nic nie ma, chyba, że mówienie książkowej prawdy. I tak mnie rudobrody oszukał. Szukałem z nim kontaktu, ale mnie unika. Nie odbiera telefonów.

– Przerażające to, co pan mówi, ale mamy u nas jakąś demokrację i tego typu sytuacje nie mogą mieć miejsca. Ja sama czuję się wyalienowana i rzeczywiście stan mojego ducha i wiara w to, co robię, osłabła. Moja sytuacja jest trochę nagłośniona i sama mam wątpliwości, bo czasy minione wracają. Za PRL-u krytyka państwowej instytucji była równoznaczna z wykluczeniem społecznym i dzisiaj okazuje się, że wczorajsza świadomość jest jeszcze głęboko zakorzeniona u niektórych uniwersyteckich baronów, którzy wzorce z czasów minionych przenoszą na ludzi wykazujących samodzielność i niezależność w myśleniu i ci inni zostają odsuwani na pobocze metodami, o których pan mówił.

– Mimo tego, że pani nie domyśla się postaci rzeczy, w jakiej się pani znalazła, mogę tylko przypomnieć, że w starożytnym Rzymie był ongiś barbarzyński kapłan Nemi. Nemi dlatego, że święty gaj, w którym odprawiał obrzędy tak był nazywany. Ale zanim został kapłanem Nemi musiał zabić swojego poprzednika. Po uśmierceniu go resztę życia musiał spędzać na ciągłym, bezsennym prawie czuwaniu i krążeniu dookoła świętego drzewa w gaju Nemi, wypatrując, czy aby ktoś nie przyszedł go zabić, aby zająć jego miejsce i zostać kapłanem Nemi.

– I taki obraz ja tutaj widzę. Może przykład jest zbyt drażliwy, ale jakby się wgłębić w struktury działania rudobrodego i świty to znajdziemy wiele pochodnych, które wskazują na to, że pani zaskoczyła ich swoją bezradnością. Ta bezradność, to pani telefoniczny powiernik, z którym chodzę na basen i czasami za stówkę siedziałem z jego dzieciakami przez łykend. Proszę się nie dziwić, byłem sługą pana, który rechotał, jak pani płakała przez telefon, a oni ci z dysleksji etyki, jak ja to nazywam, polewali sobie po kielichu, wciągali kokę i wyświetlali pani pisma na ścianie, którą częstowali moczem ze swoich fiutów i wagin, jak jacyś zboczeńcy, których bardziej można zrozumieć, bo to jest pewna forma seksu, ale tych funkcjonariuszy urzędu bezpieczeństwa jegomości rudobrodego, przestraszyłem się bardziej niż katów swojego pisania, które mi chcieli wciskać pod skórę. Zawsze mówiłem, że diadia Stalin był moim stryjkiem i jego duch przegryzie im skórę żywcem i wtedy, ci oni pozwalali mi tylko, żebym wstrzykiwał sobie siarkę, w genitalia.

I Levin, już płynął w rozpaczy. Nie płakał. Stanął, ściągnął spodnie i pokazał Jej fragmenty pomarszczonych, pięknych kiedyś, jąder. Ona, zmieszana trochę, naciągnęła jego spodnie na szczupłość sylwetki i polała jeszcze po kielichu.

– Napijmy się drogi filozofie Levin za pańską wrażliwą seksualność, ale chciałam pana pocieszyć, że jest tutaj taki jeden, też filozof, który często przychodził do mnie w Aliansie, żeby pokazać swój siwy zarost łonowy, który miał być prawdą o tym, czego inni się nie domyślali. Mówił w swoim zamyśleniu, że zbawia boga, że w przypadku filozofa powinna być aktywna nie tylko głowa, ale i genitalia, bo jego sterczący mały fiut, to symbol buntu przeciwko uniwersyteckim manipulantom. Tacy oni są mali jak mój penis, ja kiedyś będę wielki, ja tutaj będę rządził nawet tym swoim krasnalem – wył z rozpaczy

– Śmiechu to wszystko warte, lecz rozpasanie takich ludzi i ich bezkarność sięgają czasami dna naszych jezior zatrutych chemikaliami. Całe to wasze uniwersyteckie życie to jeden wielki urząd bezpieczeństwa publicznego, tylko, że tacy ludzie jak pani w swojej prawdzie naiwności wierzą w całą tę grę tych barbarzyńców. U nich nie ma grama prawdy, to jest jedna wielka manipulacja akademickością. Nie czuli nawet zażenowania po tym, jak pani rozmowy nagrywane przez pani powiernika telefonicznego, wielokrotnie odtwarzali, aby później przekazać je do laboratorium, a tam chyba pięciu lub sześciu psychologów, a może psychiatrów wałkowało pani wiarę w prawdę i pani rozwój, który tak ich zaskoczył i mógł być przyczyną do tego, żeby panią usunąć. Ale nawet ja zdaję sobie sprawę z tego, że dla pani jest to praktycznie śmierć naukowa, chociaż można jeszcze coś dla siebie i nauki zrobić, popełnić na przykład samobójstwo. I to jest moim zdaniem obraz sprawowania władzy przez rudobrodego, który dostrzegł w pani zagrożenie. U nas nazywają to „rządzeniem z rządem” i to jest jego kultura, która mi się brzydko kojarzy. Ale znając jego poglądy, nazwałbym to „monarchią ludową”. Jest to termin, jakiego używałem na Kamczatce w stosunku do władz lokalnych. Dla nich monarchia w nazwie była komplementem, a ja pękałem ze śmiechu, bo w tych dwóch wyrazach jest więcej jadu z brudnych źródeł niż komunistom, a tym bardziej monarchistom by się wydawało.

– To skąd w takim razie pańskie dysydenctwo i wieczna poniewierka, która nie ma końca. Jak jest pan tak znany w Rosji, to nie powinien być pan ciągle zakuwany w kajdany? I skąd tyle fantazji w terminie monarchia ludowa, przecież to czysty absurd.

– Och nie! Myli się pani. Na temat monarchii ludowej wydałem w Rosji książkę, która przyczyniła się do mojego upadku. Cenzura ją zarekwirowała, bo zobaczyła w sobie bezwzględność i królewskie panowanie, które nijak się miało do robotniczej biedy i ciągłych obietnic poprawy bytu ludzi pracy. Wcześniej jeszcze, pochwalę się, wydałem obszerny kalendarz naukowy „Demokracja filozofii i demony dobrobytu”, który partyjna wierchuszka uznała za bardzo pouczające kompendium wiedzy dla ignorantów. Ale dopiero po wydaniu monarchii ludu dopatrzyli się w niej demonizowania ustroju sowieckiego i w ramach osiągnięć naukowych zostałem wysłany na dwuletnie stypendium dla obiecujących naukowców, na Kamczatkę właśnie.

– Jest pan niezwykle ciekawą osobowością, aż trudno uwierzyć, że utalentowany naukowiec wylądował w kraiku namaszczonym przez monarchistów. Jeszcze odrobina koniaczku i niech posłucham może czegoś o pańskich kolegach, z którymi pan tutaj przyjechał.

– Moi koledzy nie są może tutaj tacy ważni. Ważne jest to, żeby posłuchała pani o jeszcze jednym historycznym wydarzeniu, obrazującym pani teraz przypadek. Mawia się, że historia lubi się powtarzać. Oto, więc ona… Ale jeszcze pytanie. Czy lubi pani Cyganów?

Zaskoczona pytaniem, mimowolnie odpowiedziała:

– Mało kto ich lubi.

