Przemyślenia o trzynastym grudnia

W tym roku już czterdziesty raz Polacy – każdy na swój sposób – przeżywają, rozmyślają i analizują tamten grudzień i to, co się wtedy wydarzyło. Stare polskie porzekadło powiada, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Inaczej widzą to członkowie ówczesnych władz, inaczej rozsądni i rozważni działacze ruchu społecznego, a jeszcze inaczej zapaleńcy o czystych intencjach lecz bez niezbędnego rozeznania ówczesnej sytuacji geopolitycznej, a chcący osiągać założone cele wszystkie i natychmiast bez względu na okoliczności. Kiedy górę bierze opcja zapaleńców, zawsze w historii Polski kończyło się to tragedią wielu ludzi, a także zniszczeniami dorobku kraju. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego takie działania są kultywowane i stawiane za wzór dla potomnych jako godne  naśladowania. Mam swoje lata, sporo doświadczyłem, sporo czytałem, długo rozmawiałem z członkami najbliższej rodziny i znajomymi, którzy tworzyli historię Polski, więc chciałbym podzielić się swoimi przemyśleniami o naszym patriotyzmie z czytającymi ten artykuł. Oto parę przykładów.

Lata temu wpadł mi w ręce tekst opisujący wykład J. Piłsudzkiego o dowodzeniu, a raczej o nieudolności dowodzenia. Otóż w czasie powstania styczniowego grupa około ośmiuset powstańców chciała wyzwolić z rąk rosyjskich miasteczko, które miało być łatwym celem. Nikt z dowodzących nie przeprowadził należytego rozpoznania, więc nie wiedzieli, że tydzień przed atakiem miasteczko zostało wzmocnione sześcioma tysiącami żołnierzy i artylerią. Atak na zasadzie: „Kupą mości panowie” skończył się wybiciem całego oddziału, zanim dotarli do jego rogatek. Był to skutek bezrozumnego hurrapatriotyzmu, działanie bez rozsądku i należytego przygotowania wojskowego, więc musiało się tak skończyć. Czy tym powstańcom  należy odmówić patriotyzmu? Jeśliby znalazł się ktoś namawiający do rezygnacji z tej akcji, czy znalazł by poparcie, czy raczej okrzyknięto by go tchórzem i zdrajcą? Niech czytelnik sam odpowie sobie na to pytanie. W powstaniu styczniowym zginęło kilkadziesiąt tysięcy patriotów, około trzydzieści tysięcy wywieziono na Syberię a kilkanaście tysięcy musiało uciekać z kraju. Wielu rozsądnych ostrzegało, że to powstanie nie ma szans powodzenia, ale hurrapatrioci wiedzieli lepiej. Poeta Adam Asnyk tak napisał: „Szabel nam nie zabraknie. Szlachta na koń siędzie, ja z synowcem na czele i jakoś to będzie”. Nic dziwnego, że umarł w biedzie i zapomnieniu.

Lato roku 1944. Ofensywa Armii Czerwonej przekracza Bug i prze na zachód. Warszawskie dowództwo Armii Krajowej chce przyjąć to wojsko jako legalna polska władza, ale pierw musi wyprzeć ze stolicy wojska niemieckie. Z wyprzedzeniem przygotowuje organizacyjnie patriotyczną młodzież. Rząd Polski w Londynie i naczelne dowództwo zakazują wszelkich działań zbrojnych, bo nie ma żadnych możliwości zaopatrzenia w broń i amunicję, a armia sowiecka jest wrogo nastawiona do AK i polskiego rządu, tym bardziej że już utworzyła nowy, komunistyczny rząd w ramach pojałtajskiego ładu uzgodnionego z zachodnimi sojusznikami. Wielu rozsądnych oficerów było przeciwnych zrywowi, lecz zostali uznani za tchórzy i zdrajców. Pomimo to powstanie wybuchło, choć tylko jedna piąta powstańców miała jakąś broń strzelecką, więc patriotyczną młodzież wysłano z gołymi rękami przeciwko niemieckim czołgom i uzbrojonemu wojsku. Sowieci poczekali, aż Niemcy wybiją powstańców, więc skończyło się rzezią 20 tysięcy powstańców i 200 tysięcy mieszkańców oraz całkowitemu zburzeniu stolicy. Generał Władysław Anders stwierdził, że wywołanie powstania było zbrodnią. Oczywiście powstańcom nie można odmówić patriotyzmu, ale ich dowódców cechował bezrozumny hurrapatriotyzm. Dziś data wybuchu powstania jest obchodzona jako święto narodowe, a bardziej właściwa byłaby żałoba narodowa.

