Książki pod strzechy

Niedawno nasza noblistka w dość emocjonalny sposób wyraziła opinię, że „książki nie są dla idiotów” i że nie oczekuje że jej książki trafią pod strzechy. Wywołało to dość duże niezadowolenie w polskim społeczeństwie, ministerstwa kultury nie pomijając. Uważam, że całe to zamieszanie ma swoją praprzyczynę w bardzo niskim poziomie czytelnictwa w kraju. Dotyczy to nie tylko książek, ale także prasy codziennej czy tygodników, których nakłady stale maleją z braku czytelników. Przyczyn upadku czytelnictwa upatruje się przede wszystkim w – rzekomo – coraz niższym poziomie intelektualnym Polaków, negatywnym wpływie internetu czy bezmyślnym gapieniu się w telewizor. Takie opinie wypowiadane są z ust przedstawicieli t.zw. elit społecznych, ale nigdy nie słyszałem, ani nie czytałem wypowiedzi osób, którym zarzuca się niski poziom intelektualny.

Kilka lat temu w swoim artykule „Podwójne zniewolenie” zamieszczonym na stronach Biuletynu pisałem o sytuacji chłopów pańszczyźnianych w zaborze rosyjskim po ukazie carskim znoszącym poddaństwo i zniewolenie. Pozwolę sobie zacytować fragment tamtego artykułu:

W połowie XIX wieku (czas zaborów) car zniósł poddaństwo i chłopi stali się ludźmi wolnymi. Czy z tej wolności korzystali? Czy – wzorem swoich panów – zaczęli „bywać w świecie”? Czy zdobywali wykształcenie i zaczęli uczestniczyć w życiu kulturalnym, społecznym, politycznym? To wszystko było dla nich tak samo niedostępne, jak przed uwolnieniem. Powód oczywisty – zniewolenie ekonomiczne! To zniewolenie ekonomiczne jest trudniejsze do zniesienia i prowadzi do zniewolenia ducha. Pozbawia ludzi perspektyw na lepszą przyszłość, czyni ich apatycznymi, zrezygnowanymi, podatnymi na ucieczkę w alkoholizm. Utrwala niski poziom intelektualny, bo całe życie to tylko pogoń za jakimś zarobkiem pozwalającym na biologiczne trwanie.

Mając na uwadze powyższe wróćmy do czasów dzisiejszych i zanalizujmy sytuację życiową większości polskiego społeczeństwa, które w trudzie i znoju, na najniższym poziomie wytwarzania tworzy polski PKB i ze swojej pracy utrzymuje rząd, partie polityczne, posłów i senatorów, właścicieli i prezesów firm produkcyjnych, ich zarządy i rady nadzorcze, wojewodów i ich biura, burmistrzów i ich rady, instytucje kultury i twórców kultury, telewizję rządową, sądy, prokuraturę, policję, wojsko, służbę zdrowia, banki itp., itd., i oczywiście Kościół katolicki, będący najbogatszą instytucją w kraju.  Ludzie funkcjonujący w powyższych instytucjach, a zwłaszcza na najwyższych szczeblach mają apanaże wprost niebotyczne w stosunku do zarobków ich żywicieli, „bo im się należy” (że to nie oni tworzą dochód narodowy wykazałem w artykule pt. „Chciwość w biznesie”). Okazuje się, iż ludzie pracy są na tyle inteligentni, że są w stanie tak pracować, by elity mogły żyć na wysokim poziomie.  Wprawdzie w ostatnich latach zarobki w kraju nieco wzrosły, lecz z trudem nadążają nad rosnącymi kosztami życia. Największym obciążeniem dla Polaków jest konieczność kupna mieszkania na kredyt (ponad połowy rodaków nie stać na kredyt mieszkaniowy), a ci, co jednak kupują, muszą często pracować na dwa etaty, by jakoś związać budżet domowy, bo raty kredytu zabierają często pół pensji i więcej. Brak mieszkań dla pozostałej większości młodych ludzi uniemożliwia założenie rodziny i prowadzi do zapaści demograficznej. Nic dziwnego, że około połowa młodych najchętniej wyjechałaby z kraju na stałe. W Polsce formalnie pracuje się osiem godzin dziennie, ale to tylko teoria.

Warunki życia w Polsce zmuszają ludzi do pracy znacznie przekraczające cywilizacyjne normy, więc w chwilach wolnych mało kto myśli o czytaniu, tylko o wykonaniu niezbędnych prac domowych i odpoczynku. Ja sam przez ponad dwadzieścia lat pracowałem średnio dwanaście godzin dziennie za minimalne wynagrodzenie, a w soboty i niedziele uprawiałem ogródek, by jakoś wspomóc domowy budżet. Oczywiście emerytura z takich zarobków nie pozwala na uczestnictwo w życiu kulturalnym, nie pozwala na kupno prasy czy książek. Ten skrótowy przegląd sytuacji życiowych polskiego społeczeństwa wyraźnie pokazuje, że do własnego rozwoju intelektualnego i kulturalnego potrzebny jest wolny czas i zarobki pozwalające żyć bez głodu i braku własnego dachu nad głową.

Ludzie z „górnej półki zarobkowej” najczęściej zatrudniają gosposie do prowadzenia domu, więc po pracy mają wolny czas dla siebie, tym bardziej, że zawsze mogą w czasie pracy „wyskoczyć” w  jakichś prywatnych sprawach. Najlepiej to widać w telewizji, jak członkowie rządu w godzinach pracy rozjeżdżają się po kraju załatwiając partyjną propagandę. „Zwykłych” ludzi na to nie stać. Proponuję więc polskim elitom intelektualnym, by swoją działalnością doprowadzili do tego, by każdy pracownik mógł po pracy zjeść obiad w restauracji a dzieci w szkole, by miał czas i siły zająć się swoimi pasjami czy rozwojem intelektualnym, by pójść do kina czy teatru, czy wreszcie w wygodnym fotelu w swoim pokoju zasiąść do czytania książki. Obrażanie tych, co na was pracują, na pewno nie służy dobru społecznemu, tylko dzieli ludzi na „lepszych” i „gorszych” uniemożliwiając ich współdziałanie dla dobra wszystkich. To zła propaganda.

A`propos propagandy: niedawno w rządowej telewizji przekonywano, że w Polsce jest najtańsza benzyna w całej Unii. Podano, że w Niemczech kosztuje 12,5 złotego, a u nas tylko 7,50 zł. Jest to klasyczna półprawda, bo Niemiec zarabiający 3500 euro płaci za benzynę 2,5 euro, a Polak zarabiający 3500 zł płaci 7,50 zł, czyli trzy razy drożej w stosunku do zarobków.

Taką tępą PiSowską propagandą elity też powinny się zająć, by wyeliminować ją z polskiego życia politycznego i kulturalnego. Tego od nich też oczekuję.

Jerzy Chybiński

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.