– Takiej odpowiedzi się spodziewałem, ale i tak ich pani nie polubi. Otóż, kiedy Bóg kończył tworzyć świat, jedyną społecznością, która nie chciała się podporządkować namiestnikowi Boga, czyli Chrystusowi, byli właśnie Cyganie. Wtedy Bóg zszedł drugi raz na ziemię i jeszcze raz ogłosił, że tylko Chrystus potrafi właściwie nauczać i jego nakazom należy się podporządkować. Cyganie oczywiście obiecali poprawę, ale gdy tylko Bóg wrócił do swojego niebiańskiego apartamentu wszystko wróciło do normy. Wszyscy wokoło znali już nauki Chrystusa i porobiło się wielu specjalistów od jego nauk, stylu życia, łamania się biedą i bogactwem, tak jak w każdym narodzie. Jego uczniowie, czyli specjaliści opracowali dokładny harmonogram jego działań, wizyt i cudów, które miały na celu tylko jedno. Wstawiennictwo za Cyganów u samego Wielkiego Reformatora, inaczej zwanego Bogiem. Wszyscy myśleli zatem, że głęboki humanizm na równi z kosmiczną boską astronomią na trwale zagości w łagodzeniu konfliktów, których Reformator Wielki tak nie znosił. Wszyscy specjaliści i eksperci byli pewni, że Chrystus wstawi się za Cyganami – i rzeczywiście się wstawił. Z naukowego punktu widzenia było to bez znaczenia, bo Cyganie ostentacyjnie odmawiali wszelkiego narzucania sobie wszelkich reform i dalej nie chcieli się podporządkować namiestnikowi Wielkiego Reformatora, który miał dosyć cygańskiej samowoli i w geście humanitaryzmu niebiańskiego postanowił rozproszyć ich po całym świecie w odległości stu pięćdziesięciu wiorst, jeden od drugiego. Nie mieli też prawa tworzenia skupisk, co groziłoby nowym konfliktem. Ale specjaliści przewidzieli też, że Chrystus popadnie w konflikt z Wielkim Reformatorem, co niebawem nastąpiło i Chrystus został aresztowany. Większość specjalistów i ekspertów uważała, że Wielki Reformator zechce sam na sam porozmawiać z Chrystusem, co niebawem miało nastąpić i następowało, ale nie nastąpiło, bo spotkanie człowieka z Bogiem jest wydarzeniem takim jak spotkanie papieża w miejskim autobusie. Już św. Avicenna mawiał, że człowiek spotykając Mahometa staje się mu równy. Mahomet upokarza się przed napotkanym, oddaje jemu część swojej mocy i zdaje się na człowieka. Nazywa się to aktem dobrej woli, którego ani w pani przypadku, ani w moim, wielki reformator nie dokonał. Idąc dalej musi pani wiedzieć i rozumieć, co w naszym przypadku znaczą słowa: „Źdźbła nadłamanego nie przełamiesz i nie zdusisz żarzącej się iskierki”. Nasze sytuacje zawodowe z natury rzeczy są różne, lecz ze sobą zbieżne i to, o czym pani mówiłem, ma tylko na celu psychiczną degradację człowieka, co po części im się udaje.

– Ma pan tutaj całkowitą rację, pióro samo człowiekowi wypada z ręki. Ja ostatnio nic nie mogę robić, jedyne to, co piszę to kolejne wnioski do rektora, na które nie dostaję odpowiedzi, Są to naukowi ignoranci, którzy dobro nauki widzą tylko w intrygach i uczelnianej prowizorce. Nawet jak człowiek się wyizoluje, to i tak ta prowizorka jest przymuszeniem do pracy. Cały ten harmider z wyrzuceniem mnie z pracy jest sprowokowany przez jednego z pana znajomych, który za wykryty przeze mnie plagiat, który przepuścił stawia mnie razem z całym naczalstwem uniwersyteckim pod ścianą płaczu. Myślę, że w moim przypadku czas zadziała na moją korzyść.

– Otóż, ja droga pani sądzę inaczej, a właściwie znowu coś wiem na ten temat i to nic dla pani miłego. Cała ta jak to nazywa pani prowizorka z plagiatem, według tego, co wiedzą inni, została już dawno zamieciona pod dywan i to dywan najgorszego gatunku. Jest to dla mnie nawet tak niewiarygodne i skandaliczne, że słowo skandaliczne jest tutaj komplementem. Niech pani mocno trzyma się fotela i poleje swojemu teraz najlepszemu informatorowi, który dzięki miłości miał możliwość otrzymania tak poufnych informacji, które mają panią skompromitować i na trwałe wyrzucić poza nawias nauki. Kocham coraz bardziej ten kraj, bo przypomina mi skorumpowaną Rosję, Rosję Kamczacką.

– A skąd taki człowiek jak pan, mógł mieć dostęp do materiałów na mój temat, przecież to, co się dzieje między mną a władzami uczelnianymi, to jest prawie ściśle tajne.

– Pani zapewne nie wie, że natura skonstruowała moją psychoerotykę w stronę mężczyzn, nie kobiet. Nie owijając w bawełnę tutaj, właśnie w tym mieście przeszedłem inicjację seksualną i to nie z byle, kim. Moim pierwszym kochankiem był ksiądz, który dokształca się i poniekąd dorabia u was na uczelni i to on wtajemniczył mnie w sprawy, które z przypadkowych stały się dla mnie ważne. Pamięta pani zapewne meila, jakiego pani dostała z uniwersyteckiej biblioteki na temat wydawnictwa, w którym wydana była pani książka.

– I o tym pan wie? Nie jest to dla mnie zrozumiałe, szokuje wprost. Rzeczywiście, dziwny był to zbieg okoliczności, żeby biblioteka w tak idiotyczny sposób obrazowała stosunki między mną a wydawnictwem. Nie przywiązywałam do tego większej wagi, ale, do czego pan dąży?

– Generalnie do niczego, ale czy może mi pani wydrukować tekst tego memorandum, którego pani nie rozumie?

– Nie rozumiem, to znaczy według Romana O. mojego powiernika, powinnam już dawno to wysłać do wydawnictwa, że obrażają nie tylko mnie, ale i wydawnictwo, no i nikt by nie podskoczył, bo sądy arabskie bardzo restrykcyjnie podchodzą do łamania prawa i naruszania dóbr, a wydawnictwo to istnieje od narodzin pierwszych znaków, jakie pojawiły się już za Avicenny. Jakoś mnie to nie przekonało i dałam sobie z tym spokój, ale wydrukuję panu ten kawałek dla świętego spokoju.

Levin, pewny tego, co mówi, chciał dostąpić zaszczytu czytania tekstu na żywo i chciał go posiąść we władanie, bo jak mówił jego kochanek, powinno to położyć na łopatki całą bibliotekę, łącznie i kapitałowo.

– Proszę, niech pan przeczyta to na głos, może razem wyciągniemy jakieś wnioski z obrażania nauki.
Popatrzał na ten krótki tekst i wyartykułował ostatnie pytanie: „Jakeście się Państwo znaleźli w kosmosie?

– Czy nie zdziwiło to ostatnie zdanie, takiej osoby jak pani?

– Niech pan przeczyta całość.

– „Pani Doktor, doręczono nam wreszcie pani książkę. Dopiero mając egzemplarz w ręce, można zrozumieć, dlaczego tak długo to trwało. Arabian Press, to po prostu kilkuosobowa manufaktura przy głównej drodze prowadzącej do wielkiej arabskiej wsi pod katarską granicą, czy tak? Zadam pytanie bez zobowiązań do odpowiedzi – jakeście się Państwo znaleźli przy tej szosie?”. Podpisano, Wredysław R.