Po wojnie Polska znalazła się w sowieckiej strefie pod stalinowskimi rządami i totalitarnym terrorem. Polakom – i nie tylko Polakom – to się nie podobało, bo pomimo żelaznej kurtyny widzieli  różnicę w jakości życia „demoludów” i państw demokratycznych. Potężne, brutalnie tłumione demonstracje w czerwcu 1956 roku,  w grudniu 1969 oraz w 1976 w Radomiu i nie tylko, pokazywały władzy, że tak rządzić krajem nie można. Przeciwnicy t.zw. komunistów (piszę „t.zw.” bo prawdziwego komunizmu nigdy i nigdzie nie było) zaczęli tworzyć podziemne struktury organizacyjne, będące zalążkiem późniejszej Solidarności. Ludzie ci w pełni zasługują na miano patriotów. W miarę rozrastania się tych struktur, w ich szeregach było coraz więcej hurrapatriotów, którzy chcieli siłą obalić władzę, a Polskę wyrwać z sowieckich wpływów. Rzeczowa i rozumna analiza ówczesnej sytuacji geopolitycznej całkowicie wykluczała taką możliwość. Rozsądni działacze chcieli drobnymi, rozłożonymi w czasie kroczkami doprowadzić do legalizacji robotniczych związków zawodowych niezależnych od władzy, co pozwoliłoby negocjować stopniową poprawę jakości życia w kraju. Sukces w postaci zalegalizowania Solidarności dodał hurrapatriotom wiary, że tą władzę można szybko obalić i podjęli destrukcyjne działania. Całą tą sytuację uważnie obserwowała nie tylko Moskwa, bo i przywódcy innych „demoludów” zaczęli czuć się zagrożeni. Jesienią 1981 roku wokół naszych granic (sowieci, NRD i Czechosłowacja) rozlokowano znaczne ilości wojsk gotowych do interwencji, niezależnie od półmilionowej armii sowieckiej stacjonującej w Polsce. Parcie do konfrontacji bezbronnych polskich patriotów z wojskami interwencyjnymi groziło trudnymi do oszacowania śmiertelnymi ofiarami, aresztowaniami i karami śmierci, ruiną broniących się zakładów pracy, a – być może – włączeniem Polski do ZSRR jako kolejną republikę. Takie niebezpieczeństwo było całkiem realne. Połowa Polaków zdawała sobie z tego sprawę. Także Generał Wojciech Jaruzelski. Wyprowadził wojsko w pełni uzbrojone w rejon ześrodkowań naprzeciw spodziewanych ruchów wojsk interwencyjnych(gambit Jaruzelskiego), co nieco ostudziło zapał Moskwy, a w kraju wprowadził stan wojenny, by siłą wojska uspokoić sytuację w kraju i udowodnić Kremlowi, że interwencja jest niepotrzebna. Przez następne lata polska dyplomacja po cichu przekonywała przywódców rosyjskich i innych państw „demoludów” że system poststalinowski musi być zmieniony na bardziej efektywny gospodarczo i zdemokratyzowany, bo ciągłe wojowanie ze swoimi społeczeństwami może w końcu doprowadzić do wojen domowych. Dał się przekonać przywódca ZSRR Michaił Gorbaczow, który otworzył furtkę do stopniowych reform, co skończyło się upadkiem t.zw. komunizmu i uzyskaniem pełnej niepodległości Polski i innych państw Europy Środkowej. Działania Generała uniemożliwiły hurrapatriotom walczyć z wrogiem, ginąć za ojczyznę w walce bez szans na wygraną, nie zrujnowano ani jednego domu, ani jednej fabryki, więc jedyne co pozostało to opluwać Jaruzelskiego, nazwać Go tchórzem i zdrajcą (prezydent Duda), wrogów szukać i bić na „wrażych” stadionach, a ludzi myślących, prawdziwych patriotów pracujących dla kraju lżyć jako komuchy czy lewaki, cokolwiek to znaczy. Epitety te kierowane są także do przywódców europejskich, którzy nie podzielają takich poglądów, więc  prawakom z nimi nie po drodze.

Z wielkim niepokojem obserwuję rosnących w siłę i znaczenie polskich – i nie tylko – prawaków, bo ich pragnienie bicia wszystkich nie swoich i inaczej myślących musi w końcu doprowadzić do wielkiego nieszczęścia. Wszystkie wojny zawsze powodowane były przez ludzi, którzy wszystko wiedzą najlepiej i zawsze są gotowi ginąć w walce z wrogiem. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego kościół ich popiera i błogosławi im na Jasnej Górze. W najbliższych wyborach musimy pokazać, gdzie powinno być ich miejsce.

Jerzy Chybiński

 

 

 

 


Źródłem obrazków w artykule jest Wikimedia Commons, o ile nie wskazano inaczej.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.