– Dobrze pan to przeczytał, tylko jakiś dupek nie wiedział, że rzeczywiście szosa tam jest, tylko kosmicznie szeroka. Wiedzą też, że żebrałam we wszystkich polskich naukowych instytucjach, łącznie z Ossolineum, z wydawnictwem IPE-nowskim rudobrodego włącznie o wydrukowanie tej książki, co trwało dwa lata. Więc w związku z tym, że wszystkie polskie wydawnictwa naukowe mnie olały, wysłałam do wszystkich na świecie zapytanie o wydanie mojej pracy naukowej. Doszłam do wniosku, że polski zaścianek naukowy nie jest zainteresowany moją kompozycją myśli i samodzielnością pracy w związku z powyższym godzę się na wydanie nie-plagiatu w każdej firmie, która interesuje wydawnictwa niepodparte plagiatem, tylko innowacyjnym poglądem, który kosztował mnie siedem lat badań nad tym, co zrobiłam i takie tam dryndu dryndu. No i odezwało się Arabian Press. Muszę panu powiedzieć, że całą książkę sama edytowałam w pocie czoła od a do zet, oni ją tylko wydrukowali. Takie to jest wydawnictwo, ale książka jest unikatowa i dlatego wszyscy, łącznie z rudobrodym, jak go pan nazywa, dostali rozwolnienia. To jest tak zwany polski sukces. I niech pan sobie wejdzie na stronę antykwaryczną w Paryżu chyba, ile moja książka kosztuje. Jest po prostu traktowana jak biały kruk, co jest z jednej strony miłe, ale nieprzyjazne dla nauki. W jakimś tam antykwariacie osiągnęła już cenę około dwustu euro, co jest swoistym kuriozum. Kapitalizm nauki w naszym kraju jest kapitałowym poplecznictwem, do którego ciągle dokładam swoje srebrniki zarobione za Jaruzela, bo inaczej nie mogłabym dokupić za te srebrniki wartości dodanej swojej pracy i wysyłać ich w ramach uniwersyteckich grantów, jako novum papelanum dla rektorianum popelanów, nowej generacji naukowców podszytych herbacianym naukowstwem, który przyjaciel Romana O. ,Rafał W. słynny nieżyjący już poeta, rozpierdoliłby w dwóch wierszach.

– Proszę się nie unosić, bo ja to muszę powiedzieć, że ten mój kochanek na polecenie kogoś od was wysyłał tego meila do pani zaraz po otrzymaniu pani książki. Sam mi o tym powiedział, bo nigdy czegoś podobnego nie robili. Był zdziwiony, że tak pięknie wydana książka była wyszydzana. Mówił to, jak wy mówicie, między wierszami i zaczął interesować się pani osobą. Raz stanął nawet w pani obronie, ale tylko raz, bo zaraz po tym został wysłany do kurii biskupiej na rozmowę, która trwała dwa tygodnie. I po jego tam wizycie zostałem przez rudobrodego wypchnięty z uniwerku.

– A czy domyśla się pan, kto tak generalnie chce mi zaszkodzić?

– Tak generalnie to nie wiem, ale widzę, że kieliszeczek mam pusty, więc go zapełnię i będę kontynuował.

Wypił Lęvin bombkę koniaku i w zadumie, patrząc na Nią powiedział:

– Jest pani niejako podobna do mnie, kiedy jako młody naukowiec dochodziłem praw nabytych do dalszego własnego rozwoju i to, co się później stało pasuje do pani jak ulał, tylko u was nie ma już tamtego systemu, lecz zostali tamtego systemu ludzie. Ja wtedy, tam u siebie chciałem grać zgodnie z regułami, czyli, jakby u was powiedzieć zgodnie z prawem. I ci oni powiedzieli mi, że te prawa nie są dla mnie i że postanowili, że one, te prawa stosują się tylko do nich, a nie do mnie. I w związku z tym muszę być ukarany, wrócić do swoich początków, czyli na bezrobocie. A oni prawami manipulowali, bo sami te prawa tworzyli. Większość instytucji państwowych, tak jak u was na uniwersytecie nie może ogłosić wyroków dla siebie niekorzystnych, jeżeli godzi to w tak zwane dobre imię uczelni. A nikogo nie obchodzi, że łamie się prawo, takie są zasady tych gierek, bo każdy działa z rozumieniem prawa, które stworzone, rodzi kalekie stwory naukowości, tworzy poddanych zastępców, do których się pani nie zalicza. Powinna być pani z siebie dumna, że w demokratyzowanym kraju jest pani w opozycji do kłamstw, do łamania zasad, a w szczególności prawa, które kaleczone stawia niektórych ponad ich ustanowieniem.

– Z tego, co słyszę porównuje nas pan do ruskich marionetek, co to przez lata przyklaskiwały ustrojowi niemocy, pisały na siebie anonimy, by nikt nie zaczął ich podejrzewać o to, że kiedyś siedzieli w łagrze.

– Nie nas, ale ich. Pani jest wyłomem w naukowym dyskursie o prawdzie i sensie bycia naukowcem. Większość, a praktycznie wszyscy z pani instytutu podporządkowują się jego eminencji dyrektorowi, który na wieczornej odprawie wszystkim komunikuje: „Ja, życiowy kurdupel, handlarz złudzeniami, nakazuję wam, aby wszyscy jutro stawili się w pracy uczesani i wymyci celem pojedynkowania się ze mną i moim wyrwanym z rzeczywistości kręgosłupem moralnym, w przeciwnym razie zadenuncjuję wasze naukowe chamstwo, jako handlarz waszymi naukowymi złudzeniami”.

– Pan mówi to poważnie, czy sobie kpi ze mnie?

– Kpina w tym, co powiedziałem może i jest, ale przebija przez nią gorycz, gorycz rozpaczy. Proszę mi powiedzieć, czy pani kontaktuje się z pracownikami uczelni po pracy? …Nie, proszę nie odpowiadać, ja odpowiem.

Wyciągnął jakaś kartkę i czytał z niej kilka minut. Złożył kartkę i położył ją na stół.
Patrzał na jej pobladłą twarz pełną łez i chyba radości, radości, która krótko przystrzyżona, może rudobrodego położyć na łopatki.

– To dla pani. To nie ja ukradłem, to nie ja przywłaszczyłem świadectwa prawdy i zakłamania. Teraz będzie łatwiej z tą wiedzą żyć i uwierzy pani w moje dobre intencje. Uwierzy jeszcze może w męską miłość, która broni miłości do nauki. Mój przyjaciel, wyciągnął ją z biskupiego skoroszytu, kiedy był zastraszany ujawnieniem prawdy o związku ze mną. Są tam jeszcze nagrania, które kompromitują nie tylko uniwersyteckich aparatczyków, ale ich żony, a nawet podobno dzieci rektora.

– Proszę zaczekać, teraz ja panu zaprezentuję swoją tajemnicę sprzed kilku lat, kiedy tłumaczyłam zeznania członków Opus Dei z Maroka, którzy byli i są rzeczywistością tego świata, a teraz tajemnicę mam w dupie, bo widzę, że po prostu warto rozmawiać. Przyniosę, materiały nie tylko erotyczne, które kręcone na uniwersytecie w Maroku są solą w oku wszystkich tutaj zatrudnionych, a których producentem był jak pan go nazywa, rudobrody.

Levin nie był zbytnio zaszokowany tym, co usłyszał, bo wszyscy ludzie uniwersyteckiego półświatka mogli oglądać jakieś kawałki burlesek rudobrodego. Sięgnął jeszcze do sedna swoich abstynenckich myśli i nalał kielicha z butelki, która ciągle pełna, wydawała się nie mieć dna tak, jak chciwość pod maską moralności nieukrywanej. Pomyślał w jednej chwili o zagładzie tych dupków metodą na „Zająca”, którą Aleks tak skutecznie zastosował wobec prawosławnego katabasa.

Długo jej nie było, więc polał sobie jeszcze kielicha i myślał o tak zwanym przypadku w przypadku.

– Gram zgodnie z regułami – mówił do siebie – ale generalnie nie ma tutaj żadnych reguł. Reguły stosują tylko ci inni, tak zwani ustanowieni przez ustawodawców w gronostajowych strojach – przełknął kolejną dawkę alkoholu i krzyknął: – gronostajowe szuje! – kiedy weszła.

– Propaganda klęski w warunkach sukcesu. Tyle mogę pani zinterpretować, jako intelektualista, jako człowiek udający, że nie mam więcej rozumu niż rzeczywiście mam, a piekło, jakie uczynił pani rudobrody mogę tylko przyrównać do raju, w jakim się pani znajdzie, bo królestwo, ich królestwo jest królestwem nie z tego świata, ale ze świata takich ludzi jak pani niestandardowe oczekiwania i prawda, w której pani żyje. To tak, jakby świat uniwersytecki otulić światem wodorostów i przygarniać zmęczone małże, żeby słuchały starych kamieni i oddychać modlitwą składaną do stołu w ostatnich sekundach życia, którą pożarła pleśń, tak pisał Sajjab o śmierci w śmierci, którą ciągle pani sugerują.

– Co pan mi tutaj pieprzy o modlitwie i śmierci, czy usiłuje pan zakrzyczeć swojego boga? Czy chce mnie pan jeszcze bardziej zadręczyć, niż jestem zadręczona? Moje przeźroczyste dłonie w anoreksji umysłu niedługo niedosięganą krtani, z której muszę wydobywać garstkę imion i nazw, żeby myśli nie płynęły pod prąd w spektaklu imaginacji zdarzeń, na które naraził mnie rudobrody.

– Jakże poetycko to pani zinterpretowała, ale ja krzyczę o tym, że rektor z rudobrodym są odpowiedzialni za zdławienie postępu w nauce, za akty zastraszania takich jak pani i za promowanie miernot, które przyczynią się do klęski obu panów. To, co ma pani w swoich anorektycznych dłoniach może tylko skompromitować dwóch urzędasów a nie cały świat uniwersytecki, nie zlikwiduje uczelnianych tragedii, nie przyczyni się do tego, żeby uniwersyteckie gnidy przebrały się w drelichy i grały w karty o szaty biskupie, szaty przemoczone łajdactwami i przemożną chęcią zysku.

– Coś za bardzo koniak pana rozgrzał i mogę się tylko domyślać, że wiedza pana na tematy mi bliskie nie jest naciągana, ale co tam. Proszę to sobie oglądnąć, to są fotokopie, bo oryginały mam głęboko zakopane. Te druki to e-maile, jakie bractwo, tak to nazywałam, użyczało sobie, żeby uprzykrzać życie innym. Kupiłam to z myślą, że będzie coś na mój temat, lecz są tylko wzmianki o mojej belgijskiej kwerendzie, na której byłam i z której uciekłam, a na którą jeżdżą wszystkie uniwersyteckie zdziry. Zapraszał mnie tam właśnie dyrektor, któremu się nie odmawia i będąc tam dosłownie kilka godzin zrozumiałam cały sens uniwersyteckiego życia, bo o balach, jakie organizował rudobrody w uniwersyteckich salach zapewne pan słyszał. Każda studentka, która siedziała u niego na kolanach jest dzisiaj magistrem, a jedna nawet jego zastępcą. Tymi tekstami i zdjęciami, jakie tutaj pan ogląda, mogę udupić i rudobrodego i rektora i pedała dziekana i senatorów uniwersyteckich i generalnie cały pierdolony uniwersytet, który mi obecnie wisi. To jest tylko część luksusu śmietankowego imperium. Mam zrobione i rozdane tyle kopii, żeby w razie czego, podetrzeć sobie nimi moją naukową dupę. Nabyłam to wszystko po programie, który pan zapewne oglądał, od wkurwionego na rudobrodego człowieka, niejakiego Bakalarskiego, który podobno teraz na Słowacji karty rozdaje, nie wiem tylko czy z nadania obywatela dyrektora. Nie zgadnie pan, za ile oddał mi te informacje. Ludzie mają różne obsesje na punkcie rudej brody, żeby móc normalnie funkcjonować.

Ona mówiła, a Levin nie mógł uwierzyć ani w zdjęcia, ani w teksty, jakże różne od twarzy, które znał i w które wierzył. Skąd u licha to całe przebierane towarzystwo, na co dzień tak ustabilizowane, dobrze ułożone, pełne ukłonów i tabloidowego włazidupstwa. Kogo my tutaj jeszcze znamy?

– No proszę, obywatel o azjatyckich rysach twarzy. Co on tutaj robi? Proszę mi powiedzieć, czy ten pan, co całuje jego eminencję dyrektora to jakiś Chińczyk?

– A, to jeszcze inna historia. Ten pan jest przedstawicielem koreańskiego kapitalizmu, który z rudobrodym jest związany od kilku lat. Dyrektor wynajmował jego firmie swoje mieszkanie lub dom tego nie wiem, ale po wieloletnim wynajmie tego lokum, na uniwersytecie, nie w tym lokum, powstał tak pożądany i długo oczekiwany przez naukowców wydział koreanistyki, na którym obecnie studiuje dziesięć chyba osób. Wszystko oczywiście w ramach długo oczekiwanej wdzięczności i przyjaźni polsko-koreańskiej.

– Teraz pani chyba ze mnie sobie drwi. Po co wam tutaj tego typu kultura?

– Ano po to, żeby wszyscy polscy Koreańczycy, co pracują dla MGM mogli poznać kulturę kraju swoich pracodawców, jak to w polskiej rzeczywistości bywa. Obywatel dyrektor, jako właściciel kawałka swojego pośladka zarządza teraz swoją naukową kurduplowatością, mniemając o swojej nad innymi wyższości. Na koszt oczywiście polskiego podatnika, który wołając w sejmie o deszcz i odprawiając msze o uzdrowienie, operacje szpitalne w to włączając, finansuje Caritasowi podniebienie w fundacji „Do nieba”, której prezesem jest obywatel skurwiony przez prawo, czyli obywatel Teologowicz o marce kiepskiej jakości wędliny.

– Niejasno się pani wyraża i ciężko to wszystko zrozumieć nawet dla takiego zarozumialca jak ja – Levina z Bagdadi.

– A co, pan też, jak Majakowski z tego miasta i też pan zdjęcie swoje z nim na ścianie ma?

– Wy, Polacy nie rozumiecie takich jak Majakowski, który dłubał w łajnie przeszłości i przetrząsał w swoich wierszach łajdactwa leninowskiego stalinizmu, pełnym głosem rozbierał na części w swoim pisaniu swoich oprawców, wieszając z nimi swój portret na niejednej ścianie i pełnym głosem mawiał, „Zdejm okularów rower, profesorze! Sam ja o sobie wszystko wyłożę”. Minęło lat osiemdziesiąt i pani teraz Majkowskiego gnębi, on, gdyby znała pani jego wiersze opisał pani przypadek z dokładnością teorii spisku, że „Sama sad ten zasadziłam, sama go podlewać będę”, tyle może o tym geniuszu, z którym, rodziny mamy wspólne, stąd sympatia do poety. Nigdy nie lubiłem swojej biedy, która ciągle kojarzy mi się z tym samobójcą. Nikt nie wie ile prawd kryje się pod tym nazwiskiem. Ja sam wyrosłem na podglądaniu rzeczywistości, która nie pomagała mi żyć. Cała nasza rodzina to Majakowscy, ale po jego śmierci samobójczej wszyscy zostali w tamtym okresie odtrąceni, chociaż nikt nie krytykował władzy. Zostaliśmy rozbici i rozdzieleni i nie wiem czy mam siostrę, czy brata. Ciotka mnie wychowała, która skąpiła mi nawet kartofli, nie dawała rysować i ciągle chciała mnie się pozbyć. Stąd być może moje kajdaniarstwo, jak to pani ujęła. Ta niewola i ciągły bunt o nic, bunt właściwie o prawdę, prawdę znikąd. Pomijając mój wątek i patrząc na te materiały, niechlubne zresztą, pytanie moje jest tylko jedno. Dlaczego nie pokaże pani tego światu?

Ona, ze łzami w oczach z pełnej ciągle butelki przelała swoje łzy alkoholowe do kieliszka swojego spowiednika i zadumana wyciągnęła jeszcze jedno zdjęcie, dla niej zdjęcie rozpaczy.

-To jest mój mąż, aktywista Green Peace, twardy człowiek o nieposzlakowanej opinii, zasłużony dla świata, który pół życia spędził na platformach wiertniczych, wybitny geolog. Napisał dwadzieścia książek o ziemi. Poznaliśmy się w Maroku i pełni nadziei przyjechaliśmy do nowej Polski ze swoją pasją życia. Media wzięły jego pod swoją kuratelę. Nie znał polskich realiów i żył jak idealista, prawdą niezmieszaną z polityką. Przyjechał chyba po to, żeby tutaj skonać w magmie oszustwa politykierów, którzy przez swoje manipulacje zamienili jego geniusz w horror. Nieświadom oszukańczych intryg polskiego świata nauki dawał sobą manipulować, teraz to zrozumiałam, to tak, jakby brylować chyba gdzieś między niebem a ziemią i chyba to samo chcą zrobić ze mną. Zniknął rok temu pisząc parę zdań, których nigdy by nie napisał. Dał mi po prostu sygnał o swojej niemocy i od tamtej pory nic o nim nie wiem. Podejrzewam tylko, że zamieszani są w to byli działacze Greenpeace z Polski, bo chodzi o duże pieniądze. A ci oni z tego grinpisa są dzisiaj w rządzie i ich gęby widzę ciągle w telewizji. To tyle na temat tego zdjęcia, które znają wszystkie tajne służby w świecie mojej nauki. Oni wiedzą, że nie odpuszczam, ale ci tutaj mają mnie za debilkę i wierzą w to, że rudobrody to mocny przeciwnik. Jego moc jest skonstruowana na szantażu i metodą „składka na dziadka” kontroluje swoje owieczki, które strzyże jak rozbójnik.

– Coś się pomyliło szanownej pani, bo metoda, o której pani wspomniała, jest znana też u nas, a po naszemu to wódczany podatek towarzyski, inaczej walenok lub walonek, wie pani, co to walonek?

– No, nakładka na buta-filcowa, na syberyjskie mrozy albo jeszcze inaczej na dziadka Mroza.

– Jak brakowało wódki jeden ściągał walonka i robili składkę. Ten zwyczaj jeszcze pokutuje na syberyjskich szlakach, nawet wasz Kapuściński o tym pisał. I co w tym złego?

– Niezła menda uniwersytecka z tego waszego rusofoba, naśmiewać się z rosyjskiej obyczajności.

– Zło panie z Bagdadi polega na tym, że każdy doktor, czy nie doktor musi na imprezie organizowanej przez rudego, do kapelusza, jako składkę na wódkę wrzucić kartę kredytową z kodem. Nową kartę. Za tę kartę kupuje się alkohol, a reszta idzie do czyichś kieszeni. Ostatnio jego zastępca ten od pokazywania zarostu łonowego, przed obroną habilitacji wrzucił plik banknotów stu dolarowych mówiąc, że to na wódkę dla konwentu senatorskiego.

– Ależ to uzurpator z tego rudobrodego i dlatego hrabia Wroński z naszej ruskiej rzeczywistości tak niszczył literackie dzieła podparte tożsamą egzegezą myśli twórczej, która z twórczością nie miała nic wspólnego i komplikowała literacką rzeczywistość, zamieniając ją w brukowiec na katafalku próżności hierarchów prawosławia.

– Ma pan rację w swojej próżności myśli, tylko nie zdaje pan sobie sprawy, że ja jestem obywatelem awangardowego miasta, którego prezydent robi najlepsze miasto w Polsce i z tego, co powiedział wywnioskowałam, że mamy do czynienia z postępującą degrengoladą życia naukowego w naszym mieście, a klasa naukowych dyktatorów jest tak słaba, że przyjdą nowi, młodzi, zdolni i piękni i będą się garnęli do życia naukowego. A ja bardzo bym chciała, żeby nie byli zdeprawowani, tak jak ci, których przyjęłam pod swoje skrzydła, a którzy mnie zdradzili. Rudzielec ich przekupił naiwnością na swojej arce komitetu wyborczego jak przekupki, którym daje się nadzieję za trzydzieści srebrników.

– Czyżby zdrady nie potrafiła pani wynagrodzić cierpieniem? Jest na to sposób, który mój przyjaciel Aleks wypróbował na swołoczy prawosławnego katabasa. Jest to tak zwany sposób „Na Zająca”, który z kupy ludzkiego mięsa robi użytek na potrzeby technicznej pierestrojki, jaką jest nauka, a moja obecność tutaj jest jeszcze podyktowana potrzebą ekspertyzy naukowej, o której wiedzę dopomina się prawosławie i tylko Panią posądza się o to, że taką wiedzę posiada, jako wielki immunitet naukowy i skrywa ją Pani dla siebie. My ludzie sybirackiej pierestrojki szanujemy takich jak Pani, bo też walczymy o niezależność skomponowaną inaczej, jak mawia pan Roman, przyjaciel mojego kolegi Konstantego. Powiem krótko, czy „sekretarzyk riazański” coś Pani mówi?

Popatrzyła na niego ze zdziwieniem i odpowiedziała buńczucznie!

– A dwieście tysięcy dolarów coś panu mówi? To cena za głowę mojego męża. Śmiesznie niska i śmiesznie wysoka, na którą mnie nie stać.

– To Pani mąż żyje?

– I żyje i nie żyje, nie wiem, ale wiem, że te skurwysyny, szykują na mnie kolejną pułapkę. „Nic nie wiecie o skretyniałym naukowym świecie, gdzie doktoraty piszą notariusze, a habilitacje komornicy. Wszyscy ciągną sobie laskę, tak jak na rysunkach markiza de’Sada w opowieściach o Justynie, taki to jest świat, świat stetryczałego pornograficznego stalinizmu, niby nie za kolczastym drutem, ale z wrzodami i jątrzącymi ranami w podkolanówkach, z odmrożonymi rękami i nogami, niby nie masz szkorbutu, ale tracisz rozum i jesteś bliski popełnienia samobójstwa i później zadają tobie pytanie: Czy podważyliśmy jakieś zasady?”.

– Czyli mówiąc słowami Hegla, los człowieka nie jest jego osobistym losem, wyraża on moralną tragedię losu, jako jednostki, a porównując rudobrodego do Stalina możemy powiedzieć, że na tym etapie waszej znajomości rudobrody, człowiek z krwi i kości, powinien być traktowany, jako symbol komunizmu, jako jego najgorsze uosobienie. Wszak wielokrotnie powtarzane przez niego kłamstwa stały się prawdą przyjętą przez wszystkich bez wyjątku. Jakby na to nie spojrzeć Stalin, tak jak rudobrody ciągle powoływał się na klasyków. Sam wytworzył tak zwaną psychologię „śrubek”, naturalistyczny, średniowieczny, podbudowany głębokim przeświadczeniem szczerb na tarczy socjalistycznej ojczyzny, który burzył szczytne ideały marksizmu, co w końcu stało się źródłem strachu, strachu niezamierzonego, któremu ulegli Pani kolesie nie zdając sobie z tego sprawy, czyli jakby inaczej ujmując, też przyczynili się do defraudacji i muszą być na liście do likwidacji metodą na „Zająca”.

– A co to takiego ta metoda?

Nie zdążył jej wytłumaczyć i długo by jeszcze ględzili, ale stukot do drzwi przerwał ich romantyczne rozważania. To ochroniarka przerwała dyskurs między wójtem, a plebanem. Pani broniąca pszczelego majątku, wtargnęła nagle do pokoju, żeby zakomunikować Jej, że Ona ma zakaz korzystania z pomieszczeń instytutu, czy jakoś tak. Ględziła coś o uczciwości i niesprawiedliwości i pokazała kartkę o zakazie korzystania z pomieszczeń Jej Eminencji uczciwości, jak Ją nazwała.

– Przykro mi, że dopiero teraz to mówię, ale to wisi już od dłuższego czasu, a my o tym nie wiedziałyśmy albo nie chciałyśmy wiedzieć. My wiemy, co to za ziółko ten wasz dyrektor. A koleżanka, którą kiedyś na nocce upił i bzyknął, wygadała się, że pani zalazła mu za skórę i on się zemści. Straszne rzeczy o pani mówił, a my wiemy, jaka pani jest, do rany panią przyłożyć. Ale co tam, kartkę pani ma podpisaną przez tego oprawcę, który co ładniejsze z nas nagabuje. Nasze skargi nic a nic nie dają, bo robotę stracimy, więc musimy siedzieć cicho, a ruda pała molestuje, pije i rucha swoje owieczki, jak bóg przykazał, ale co my tam. My po kądzieli z panią profesor, my wiemy, że on ciągle kombinuje. Te jego imprezowanie niektórym doktorom bokami wychodzi, ale tak jak my, siedzieć muszą cicho. Sama pani tutaj niejedno widziała, więc powiedziałam swoje z bólem i muszę powiedzieć jeszcze – patrzyła z powagą na Levina – że pana obywatela też znam, bo córka moja pana sobie upatrzyła i zdjęcie pana nawet ma z pana grupą. Nie pasujecie do tego tutaj, że tak powiem grona, płakać mi się chce, że muszę znosić tego rudego grubasa. Oni tutaj wszystkimi oprócz swoich gardzą. Udają bogobojnych, a Boga w sercu nie mają. Koleżanka, którą bzyknął, dała mi jakąś kopertę, którą zostawił i chyba zapomniał, bo też był nawalony. Dam wam ją za symbolicznego kielicha, tak po prostu, tak go nie lubimy.

– Ależ droga pani – Levin skonsternowany chciał coś powiedzieć, ale Ona nalała kielicha i podała bez słów kobiecinie, która jednym tchem łyknęła napój, Ona nalała drugi, który również został szybko opróżniony. Patrząc na nich posępnie sama nalała sobie jeszcze jednego, wychyliła jeszcze szybciej, podała Jej szarą kopertę i wyszła tak szybko jak szybko mówiła.

Człowiek z Bagdadi, oniemiały wyszedł za nią, bo nie mógł uwierzyć w to, co powiedziała. Dotarł do dyżurki i poprosił o kartkę-niedowiarkę, jak ją w duszy nazwał. Oniemiałymi oczyma wtapiał w siebie słowa, które teraz Jej, tak jak kiedyś jemu zabraniały właściwie korzystania z pomieszczeń całego instytutu. Z kibla, chyba też, bo jak wszystko to wszystko.

– To jakiś obłęd proszę pani, czy długo to tutaj leży?

– Koleżanka mówiła, że program w telewizji był i tam pani doktor pokazywała jakiś przekręt dyrektora, czy jakoś tak, no i zaraz po tym była ta kartka, ale że miała żal do niego o zgwałcenie wielokrotne, to ją schowała i tak przez jakiś czas nikt o tym nie wiedział, bo oni się tutaj mijają i widują pewnie na naradach, aż sam dyrektor przypiął ją na tablicy i nie kazał ściągać.

– Wezmę ją na chwilę i zaraz oddam.

Wpadł do pokoju jak burza, a Ona właśnie otwierała kolejna butelkę koniaku wcale niezasmucona, jakby w to nie wierzyła, co powiedziała molestowana ochroniarka.

– Ma pani aparat w telefonie?

– Mam, a po co panu aparat?

– Proszę dać mi telefon – i niewiele się namyślając, położył kartkę na stole i trzy razy pstryknął zdjęcie, które miał zamiar wysłać do wszystkich gazet świata.

– Zabawa w totalitaryzm za pieniądze Unii Europejskiej pani doktor. Proszę to sobie przeczytać, ale najpierw napijmy się, bo dla mnie to jest szok.

Ona przeczytała kartkę i przepisała ją na tablicę, artykułując zachwianą polszczyzną każdą sylabę.

„Zakazuję wydawania kluczy do wszystkich pomieszczeń instytutu profesor Nesce nieprzepuszczającej plagiatów. Podpisano, Dyrektor, profesor doktor habilitowany, i tutaj Ją zatkało, Golisław Bryczewski”.

To on, ten plagaciarz do tego się posunął? Mało narobił krzywd tym, co odmawiały jego rudej gębie lizania kutasa, ale co tam. Była na małym rauszu, ale nie omieszkała skserować tak ważnego papierka, który tworzył podwaliny pod nowe państwo – państwo oprawców uniwersyteckich.

– Panie Levin, spieprzamy stąd, bo pociąg do Riazania nam ucieknie. Nie mógł pan lepiej trafić z tym swoim riazańczykiem. Zapraszam pana do siebie, tam nikt nam nie będzie przeszkadzał. Proszę schować kopertę, u mnie zobaczymy, co to za tajemnica.

Zabrali cztery butelki wódki i trzy wina, co wywołało zdziwienie u Levina.

– Wiem, że pana to dziwi, ale to miejscowego Pawki Morozowa, doktorrra horrorra jak go nazywają. A jeszcze parę dni temu siedzieliśmy naprzeciwko siebie i patrzyliśmy sobie w oczy.

– Pieprzyć go, jego też za zająca przebierzemy.

Wychodzili, kiedy północ ścieliła niektórych do snu, a posępni ochroniarze zapijali swoje smutki drogim koniakiem przeznaczonym dla oprawców z akademickich bungalowów.

– Faktów nie można odmienić, ale trzeba je próbować zmienić – powiedziała na pożegnanie ochroniarka, której Levin dał jeszcze na odchodne dwie dychy.

– Proszę o tej rozmowie nie pamiętać, bo jeszcze pani nam się przyda.

– Będę milczeć w imię autonomii myśli, zgodnie z regulaminem, tak nam dopomóż, panie ze Świecka, granicy niepokornej, gwałtu rodzicielki nieposkromionej.

Mieli już dzwonić po taksówkę, kiedy Ona, przytłumiona przeczytaną kartką postanowiła powrócić do ochroniarskiej dyżurki. Zostawiła tam kartkę z informacją o chorobie i odwołaniu zajęć z powodu zakazu korzystania z pomieszczeń instytutu.

SNY NIEPOKORNE

Przyjechali pod dom pełen wykuszy z alkoholizmem niezwiązanych i tracącą radością wymion z cyckami, jakimiś tam na wierzchu, który przebłyskiwał Levinowi w rozgoryczeniu i zakonnym miłowaniu, spożytym w zakłamaniu kapturowego egzorcyzmu. Wchodził po znajomych schodach, jak niewykluczony, jak klucznik, jakby na swoje skazanie, drugi raz po tym samym homokreacjoniźmie, jakby nazwali to przewielebni. I stykał się znowu ze światem przebrzydłych, opasłych w białe siedzenia firan, za którymi niewinność niepokalana miała wymiar dzięsięcio, no w najlepszym wypadku dwunastoletnich figur zrobionych z woskowiny wyciągniętej z ucha dębowego wikarego, w tonacji 3D, takie to wszystko było na pokaz.

– I Ona tutaj mieszka – pomyślał – w takim przepastnym miejscu rozpusty i teraz ja z tą kobietą mam się dotykać i sprawiać swojej przyjemności kukiełkowej przebraną miarę dostatku? Już jestem sponiewierany przez zakamarki dobroci prawdy w bezsensie demokratyzmu. Dosyć chyba pytań, ale powłóczę jeszcze nogami za samym sobą po to, żeby ciotki brukowe, tak jak Kostię nie wyrzucały mnie z domu, za który płacę haracz niezrozumienia, bez przebaczenia.

Nawet nie zdążył tego zrozumieć, o czym pomyślał, gdy łapska jakieś wrzuciły go do pokojowej kawalerki, z której wyjście było tylko rozpaczą. Siedział zakuty we własną naiwności, z której oglądał przestrzenie w kolorach białego zachwytu pomazanego fioletowymi skórami, fiszbinami jakimiś na oknach i ciągiem alabastrowych ścian bez tarcia, jakby luster, ale wciąż białych o jedwabnych odbiciach wymazanych szkieletami.

– Szkielety – mamrotał – przecież to wypisz wymaluj noc zakonnych, kościelnych tajemnic – i nie mógł już oddychać, przecież ja to, my, widzieliśmy i skonany alkoholem dogryzał swoją naiwność niepokalaną w poczęciu pańskim. I tak w tych bunkrach urszulanek, w tej nocy bezzakonnej, ta przebrzmiała białość i te małe szkieleciki wytłaczane ferrytowymi diamentami, to te szkieleciki musiały kiedyś w swoim cierpieniu służyć bezbożnej religii i zmasowanym orgazmom swołoczy chrystusowej.

– Riazańczyku, daj siebja paljubit, mnie tolka twajewo wraga nada wybrasit – rzucał się jeszcze o ścianki potężnych białych alabastrowych krat opryskiwany marmurowym umysłem Jej eminencji.

A Ona stała za kratami posiadłości, która była jej namaszczeniem i z lubością uczciwości naśmiewała się z kolejnego ruskiego bałwana, aby oddać cześć nieskazitelnej równości uniwersyteckich praw, których towarzysz Levin nie był żadnym udziałowcem, był więźniem niepokornym, tak jak Ona, potrzebująca świadków swojego naukowego lenistwa uczciwości, w którą odziani są imamowie w czardaszowych sukienkach podbitych katolickim płótnem.

– No i co, uniwersytecki panie demokratyzmu polskiego, czy dalej chcecie obywatelu towarzyszu robić pierestrojkę w naszej katolickiej rzeczywistości? Przecież wasza naiwność jest, jak mawiają Rosjanie, gorsza od diety towarzysza Stalina, w którą tak wierzył, a która zmogła jego po zżarciu ulubionych baranich jąder, które popił waszym ulubionym napojem madżari. Oto szklaneczka, której się pan nie spodziewa, wytłoczony owoc wprost z gruzińskiej winnicy. Wypić proszę, chociaż łyk i wszystkie kamyczki riazańskie będą u pańskich stóp. O Konstantego proszę się nie martwić, sam przyjdzie po obiecane daktyle. Nic nie zmądrzał. Biskup obiecał jemu po cichu, bez wiedzy Aleksa, koszyk dorodnych daktyli, które mam nadzieję, już spożył i będzie do naszej dyspozycji prędzej jak pan.

– Ale pani coś innego mówiła, przecież etykieta uniwersytecka coś znaczy, a ja w panią tak wierzyłem, była pani naszą klamką do drzwi niedostępnych, przecież to nie tak, pani jest naszym skarbem. Aleks to wyraźnie powiedział, że pani to nasza nadzieja na odzyskanie skarbu, a Kostia? Przecież wy, razem w tamtym czasie te tajemnice znaliście i tak pani nie chce nam oddać naszego bogactwa w cierpieniu?

Levinowi, brakowało już piątej klepki, czuł się osaczony przez swołocz w malignie opilstwa z niewłaściwymi osobami, za co został ukarany dymisją ze stanowiska dostarczyciela plagiatów, czego z kolei nie rozumiała Ona, walcząca o prawdę naukową z tymi, co plagiaty piszą i przepuszczają.

– A czy Konstanty Wołow, ten rekordzista od godzin nadliczbowych, nie mówił panu o strachu przed Czesławem, człowiekiem Kononowicza, kiedy wasza rocznica niepodległości była obchodzona o dwudziestej drugiej, a Roman, ten wasz pierewodczyk, zmusił go do postawienia wódki w imię przyjaźni polsko-rosyjskiej, którą pod strachem przed utratą pracy postawił Wołow, major waszej armii pełen strachu przed utratą pracy na czarno?

– To pani zna Romana, pierewodczyka robotniczej klasy, który broni rosyjskich porozumień z polską rzeczywistością?

– Panie Levin, Romana nikt nie zna, oprócz was, wam wydaje się, że on jest przedstawicielem klasy robotniczej, a on jest tylko przewrotnym robolem, który szkaluje naszego przywódcę i szuka taniego poklasku wśród obcokrajowców takich jak wy, sfrustrowani intelektualiści zdewociałej demokracji, która wyrzuciła go ze studiowania poza nawias europejskości, za krytykowanie oczywiście ojca narodu. Proszę zauważyć, że okoliczni europejscy magnaci liberalizmu kościółkowego i ci, co szkalują urząd ojca Konona, wszędzie mają swoje nosy, nawet w knajpach, tym bardziej należących do kelnerowego ludobójstwa, w którym się spotykacie. Nic nie wiecie o riazańczyku. To, co udało wam się zobaczyć, jest tylko częścią niewyobrażalnego cudu krwi ludzkiej i doskonałości morderczego uporu waszego prawosławnego hierarchy, który księgi nowogrodzkie chciał przerobić z opisu w magmę ludzkich nieszczęść, co mu się po części udało, tylko zabrakło do tego jeszcze sprasowanego ludzkiego popiołu, zamienionego w kruszec diamentowy. Dzisiaj jest to możliwe, ale dziesięć wieków temu ten fantasta zadrwił sobie z rzeczywistości i zagrabił wszystko łącznie z kopalniami diamentów i złotego kruszcu, wyrywanego z zębów i szkieletów poległych tam robotników, których szkielety zmaterializowały się pod postacią właśnie tego, co widzieliście, a jest to teraz własnością naszego patriarchy narodowego. Więźniowie tamtych czasów na znak uczciwości musieli smarować się złotym piaskiem lub diamentową supokryną i wypijać napój złożony z tych minerałów. Po jakimś czasie umierali, wierząc w uczciwość bogów bogactwa, dla których przyszło im pracować. Nic dodać nic ująć. Ale z tego galimatiasu ludzkich szczątków, przyroda zrobiła świecidełka, które krążą już osiem tysiącleci i mamią kolejnych poszukiwaczy swoją zawartością, w którą wy wierzycie tak, jak rzymianie wierzą w bursztynową komnatę. Z tą tylko różnicą, że sekretarzyk riazański istnieje, a komnaty nie widziały oczy nawet papieży prawosławnych. Dobranoc panie Levin, poczekajmy na Konstantego i wtedy on wyjaśni panu, jako specjalista od daktyli, co to jest wasz riazańczyk.

– Ale ja nie chcę dobranoc, jak chcę wiedzieć, dlaczego tutaj pani mieszka, skąd te alabastrowe natchnienie i te dzieci woskowane w jakimś nie wymiarze, przecież nie lecieliśmy samolotem, bo mam wrażenie, że pani przywiozła mnie do arabskiego kraju, a my o pani wszystko wiedzieliśmy, nasza centrala wszystko nam o pani nadała, jest pani naszym znakiem czasu od trzydziestu lat, kiedy Wołow sprzedał tonę daktyli miękkim talibom z Moskwy. I wiemy o pani kontaktach z ciepłym terroryzmem, i wiemy, że zrobiła pani z trzech profesorów swojego fachu swoich zastępców, a oni teraz panią olali i dlatego telewizje milczą, a świat arabski pogrąża się w anarchii i demencji, nie pamiętając o pani zasługach, jako obywatelskiej arabskiej społeczności, która z Al-kaidą nie ma nic wspólnego.

– Niech pan, jako kajdaniarz nie błaga teraz o zrozumienie dla swojej społeczności, o którą i ja walczę i jestem wdzięczna losowi, że pojawił się pan w moim życiu, jako moja ostatnia deska ratunku, ale będzie pan teraz biegał dla społeczności arabskiej w polskiej naukowej rewolucji myśli i te kajdany, co to panu założyła rosyjska przebiegłość, proszę potraktować, jako wyraz sympatii z kajdaniarstwem niemającą nic wspólnego. Miękka Al-kaida, jak pan ją nazywa, to tacy sobie ludzie, zebrani z całej Europy, takie sobie alter-ego o tożsamości takiej jak pan, ale dalej nie muszę już panu tłumaczyć. Jest pan panie z Bagdadii nad wyraz rozumną jednostką osobową i żeby przypomnieć Romana erytromana, ostatniego przedstawiciela klasy robotniczej w rewolucji myśli ojca Kononowicza, zrozumie mnie pan i pokrewne mi dusze, w której sprawiedliwość ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co Rosja z pańskim kamczackim demokratyzmem, który pański przyjaciel Konstanty zamienił w byt Onej, jak mnie nazywacie. Powiedział kiedyś do mnie w Maroku, że jestem krwawicą arabską, z której krwi wypić nie można, bo nie świecę, nie posuwam się z Arabami i liczę przetłumaczone manuskrypty. Ale moi uniwersyteccy bonzowie, mają to we krwi i jak bydło niepościelone, muszą służyć dwóm panom i jedzą z rąk kuriewnych kurwowiczów i drobnoustrojowych zakapturzonych uniwersjantów, co to pościelili manuskrypty waszych naukowców do swoich katolickich kochanek, żeby przeprać wiedzę, jako pościel wyorgazmioną, a później przetopić to w pańskim artefaktctwie uczciwości na swoje dokonania w imię kokainowego nieróbstwa. Jakby na to nie spojrzeć mamy wspólnego wroga, a pan nigdy wrogów nie miał. Konstanty nie wie, czy Aleksander, wasz dobroczyńca nie komunikuje się z tym biskupem. Żydem go nazywa z pożytkiem dla was, bo, po co to całe zamieszanie z gimnazjum dla młodych kaszalotów nieróbstwa, pod imieniem towarzysza Kononowicza, ojca narodu, przecież kpiny z jego eminencji, jako przewodniczącego, aż kipią na każdym murze, a on dryfuje między sobą a oligarchią autostradowych sygnatariuszy diagonalnego dziadostwa i poziemlańskiego nieróbstwa.

– Pani nie zdaje sobie sprawy, że już na pierwszym spotkaniu, nieintencjonalnym, przyszło takich dwóch personalnych jakichś, ale nie z papierami Polaków i podrabianą polszczyzną próbowali oszukać swoją w nas wiarę, ale Aleks z Romanem nie dali się wpuścić w kanał i zastopowali takiego jakiegoś, bez pochodzenia, co Żydów w Polsce urodzonych chciał wysyłać do gułagów, a jak go Aleks sprawdził po papierach, to sam okazał się Szkotem i też z tego kraju powinien wypierdzielać, bo jak wszyscy to wszyscy. Okazało się jeszcze, że ten Szkot na podrobionych papierach funkcjonował i mienił się za komunistę z prowincjonalnej Ukrainy, za anarchistę chciał pochodzić i oszukać naszego biskupa, ale Roman jakimś cudem go wyratował i powiedział wielebnemu, że go zna i za niego ręczy i zrobił z niego jakiegoś sekretarza grupy. Co, jak co, ale znając trochę Romana erytromana, jak go pani nazywa, wyrucha młodego Szkota i pokaże jemu ogolone kutasy niedźwiedzie, taki to fajny gość, bo jak raz go ktoś okłamie, to do sklepu każe biec po reksia i każdy wtedy głupieje, tak jak Kostia, bo reksio, to niewiadomo co, podobno jakaś wódka, której w sklepie nie można kupić. A ten młody Szkot pokazał mu palec środkowy, po czym dostał w ryja i zawieźli go do biskupa, a tam polują na młode mięsko nieopodatkowani celebryci z establishmentu obywatela przewodniczącego. I wniosek sam się nasuwa na suwak odbytu, pani profesorowo, jakby na to nie spojrzeć.

– Nie wie pan, człowieku z Bagdadi o jeszcze jednej naszej narodowej dolegliwości, która niszczy nasz kraj, ale o tym dowie się pan, kiedy Kostia się pojawi, zaraz powinien tutaj być.

Dalszy ciąg bohaterów nieróbstwa ubogiej rewolucji myśli, dopełni się w książce, która mam nadzieję z pomocą bezbożnie nawiedzonych członków klubu wizjonerów politycznych ukaże się przed wielkanocnym kontredansem w następnym roku pańskim. I żeby zrozumieć sens bezsensu naszego państwa, bo o tym traktuje ta opowieść, załączam pytanie do Was, obywateli, kim i czym jesteście.

Arystokraci ducha?

Kim właściwie jesteśmy? Rozpaczliwie szukamy tożsamości.
Uczciwi oszuści? Marzyciele realiści, asceci ideałów, a może kawały świni?
Wszyscy oni są w nas, wszyscy tłoczą się i przepychają,
Ich dusze w worku przyciasnym pomieścić się nie mogą.
Żaden w pełni do głosu nie dochodzi,
Charczą, skowyczą i piszczą. Nieznośna kakofonia,
Dlaczego tak?
Zapewne ten mechanizm najważniejszy, jakaś sprężyna główna,
Od której całość zależy, popsuta jest, źle przykręcona,
Niespójny, rozklekotany mechanizm,
Tacy jesteśmy pozaczynani i źle dopasowani.
I ta religijna wóda, w której tyle szukamy ucieczki, leczymy słabości,
Zagłuszamy swoje kalectwo, walczymy z nieśmiałością,
Tchórzostwem, ohydą,
Stosujemy ją na ból, gniew, nienawiść, radość, a nawet
Na miłość, tyle w niej topimy, ona, ta niby sojuszniczka
Już chyba zmogła nas ostatecznie.
Więc może jeszcze jedna nadzieja, że z tego
Co dobre z nas zostanie, z tego nawozu,
Który po nas będzie, ci następni młodzi ludzie,
Coś wezmą dla siebie przydatnego.
Doświadczenie, odkrycia jakieś niewielkie
Choćby zapis tej szamotaniny nieustannej.
Pójdą oni z tym choćby kawałek drogi
I coś osiągną. Jakąś wartość, ład, oczyszczenie,
Oczekujmy na takich, może naprawdę będziemy dla nich
My, niezłym fermentem, pożywką, rozsadą?
Może oni w sztucznej euforii nie będą
Człapali zębami i nie zostaną Koryfeuszami
Śmiesznego wizjonerstwa, aby w cuchnącej mazi
Nie przegrać życia na boku.
Czy tam, gdzie świnie pożerają pawia,
Jest miejsce dla królestwa beztroski? Czy tam,
Gdzie dzwony naszych czasów składają hostię
Na ołtarzu naszych marzeń, pijana,
Spocona ruja, pod zmienną grą powiek
Nie dostrzeże ginących efebów?
Czy my jak przydeptane ptaki, zostaniemy kiedyś
Arystokratami ducha?
Kto wie?!

Myśli zebrał, Roman Cupał

 

Fragment książki Romana Cupała „Królowie plagiatu”.

Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.